Wzięty przez zaskoczenie





Nie roszczę sobie praw do zdjęć.

Wzięty przez zaskoczenie


Wszelkie prawa zastrzeżone
AkFa©Anglia2013






Rozdział pierwszy


Nie robił tego często… eee… wróć, nigdy wcześniej tego nie robił, ale w tym wypadku za całą tą lekko groteskową sytuacją przemawiały dwie rzeczy.
Brak kasy…
…i desperacki brak kasy!
Jego problem z ustawicznym brakiem funduszy, nie był niczym nadzwyczajnym. Przyzwyczaił się i pogodził z tym, właściwie nie pamiętał innego stanu rzeczy. W dzisiejszych czasach wydawało się, że choćby nie wiadomo ile człowiek pracował, to i tak zawsze okazywało się, że to jest niewystarczająco dość. Możliwość zarobienia zawsze była silnym argumentem za, na zgadzanie się na najidiotyczniejsze pomysły.
To i jego przyjaciółka, grafik–fotograf, prosząca go o przysługę. A kiedy Evetta prosi o coś, nie sposób było odmówić. Życie splotło ich ścieżki nierozerwalnie. Nawet najtrudniejsze wyboje nie zmieniły kursu, w jakim się poruszali. Evette od zawsze była obecna w jego życiu, tak jak on w jej. No właściwie od przedszkola. Nic tak nie wiąże jak pudełko kredek albo wspólna łopatka.
 Właściwie nie miał wyboru, musiał się zgodzić na najbardziej szalony plan, jaki kiedykolwiek powstał w jej temperamentnej rudej głowie.
A ostatnimi czasy wiele się tam działo. Od kiedy po rozwodzie wzięła się za swoją karierę na poważnie, do wszystkiego też zaczęła podchodzić na poważnie. Podejmując chyba najtrudniejszą decyzję w życiu, przetrwała rozwód z człowiekiem, który wcześniej kontrolował każdy aspekt jej życia i wzięła je we własne ręce, zdeterminowana odzyskać władzę nad nim. Blake podziwiał ją za to i nieraz jej zazdrościł stalowego kręgosłupa, nawet jeśli dałby się raczej ogolić na sucho niż do tego przyznać. Evette była wyjątkowa. Kiedy zdecydowała się na coś lub kiedy się w coś zaangażowała, nie było mowy, aby ktoś ją zawrócił z obranej drogi.
I dokładnie tak było i tym razem. Szansa sama zapukała do jej drzwi.
Wygrywając konkurs, wygrała i zlecenie. Przyjęła zamówienie na wykonacie kilku okładek. Serii, żeby być już absolutnie precyzyjnym. A najistotniejszym szczegółem tego zlecenia było to, że to było baaardzo dobrze płatna usługa. Mogła nie tylko wyrobić sobie markę i renomę, ale i ustawić się na długi czas. Fotografowanie małych uroczych dzieciaczków oraz słodkich piesków i kotków nie było szczytem jej marzeń i pragnień. Śluby, imprezy i portrety stały się harówką, niedającą możliwości rozwoju jej artystycznych popędów. Chciała dla siebie czegoś więcej. Potrzebowała czegoś więcej i Blake na serio potrafił to zrozumieć.
Kolejną rzeczą, którą niestety rozumiał aż za dobrze był fakt, że wszystko w życiu ma swoją cenę. A jeśli coś jest zbyt piękne, aby było prawdziwe… cóż, najprawdopodobniej kosztuje dwa razy więcej.
Propozycja była intratna, ciekawa i miała możliwości, których potrzebowała jego przyjaciółka, aby ruszyć z miejsca, w którym utknęła. Blake jednak miał od samego początku przeczucie, że jak zawsze w takich sytuacjach, musi być jakiś haczyk. A w tym przypadku były nawet dwa.
Po pierwsze… Ev potrzebowała znaleźć modeli. Przystojnych, muskularnych i… tanich. A niewielu z branży było skłonnych pracować za stosunkowo niewielkie pieniądze, które była w stanie im zaproponować. Czyli oględnie mówiąc, nie było jej na nich stać. A im drożsi modele, tym mniejszy był jej zysk. Trzeba było znaleźć desperatów zdolnych zgodzić się pracować za połowę stawki, jaką brali ich „profesjonalni” koledzy.
 A po drugie, te okładki miały być przygotowane dla homoerotycznych romansów poświęconych miłości między mężczyznami…
Lista potencjalnych chętnych gwałtownie malała.
Tak też Blake Rattis stał w tej chwili pod drzwiami jej studia i po raz nie wiadomo który, zastanawiał się jak dał się w to wciągnąć? Zmęczony, lekko podirytowany i skrępowany, po raz kolejny rozważył, czy się zwyczajnie nie odwrócić na pięcie i nie wrócić do domu, gdzie czekały na niego piwko i pizza.  Był skonany, bo pracował do późna poprzedniego dnia, aby móc zjawić się u Ev z samego rana.
Przesuwając nerwowo dłonią po swoich bardzo krótko obciętych ciemnych włosach, nacisnął klamkę i wszedł do środka, mimo że na drzwiach wisiała tabliczka głosząca, że było ZAMKNIĘTE, a rolety i żaluzje w oknach i na drzwiach były szczelnie zaciągnięte. Wolał mieć to z głowy, bo choć doskonale wiedział, że choć niby miał wybór, to tak naprawdę nie był to żaden wybór.
Pomieszczenie zwykle czyste i schludne, było w tym momencie zawalone niezidentyfikowanymi klamotami i stertami draperii, szokując mężczyznę już w progu. Już samo wejście do salonu wypełnione było przez kartony, skrzynie, lampy i tony kabli, które snuły się po podłodze jak jakieś niebezpieczne dla otoczenia węże. Jego przyjaciółka najwidoczniej przeżyła jakiś osobliwy najazd, bo widok, jaki zastał był niecodzienny. To było tak niepodobne do niej, że przez pięć sekund rozważał nawet możliwość włamania, by szybko jednak zdymisjonować tę niedorzeczną myśl. W końcu żaden nieszczęśnik nie wisiał przybity za jaja do drzwi, jako ostrzeżenie dla innych.
Stąpając ostrożnie i z niedowierzaniem kręcąc głową, rozejrzał się. Kremowe ściany wspaniale eksponowały jej prace. Wszelkich rozmiarów czarne ramki pięknie odcinały się od jasnych dodatków i stylizowanych lamp. Każda ze ścian od sufitu po podłogę była ozdobiona jej pracami. I choć znawcą sztuki nie był, to cenił swoją przyjaciółkę za to, że dostrzegała coś, co on sam bez niej nie byłby w stanie dostrzec. Wcale się nie dziwił, że dostała tę propozycję, mimo że wywracało jej życie do góry nogami.
Jego zresztą jeszcze bardziej.
Z cichym westchnieniem ruszył głębiej, niemal się obawiając tego, co tam na niego czeka. Lśniąca, czarna, strzegąca przejścia do atelier Ev lada, w tym momencie praktycznie była niewidoczna pod sprzętem, którego nazw Blake nawet nie potrafił scharakteryzować. Przejście do kolejnego pomieszczenia zazwyczaj przysłonięte ozdobną kotarą, teraz stało zapraszająco odkryte, a ozdobne lustra w korytarzu odbijały jakiś trylion świateł z lamp, które były pozapalane i porozstawiane po wszystkich pomieszczeniach. Lekko oszołomiony Blake zlokalizował w końcu szczupłą sylwetką, tkwiącą na kolanach pod jakiegoś rodzaju podestem pod jedną ze ścian pracowni.
– Evette?
– Co? – Dobiegło go stłumione warknięcie i kilka dosadnych przekleństw, kiedy uderzyła się w tył głowy podrywając się z miejsca. Ze zmarszczonymi brwiami wyjrzała na chwilę spod spodu mierząc go szybkim spojrzeniem od stóp do głów. Blake miał ochotę zacząć się wiercić pod jej skrupulatnym spojrzeniem i po raz nie wiadomo który zastanawiał się, co widzi, kiedy tak na niego patrzy. On codziennie w lustrze widział zbyt wysokiego, steranego życiem mięśniaka o lekko wojskowym wytartym na krawędziach wyglądzie. Jego prawie łysa głowa, często nieogolone policzki i ciężka skórzana kurtka nie przysparzały mu sympatii. Jedno spojrzenie na jego przyciasne gładkie podkoszulki i poprzecierane jeansy, i ludzie nagle mieli wyrobioną o nim opinię. Co miał z tym zrobić? Przecież nie poprawiało sytuacji spojrzenie jego lodowych, szarych, jasnych oczu w ciemnej oprawie czarnych rzęs. Ludzie po prostu odwracali się na pięcie i czmychali czym prędzej, tylko Ev uważała, że jego spojrzenie jest seksowne. Teraz najwyraźniej zadowolona z inspekcji rozpromieniła się wołając radośnie. – O! To ty. Świetnie – stwierdziła jakby nigdy nic i pocierając obolałe miejsce, znów wpełzła pod spód.
– Czy możesz zdradzić mi, co robisz? – zapytał Blake, podejrzliwym spojrzeniem obrzucając studio swojej przyjaciółki, bo wyglądało jak pobojowisko, a obawiał się zacząć zgadywać. Nie żeby tak naprawdę zrozumiał jej wyjaśnienia.
– Musze to cholerstwo podłączyć zanim zjawi się nasz drugi model – padło nonszalanckie stwierdzenie niedbałym tonem, który wskazywał, że to przecież powinno być logiczne.
Jak cholera było!
– Co? – Mężczyzna stanął jak wryty, a dźwięk, który wydobył się z jego gardła, poważnie podważał jego męskość, ale w tym momencie miał naprawdę ważniejsze zmartwienia. Zszokowany wbił spojrzenie w pokryty czarnymi getrami tyłek przyjaciółki, bo jej ulubiona niebieska koszula podjechała jej do tali. Myślenie o całkiem zgrabnych kształtach swojej przyjaciółki było… no cóż… fuj! Wobec tego wcale nawet nie zwrócił na wystającą część jej anatomii najmniejszej uwagi. – Myślałem, że dziś masz zamiar zrobić mi tylko parę próbnych zdjęć, żeby się upewnić, że się nadaję – zaprotestował słabo.
Nadal nie był nastawiony psychicznie na tę pracę, bez względu na to, jak racjonalnie próbował do tego podejść. Nawet ustawiczne powtarzanie w myślach: kasa, kasa, sporo kasy, upragnione i niezmiernie potrzebne pieniądze… zaczynało nie wystarczać. Tysiąc razy bardziej wolałby jakąś fizyczną robotę, do której już zdołał przyzwyczaić się przez lata. Z tym, że żadna z nich nie była taaak dobrze płatna.
– Dokładnie. Zrobię ci próbne fotki… z potencjalnym partnerem… – Praktycznie słyszał, jak kobieta szczerzy zęby odpowiadając. Żołądek Blake'a postanowił wywinąć jakiś nierealny fizycznie obrót w jego brzuchy.
– Ale… ale…
– Boże, tylko nie znów to samo. – Evette wyrzuciła dłonie do góry w geście rozpaczy, wstając i otrzepując się pobieżnie. – Chyba już odbyliśmy tę konwersację, czy tak? Nikt cię nie zobaczy na tych okładkach. Twarze nie będą do końca widoczne, już ja się o to postaram. A ci, co po te książki sięgną, a będą cię znać, raczej nie będą mieć nic przeciwko twojej domniemanej homoseksualności. Po za tym, potrzebujesz pieniędzy, a ja potrzebuję ciebie. Układ doskonały.
– …ale, ale… – Blake przerwał, sam właściwie nie umiejąc zwerbalizować swoich obaw i niepewności. Nie bardzo nawet wiedząc, czego dotyczyły. Nie chodziło o to, że miał coś przeciw gejom, bo nie miał, tylko…
– Och, przestań. Najgorsze, co ci może grozić, to tabun wielbicieli… – powiedziała Ev ze złośliwym uśmieszkiem i pognała na zaplecze.
Mężczyzna jeszcze przez kilka minut stał na środku gapiąc się w przestrzeń. Nie wiedział czy wyjść czy zostać. Rozsądek walił go w potylice drwiąc z niego i jego braku odwagi. To przecież tylko praca. Nic wielkiego. Kilka fotek przecież nie boli. Nie jest jakimś idiotą, aby przesądy czy głupie wyobrażenia dyktowały jego życie. Przecież racjonalnie rzecz biorąc, nikt nie wymagał od niego, aby uprawiał seks z mężczyzną. Miał tylko pozować z jednym. Co może się stać? Radził sobie od lat sam, sam podejmował decyzje, nie usprawiedliwiając się przed nikim i tym razem też tak będzie. Może zachowywać się jak profesjonalista w każdej pracy. Nawet jeśli po zastanowieniu rozśmieszała go myśl, że jego odwieczna przyjaciółka będzie jego szefową. Już to widział jak dwudziestosześcioletni, krótkowłosy rudzielec ustawia go po kątach.
Niedoczekanie.
Mimo że była wysoką, szczupłą kobietą, to on i tak przewyższał ją lekko o piętnaście centymetrów i jakieś czterdzieści kilogramów. Właściwie przy swoim wzroście metra osiemdziesiąt sześć górował nad większością ludzi. Nie żeby to ją deprymowało w jakikolwiek sposób. Bywała małą zołzą, ale w gruncie rzeczy można ją było do rany przyłożyć. Zawsze skora do zabawy, zawsze chętna do pomocy i pakowania ich w kłopoty. Uparta jak osioł idealnie uzupełniała spokojnego, przyziemnego Blake'a. Przy nim wydawała się niemal jak Energizer Bunny, wiecznie na przyspieszonych obrotach. Wiele miesięcy zajęło jej podjęcie ostatecznej decyzji o zakończeniu wieloletniego związku, ale musiała się uwolnić, zanim jej artystyczna dusza umarła pod pragmatycznymi rządami jej męża. Człowiek odczuwał przy niej potrzebę, aby się wykazać kurażem i odwagą. Wymagać od siebie więcej, osiągnąć wszystko…
Z zamyślenia wyrwało go ciche pukanie i czyjś zasapany oddech. Kilka soczystych przekleństw podążyło za słowami powitania, kiedy młody roztargniony mężczyzna wpadł do studia potykając się na zwojach kabli. Szamocząc się z plecakiem, jednocześnie niebezpiecznie balansując między przeszkodami i na dodatek poprawiając okulary opadające z jego prostego nosa, rozejrzał się po pomieszczeniu.
– O cześć! – zawołał, kiedy jego wzrok padł na nieruchomo stojącego Blake. – Ja na sesję fotograficzną. – Machnął nieskoordynowanie ręką w stronę poustawianych chaotycznie aparatów, mrugając z zaskoczeniem na otaczający go rozgardiasz.
Blake czuł jak jego szczęka opada. To miał być jego partner? Serio?
Mężczyzna był prawie tego samego wzrostu, co on sam, ale wydawał się o wiele mniejszy i szczuplejszy. Nadal mokre, ciężkie pasma przydługich włosów wiły się niedbale, wokół jego twarzy jak miodowe halo, wpadając mu za kołnierz. Małe okularki bez oprawki nie całkiem zakrywały brązowe oczy teraz z zainteresowaniem lustrujące Blake’a. Nic nie mogło umknąć ich uwadze. Eleganckie łuki jasnych brwi wygięły się lekko ze zdumienia. Najwyraźniej i on był zaskoczony spotkaniem. Blake zdeterminowany był nie spuścić wzroku i całkiem nieświadomie obrzucił uważnym spojrzeniem całą sylwetkę nieznajomego. Jego wysokie wystające kości policzkowe były gładkie i lekko zarumienione, najwyraźniej po niedawnym prysznicu i goleniu. Ubranie, które wydawało się niedbale narzucone w biegu wydawało się być dla niego za luźne, ale nieznajomy wyglądał w nim komfortowo. Cienka czarna bluza z kapturem upstrzona psychodelicznymi białymi znakami na przodzie, była tak obszerna, że z rękawów wyglądały mu zaledwie koniuszki palców. Tylko trochę bardziej dopasowane jeansy były kilkukrotnie wywinięte na wysokich za kostkę wiązanych, skórzanych butach. Niewielki plecak z czarnej skóry miał niedbale przerzucony przez ramię i Blake’owi z miejsca skojarzył się z wiecznym studentem.
Był… cóż, normalny… przeciętny. Nic nie wskazywało na to, że miał predyspozycje modela, albo to, co Blake uważał za predyspozycje do bycia modelem. Na dodatek na kilometr dało się wyczuć, że nieznajomy jest gejem. Blake nie wiedział skąd miał takie przeświadczenie, ale był na sto procent pewny, że miał rację jak jeszcze nigdy w życiu.
Stojąc z dłonią wspartą niedbale na szczupłym biodrze, kandydat na modela obrzucał studio uważnym spojrzeniem, kalkulując i oceniając, nie zdradzając jednak nawet mrugnięciem oka, co myśli. Wyglądał na inteligentnego i poważnego mężczyznę, choć nie mógł być starszy od dwudziestosześcioletniego Blake’a. Po prostu pewność siebie i zdecydowanie niemal biły od niego. Nosił się jakby było mu wygodnie we własnej skórze. Deprymowało to Blake’a w jakiś sposób, pomimo że sam też nigdy nie narzekał na brak rezonu. Tu gdzie nowo przybyły odnajdował się najwyraźniej od pierwszej chwili, Blake wahał się i obawiał nieznanego. Nie poprawiało to humoru Blake'a. Wytrącony z równowagi własną reakcją na mężczyznę i dwuznaczną sytuacją, w jakiej się znajdował, miał naprawdę nieodpartą potrzebę, aby uciekać gdzie pieprz rośnie.
– Evetta! – wrzasnął. Musiał zakomunikować przyjaciółce, że akurat ten kandydat się nie nadawał. Chyba miał w tej kwestii coś do gadania, prawda?
Kobieta wypadała jak burza z drugiego pomieszczenia marszczą brwi niezadowolona, że znów jej przerywał. Szybko jednak jej twarz rozświetlił uśmiech. Z wyciągniętą ręką podeszła do nowo przybyłego i potrząsnęła jego dłonią zdecydowanie, i po męsku.
– Hej, dotarłeś jednak.
– Tak, udało mi się w ostatniej chwili. Zaliczyłem tylko prysznic po drodze. – Mężczyzna równie entuzjastycznie potrząsnął jej dłonią, witając ją z szerokim uśmiechem. Dwa wielkie urocze dołeczki wykwitły na jego policzkach zmieniając jego twarz ze zwykłej w piękną. Tym razem to Blake zmarszczył brwi, starając się jednocześnie nie gapić.
– Blake, chciałabym ci przedstawić twojego partnera do sesji, Harry’ego Swana. – Evette zaprezentowała mężczyznę, wyraźnie dumna z siebie. Blake nawet nie chciał wiedzieć, co kryło się za jej psotnym uśmiechem. – Harry, to mój długoletni przyjaciel, ale nie martw się, nie będzie miał żadnych forów, Blake Rattis.
Harry zwrócił się z kolejnym uroczym uśmiechem do stojącego jak idiota mężczyzny, obrzucając go jednocześnie aprobującym spojrzeniem. Błysk w oczach sprawił, że wydały się nagle niczym aksamitna czekolada. Chwilę później jego uśmiech znikł, kiedy Blake nadal się nie odezwał, zamurowany z nieprzytomnym spojrzeniem, stojąc bez ruchu. Nie wiedząc jak zareagować, Harry rzucił szybkie pytające spojrzenie fotografce.
– Wybacz mu. Ma dziś ciężki dzień. – Evette trzepnęła Blake w ramię i to porządnie z miną obiecującą mu najgorsze tortury, jeśli nie będzie się zachowywał. Bez słowa spojrzała w szare oczy przyjaciela bardziej niż wymownie. Głębokie uwłaczające rumieńce wypłynęły na jego policzki, tylko dolewając oliwy do ognia jego upokorzenia.
– Ymm… – odchrząknął, zanim w ogóle udało mu się wydobyć głos z nagle zaciśniętego gardła. Jego ponoć chrapliwy głos, nawet w jego własnych uszach zabrzmiał głucho. – Przepraszam. Blake Rattis. – Potrząsnął szczupłą dłonią, urywając kontakt jak najszybciej się dało. Nie całkiem też spojrzał w oczy, bacznie obserwującego go Harry’ego. Musiał wziąć się w garść, zanim zrobi z siebie kompletnego idiotę.
Oczywiście cała ta sytuacja sprzyjała jego rozbujałej wyobraźni, nagle starającej się stworzyć nierealne scenariusze w jego głowie. Czuł się więc niejako usprawiedliwiony, że trochę mu odbijało.
– W porządku. Sam właśnie dopiero wróciłem do domu. Zatem nawet nie wiem, co i jak. – Harry kolejny raz obdarzył ich promiennym, aczkolwiek rozkojarzonym uśmiechem, obrzucając jednocześnie studio ostrożnym spojrzeniem. Jego mina, choć dość powściągliwa i tak zdradzała jego zainteresowanie tym, co tu się do cholery stało.
– Okej, chłopcy. Koncepcja na dziś jest prosta… – zawołała Evette z entuzjazmem. Zaspokajanie zżeranych przez ciekawość mężczyzn, najwyraźniej nie było w planach kobiety. Jak za pstryknięciem przełącznika zmieniła się w maszynę nie przyjmującą sprzeciwu do wiadomości.
– Czekaj! Mogę cię prosić na słówko? – Blake właściwie to nie czekał na odpowiedź kobiety, tylko chwycił za przedramię i zaczął ciągnąć na zaplecze. Jego przyjaciółka oswobodziła się jednak sprytnie i zaparła w miejscu, zadzierając szczupły podbródek z uporem. Z całej jej postawy bił upór.
– Nie kochaniutki, nie możesz. Nie mam czasu. Już właściwie jestem spóźniona. Dziewczyna, która się zgłosiła na asystentkę, a której na gwałt potrzebuję nawiasem mówiąc, w ogóle się nie stawiła i mam urwanie głowy. Ty masz dziś tylko dać zrobić sobie kilka próbnych fotek, aby ustawić początkowe parametry. Jak trudne to może być? – zapytała z przekąsem, lekko tupiąc nogą zniecierpliwiona. Blake zmarszczył brwi.
– Ale mówiłaś, że…
– Owszem, mówiłam. Gdybym cię jednak uprzedziła najprawdopodobniej znalazłbyś ze srilion[1] durnych wymówek i wykrętów, aż w końcu musiałabym wziąć cię za włochaty tyłek i zaciągnąć tutaj siłą.
– Jakiś problem? – Wtrącił lekko zdezorientowany Harry, niepewnie nagle spoglądając między nimi. Po minach sądząc, przynajmniej Blake miał problem.
– Nie, absolutnie nie ma żadnego problemu – zapewniła go Ev z promiennym uśmiechem, zaplatając szczupłe ramiona na piersi i wyzywająco spoglądając na przyjaciela.
Blake był pod wrażeniem, że jeszcze nie warczała na niego.
– Cóż, ja nie wiem czy to jest aż taki dobry pomysł, jak ci się wydawało – stwierdził zimno, absolutnie ignorując ciekawie przyglądającego mu się mężczyznę i przyszpilając przyjaciółkę wymownym spojrzeniem. Jego wszystkie wątpliwości i wahana wróciły z siłą huraganu, buzując mu w głowie. A ona nawet nie dała mu czasu na oswojenie się z myślą, że ma pozować…
– Myślałem, że wszystko było ustalone? – Wielkie oczyska Harry’ego zamrugały z zaskoczenia. Najwyraźniej coś przegapił. Włoski na rękach mu się jeżyły, kiedy stojąca przed nim parka wymieniała naelektryzowane spojrzenia.
– Bo jest. Blake zwyczajnie ma tremę przed pierwszymi zdjęciami. 
Rattis potrafił rozpoznać wyzwanie i prowokację, kiedy ktoś ciskał mu je prosto w twarz. Zwłaszcza, że Evette stała z uniesioną do góry brodą, prowokując go, aby zaprotestował.
Wściekły na samego siebie za to, że wymięka, zanim nawet spróbował i rozdrażniony obecnością drugiego mężczyzny Blake, wbił spojrzenie w przyjaciółkę mrużąc oczy ostrzegawczo.
– Spróbujemy, to wszystko, co mogę obiecać. Nic jeszcze nie jest postanowione, jasne?
– Daj spokój. – Ev zbyła go niedbałym machnięciem ręki, jakby zimny głos przyjaciela nie skrzypiał od lodu. – Teraz ruszcie swoje seksowne tyłki, rozbierajcie się do pasa i stańcie tam. – Wskazała palcem przeciwległą ścianę przykrytą ciemno granatowym płótnem. – Kochaniutki, wszystko, co musisz dziś zrobić, to pięknie wyglądać – dodała pocieszająco, poklepując przyjaźnie, sztywno i niepewnie stojącego Blake'a.
Jej słowa jakoś wcale go nie pokrzepiały.
Boże, co on zrobi jak przyjdzie charakteryzator? –  wymamrotała pod nosem Evette, uciekając jak najszybciej i zaczynając włączać nieskończoną ilość urządzeń, i różnych aparatów. Część lamp zgasła z głośnym trzaśnięciem, które wzdrygnęło Blake'a, przyspieszając mu puls.
Zaklął kolorowo pod nosem, rzucając zirytowane spojrzenie na podśmiechującego się cicho pod nosem mężczyznę, stojącego przy jego boku. Jego włosy podeschły trochę bardziej i zaczęły falować opadając mu na policzki w szerokich pasmach, choć Harry, co rusz przeczesywał je dłonią do tyłu. Teraz kryjąc śmiech bez ceregieli szybkim, sprawnym ruchem, zrzucił plecak pod najbliżej stojący stół i jednym sprawnym ruchem zdjął bluzę.
Szczupła, ale mocno zdefiniowana klatka piersiowa z płaskim, twardym niczym deska brzuchem nie była tym, czego się Blake spodziewał. Właściwie nie wiedział, czego się spodziewał, ale i tak poczuł jakby go ktoś właśnie zdzielił pięścią w brzuch. Pozory jednak mogą cholernie mylić. Harry najwyraźniej nieświadom jego zaskoczenia i skrępowania, wyprężył się lekko. Wyraźnie odznaczające się mięśnie, płynnie pracowały przy każdym oszczędnym ruchu, kiedy metodycznie składał swoje ubranie, aby je odłożyć na blat. Szczupłe ramiona również miały wyraziście zarysowane muskuły i było bardziej niż oczywiste, że ciężko i systematycznie pracował na swoją sylwetkę. Sylwetkę, której niedbałe i za duże ubranie nie oddawało wcale sprawiedliwości.
Blake zamrugał zaskoczony. Nagle poczuł się nieadekwatny, nieporadny i niezgrabny. Z trudem oderwał spojrzenie od lekko opalonej skóry Harry’ego i odwrócił się na pięcie.
Jak dopadnę Evettetę, to chyba jej dokopię.
Miał wrażenie, że po raz pierwszy wpakował się naprawdę nieźle. Jak miał współpracować z jakimś obcym mężczyzną i udawać intymność na zdjęciach, było dla niego niepojęte. Nie był idiotą. Potrafił domyślić się, jak takie okładki mogą wyglądać – mgliście, ale jednak. Niemrawo i z ociąganiem zdjął swój zwykły czarny podkoszulek, i spojrzał na rozmawiających Harry’ego i Evette. Jego przyjaciółka uśmiechała się lekko poklepując go po ramieniu, jakby byli starymi znajomymi. Ten ze skinięciem głowy i tymi jego absurdalnymi dołeczkami ukazującymi się przy każdym jego uśmiechu, zdjął buty i skarpetki bez mrugnięcia okiem, odstawiając je gdzieś po za zasięg obiektywu.
– Idziesz wreszcie? – wrzasnęła Ev spoglądając na niego wymownie. Wyzwanie w jej głosie było irytujące i doprowadzało Blake’a do szaleństwa. Zbyt dobrze go znała, aby było to zdrowe dla któregokolwiek z nich. Zwłaszcza, że ciekawska, bezczelna para brązowych oczu z wyczekiwaniem wpatrywała się w niego, nawet nie ukrywając ciekawości. Półnagi Blake nie mając żadnej wymówki, aby zwlekać, zdjął własne adidasy, pozostając w samych jeansach i ruszył przed siebie z zaciśniętymi zębami, i płynną determinacją płynącą mu w żyłach.
– Co mam robić? – zapytał, rozglądając się bezradnie. Nienawidził uczucia bezradności. Nigdy wcześniej nie miał okazji pozować, ale do cholery jak trudne to miało być? Zachowa się profesjonalnie i zniknie zanim ktokolwiek się obejrzy.
– Stań na środku… okej. Mhm… – Evette wsadziła głowę za wielgachny aparat i strzeliła sekwencję zdjęć oślepiając go całkowicie. – Teraz Harry. Okeeej… teraz chcę, abyście wykonali kilka próbnych poz. Coś zwyczajnego i prostego, jak widzicie na okładkach magazynów i reklam – zakomenderowała, poprawiając jakieś ustawienia.
Blake zagapił się na nią w szoku, nie mogąc ruszyć się z miejsca, Harry za to chichotał cicho pod nosem. Kiedy po minucie Evette uniosła na niego spojrzenie, wystarczyła tylko jedna jej brew uniesiona dosadnie, żeby się zmobilizował.
– Taa… luz – parsknął pod nosem. Z determinacją stanął koło Harry'ego i rzucając mu twarde spojrzenie, zaczął przestawiać mniejszego mężczyznę, ustawiając na wszelkie sposoby.
W duszy jednak był mu wdzięczny, że nie stawiał oporu, ani sam niczego nie sugerował, bowiem Blake miał niemiłe podejrzenie, że byłby za drzwiami szybciej niż miał odwagę sam przed sobą się przyznać.
Po jeszcze kilku minutach i niezliczonej ilości całkiem zwyczajnych zdjęć, Blake stracił całkiem orientację.
Przecież chyba nie będą tak gimnastykować się przez całą sesję jak durnie?
Otarł załzawione oczy. Lampy grzały niemiłosiernie i czuł jak jego czoło pokrywa się warstewką potu. Zaczynało też mu brakować pomysłów na wygibasy. Był spięty i zdenerwowany, i za żadne skarby świata nie potrafił się skoncentrować na tym, co robił. Jego umysł zwyczajnie się zapętlił walcząc z rozsądkiem. Harry wydawał się za to być całkowicie w swoim żywiole.
– Evette, czy my zmierzamy gdzieś z tym pstrykaniem? – zapytał nerwowo, kiedy jego przyjaciółka po prostu przeszła do swojego laptopa stojącego nieopodal i zaczęła masowo przeglądać, i kasować zdjęcia. Zostało może po kilka każdego z nich. Harry wyszczerzył zęby w uśmiechu, najwyraźniej rozbawiony jego dyskomfortem. Blake posłał mu zimne spojrzenie, odruchowo odsuwając się jak najdalej i znów wbił oczy w fotografkę. Niech wreszcie do cholery zacznie się coś dziać, bo to zawieszenie w próżni zaczynało szargać jego i tak napięte już do granic możliwości nerwy.
– Może przybliżysz nam tematykę okładek? – padło ciche pytanie Harry’ego. Miał ubaw, ale też chciał się ulitować nad wyraźnie cierpiącym katusze Blake’iem. – Będzie nam łatwiej się wczuć. – Nonszalancko i na całkowitym luzie stanął z zaplecionymi rękami na piersi, co tylko podkreśliło jego muskulaturę, kompletnie ignorując ponure spojrzenie swojego towarzysza.
Evette jednak zlekceważyła go równie skutecznie jak swojego przyjaciela, podśmiechując się lekko pod nosem. Kiedy była w takim nastroju, nie było sposobu na to, aby cokolwiek z niej wyciągnąć. Blake nastawił się mentalnie na jej zagrywki, starając się jednocześnie nie wyglądać jak bezradny idiota przy zrelaksowanym współtowarzyszu.
Kobieta wyłoniła się ponownie po kilku minutach, które dla Blake’a trwały wieczność, biegając na około i poprawiając oświetlenie. Bezczelna, nawet rzuciła mu złośliwe spojrzenie nakazując im jednocześnie stanąć na środku planu zdjęciowego, twarzą do siebie. Blake przełknął lekko, ale nie dyskutował. Przecież nie będzie robił z siebie kretyna przy tym facecie. Skoro tamten nie robi problemu to i on nie miał zamiaru.
Wielkie czekoladowe oczy pozbawione pomniejszających je szkieł okularowych wbiły się w niego z kpiącą iskrą i ewidentnym rozbawieniem, irytując niemiłosiernie. Blake czuł jak włoski jeżą mu się na karku.
Czy on musi patrzyć mi w oczy?
– Bliżej! – wrzasnęła Ev, a jej głos wyrywał go z zamyślenia i otępienia dość brutalnie. Nie dał jednak rady ruszyć choćby jednym mięśniem, stał po prostu jak zamurowany, klnąc w duszy na samego siebie kwieciście.


           Harry niepewnie zrobił krok w stronę swojego partnera, nadal nie spuszczając go z oka. Teraz ich klatki piersiowe i twarze dzieliły zaledwie centymetry, choć był troszeczkę niższy. Taka bliskość wyprawiała hocki z jego wyobraźnią i ciałem. Musiał się powstrzymać z całych sił, aby nie pochylić się lekko i nie wchłonąć pełną piersią zapachu idealnego ciała wabiącego go widokiem. Sam nie wiedział, co robić. Sex na dwóch nogach wyglądał jakby oscylował między ucieczką, a zemdleniem i tylko czysty szok nadal trzymał go wbitego w ziemię.
Szeroka umięśniona od ciężkiej pracy pierś i wielka postawna sylwetka, była idealnie w guście Harry’ego. Nawet ciemne włosy otaczające małe brązowe sutki, wyglądały doskonale seksownie. Kolejna kępka, tuż pod pępkiem kusiła, wiodąc jego spojrzenie w dół po płaskim, umięśnionym brzuchu i ginąc za paskiem starych, spranych jeansów. Harry miał ochotę paść na kolana i policzkiem sprawdzić czy były miękkie i zapraszające do dotyku, czy szorstkie i stawiające opór palcom. Nie drgnął nawet, walcząc z pokusą. Blake Rattis cały był idealny. Miał długie spracowane ręce i brązową wiecznie już opaloną od pracy na zewnątrz skórę. Twarz, która nosiła znamiona ciężkiej pracy i twardego charakteru. Niedbały zarost pokrywający jego wyraziste policzki i ostrzyżone praktycznie przy skalpie włosy nadawały mu wyglądu twardziela. Jak maniak, Harry wpatrywał się w najjaśniejsze szare źrenice, obwiedzione granatową obwódką, jakie widział u szatyna. Teraz wbijające się w niego bez mrugnięcia powieką. Wszystko w tym mężczyźnie apelowało do Harry’ego na pierwotnym poziomie. Wygląd, chrapliwy zadający jego ciału słodkie tortury głos i męski, piżmowy zapach. Samo starcie spojrzeń, podniecało go bez względu na to, że znajdował się na samym środku studia, zmieniając jego jeansy w krępującą męczarnię. Kuszące ciemnoczerwone usta, na które starał się nie gapić jak wygłodniały desperat, nie pomagały sytuacji ani na jotę. Nie zmieniłby nic w stojącym naprzeciwko niego mężczyźnie.
Nooo… może poza orientacją seksualną.
Oczywiście trzeba było mieć jego szczęście, aby trafić na swój ideał – Ideał przez „I”– i nie mieć szans już od początku. Niepewna i lekko skonfundowana mina faceta, jasno mówiła już od pierwszej chwili, kiedy się spotkali, że biedak nie wiedział, co tutaj robił. Jak zwariowana fotografka dała radę go namówić do wzięcia udziału w tym projekcie, to była zagadka stulecia. Trzeba było jednak przyznać, że nie brakowało mu jaj.
– Nie, nie, nie i nie! – Evette wyskoczyła na środek z wrzaskiem, opierając dłonie na biodrach i ze złym błyskiem w oku patrząc na swojego przyjaciela. Blake uniósł pytająco brew zdezorientowany. Bardzo śliczną wyraźnie zarysowaną i pięknie wygiętą ciemną brew. Harry otrząsnął się mentalnie.
O nie, nie będzie sobie tego robił. Nie znów.
– Blake, czy ty człowieku nawet oddychasz? – zapytała złośliwie. Jej niebieskie oczy błysnęły, kiedy się zaczerwienił. – Wyluzuj, mógłbyś? Stoisz jak przed plutonem egzekucyjnym, a nie przed przystojnym facetem.
Harry stłumił uśmieszek, bo tamten najpewniej trzepnąłby go i to porządnie.
– Nie wiem, czego ty chcesz ode mnie, okej? Pojęcia nie mam, co robić. – Niechętnie, ale wyznał, skrupulatnie unikając spojrzenia na Harry’ego.
– Evette myślę, że na serio pomoże, jeśli nam opowiesz, do jakiej historii te okładki są potrzebne, co mają symbolizować. – Harry ulitował się nad biednym sfrustrowanym Blake’iem. Nie żeby miał nadzieję na nagrodę od mężczyzny, absolutnie.
– Dojdziemy do tego – westchnęła, zastanawiając się przez moment. Z ręką wspartą na biodrze, przeczesała kilkakrotnie swoje niepodlegające żadnym regułom włosy, intensywnie myśląc nad kolejnym krokiem. – Dobra. Stańcie naprzeciwko siebie tak, aby tylko niewielka przestrzeń była między wami, patrzcie sobie w oczy, ale głowa pochylona lekko w dół. – Kobieta jęknęła męczenniczo, instruując niemrawych mężczyzn. Wydawać by się mogło, że ma do czynienia z dwójką małych dzieci wymagających prowadzenia za rączkę.
Blake znów stał jak słup soli nie ruszając się wcale. Harry stłumił swoje własne jęknięcie. Frustracja zaczynała wygrywać z jego zazwyczaj pogodnym nastrojem. Jeszcze chwila i nawet jego opanowanie i cierpliwość się wyczerpie. Nie był pewien jednak czy gdyby wziął go zwyczajnie za ramiona i postawił na miejscu, facet nie dostałby zawału. Evette jednak nie miała takich skrupułów. Bezceremonialnie chwyciła ich za przedramiona i zaciągnęła na środek, popychając ku sobie tak, że ich klatki piersiowe strzasnęły się z impetem. Drobna gęsia skórka pokryła całą pierś Harry’ego.
Cholera… nie może lecieć na tego gościa, po prostu nie może. To się tylko źle dla niego skończy!
Blake zdawał się nawet nie mrugać, kiedy bezwolnie pozwalał się ustawiać przyjaciółce. Jego ciało było tak napięte i sztywne, że zachodziła poważna obawa, iż biedak coś sobie nadwyręży. Harry nie wiedział czy się śmiać z całej tej absurdalnej sytuacji, czy raczej współczuć biedakowi.
– Blake, kochaniutki, błagam cię, weź się zrelaksuj – powiedziała przymilnie Evetta i Harry musiał się roześmiać. Potrzebował całej swojej silnej woli, żeby się opanować, kiedy dostrzegł lekko przerażone ostrzegawczo oczy, obserwujące go ostrożnie i podejrzliwie. Blake wydawał się winić go za całą tę sytuację. No i może jeszcze za wojny, korupcję i kiepskie seriale w telewizji. Z jakiś bezsensownych, absurdalnych powodów miał ochotę pogłaskać towarzyszącego mu mężczyznę i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. Resztka zdrowego rozsądku, którą na szczęście posiadał, podpowiadała mu jednak, że tamten nie doceniłby tego, a podbite oko z całą pewnością wyeliminowałoby go, jako modela.
Blake był tak wielki i muskularny, że ciepło promieniowało na nagą pierś Harry’ego i mężczyzna miał trudności na skoncentrowaniu się na czymś więcej, niż nieodparta potrzeba polizania go, od obojczyka aż po piękne brązowe sutki.
Przyłapując się na wędrujących myślach, wzdrygnął się lekko modląc się w duszy, aby nikt nie dostrzegł jego idiotycznego zachowania. Głupio by wyglądało, gdyby nagle ni z tego, ni z owego przylgnął do przystojniaka jak naklejka. Żeby jego upokorzeniu stało się za dość, wielkie rumieńce zalały jego twarz, kiedy Evette zaczęła przyglądać się jego pokrytej gęsią skórką piersi.
– Zimno ci? Ta gęsia skórka odpada. Przynajmniej dopóki nie będzie mi potrzebna – orzekła autorytatywnie i pognała do panelu na ścianie, podkręcając temperaturę.
Harry stłumił histeryczny śmiech. Miał nadzieję, że ciepło zadziała, ale nie oszukiwał się. W końcu lampy skierowane na nich praktycznie zabijały ich na raty. Jego ciało reagowało na bliskość, zapach i mężczyznę samego w sobie, stojącego w tym momencie nieruchomo przed nim. To będzie osiągnięcie na miarę epokową, zmusić swoje ciało do niereagowania.
– Dobra, chłopcy! – Evette zawołała znów stając za jednym z aparatów. – Przede wszystkim zrelaksujcie się. Zachowujcie naturalnie. – Zadowolona obrzuciła ich ostatnim spojrzeniem i zaczęła pstrykać. Powoli wtajemniczając w historię, którą dla niej mieli wkrótce odegrać. – To jest seria książek o dwóch głównych bohaterach. Takie tam fantasy… ale dla dorosłych – zachichotała pstrykając z zaskoczenia i oślepiając ich fleszem. Harry znów zwrócił spojrzenie na Blake’a, mrugając, aby pozbyć się mroczków latających mu przed oczami. Oboje spojrzeli na kobietę, kiedy ta zaczęła mówić. Teraz te niesamowite oczy niemal go przyszpilały. Kilka kolejnych pstryknięć. – Jest wojownik. Taki tam sobie niezależny strzelec można by powiedzieć, pracujący na zlecenie. Zimny, opanowany macho, co to się niczego nie ulęknie. – Kolejny raz zachichotała do własnych myśli, nie przerywając swojej pracy. – Cały honor i szlachetność. Jednym z jego zadań staje się pokonanie i zabicie pewnego mężczyzny, a przecież oczywiste jest, że wyrzyna tylko tych, co absolutnie sobie na to zasłużyli. Niestety sprawa nie jest prosta, bo ma zmierzyć się z… magiem. W mojej wizualizacji… to Harry. – Obaj mężczyźni ponownie spojrzeli w jej kierunku mrugając z zaskoczenia. Kobieta wyszczerzyła na nich zęby wyglądając zza aparatu i gestem nakazując przyjąć poprzednią pozycję. Blake uniósł ciemne brwi.
– Czyli ja jestem wojownikiem? – zapytał, po raz pierwszy się uśmiechając. Najwidoczniej, choć ta część planu przypadła mu do gustu. – Nawet mi się podoba ten pomysł – stwierdził dumając.
Och, z całą pewnością ci się podoba skarbie, pomyślał zjadliwie Harry, ukradkiem obrzucając muskularną sylwetkę swojego partnera. Wojownik, wiking, cholera mógłby śmiało być gladiatorem. Mnie z resztą bardziej niż się podoba.
– Tak czy inaczej, walczą… walczą na całego. Zwłaszcza z samym sobą, bo mimo odmiennych poglądów, celów i przekonań, są na siebie tak napaleni, że iskry lecą. – Tak pozostawić to Ev, żeby przeszła do meritum sprawy, bez owijania w bawełnę i zbędne ceregiele. – Jak więc się domyślacie sytuacja się komplikuje, kiedy zamiast chcieć się pozabijać, woleliby się w rzeczywistości bzyknąć…–  kontynuowała spokojnie. Blake parsknął pod nosem nieelegancko, niezadowolony z jej lekkiego tonu, nonszalancji i bagatelizowania tej wcale nienormalnej sytuacji, ale ona zwyczajnie zignorowała go. – Blake rusz tyłek i stań do mnie przodem, Harry stań przed nim. Oprzyj się o niego plecami. Głowy zwrócone w przeciwnych kierunkach na zewnątrz.
Choć raz Blake stanął zgodnie z poleceniem bez wahania czy zwlekania, ale Harry praktycznie wyczuł jak wstrzymał oddech. Mógł sobie tylko wyobrazić, co facet czuje w tym momencie i jaki jest wewnętrznie spięty. Dlatego też wolno, ale zdecydowanie stanął przed niewiele wyższym mężczyzną i odchylił się lekko do tyłu. Jeśli będą tak tańczyć wokół siebie, to do niczego nie dojdą. Najwyraźniej to on musiał wykazać trochę stanowczości albo równie dobrze już mogą się poddać.
Kiedy ich ciała się zetknęły, skóra na piersi Blake wydała się nagle niesamowicie gorąca i Harry miał wrażenie, że parzy jego plecy. Delikatne, maleńkie włoski łaskotały go subtelnie, podrażniając jego zmysły i uświadamiając mu dosadnie jak blisko siebie się faktycznie znaleźli. Teraz to on sam miał problem, aby nabrać tchu. Pierwszy kontakt ich ciał, a on już miał głowę wypełnioną nieziszczalnymi mrzonkami.
– Świetnie! – Evette zawołała zachwycona, strzelając zdjęcia jak szalona. – Najpierw w pierwszej części Wojownik pojmuje Maga. Więzi go, bo okazuje się, że nie jest w stanie go zabić. Jest wściekły za swoją niemoc. Toteż karze sprawcę swojej słabości. Zanim zdecyduje, co z nim zrobić, zniewala go, nie gotów go ani puścić, ani zniszczyć. Co oczywiście nie podoba się jego zleceniodawcy. Wojownik ma jednak większy problem niż wkurzony, śmiertelnie niebezpieczny ex–zleceniodawca, chcący się teraz zemścić na nim za niewykonanie rozkazu. A mianowicie pociąg seksualny do Maga. – Przeszła do kolejnego aparatu i pstryknęła kilka fotek z innego kąta. W końcu z wiele mniejszym w dłoni podeszła do nich i przyjrzała się im krytycznie. – Harry, oprzyj się ciężarem ciała na Blake’u. Wierzę, że da radę cię utrzymać – stwierdziła z przekąsem.
Swan rzucił szybkie spojrzenie przez ramię i na lekkie potaknięcie od swojego partnera pozwolił, aby środek jego ciężkości przeniósł się na pięty i opadł na szeroką pierś za nim. Mężczyzna nawet nie drgnął o milimetr, jakby dodatkowy ciężar nic nie znaczył.
Hmm… lubił silnych facetów… i ich możliwości.
– Idealnie, teraz zwróćcie się twarzami do siebie – zakomenderowała, patrząc przez obiektyw swojego aparatu.
Kiedy Harry bez namysłu odwrócił głowę w prawo z zaskoczeniem odkrył, że twarz Blake’a już tam była, oddalona zaledwie o parę centymetrów. Obaj zassali głośno powietrze do płuc i zanim Blake odruchowo poderwał głowę, Evetta dała radę pstryknąć kilka niezłych ujęć.

           Blake poruszył się niespokojnie, starając się nie zwracać uwagi na to, jak jego serce przyśpieszyło rytm. Ciężar na jego piersi był z całą pewnością tego powodem. Bo przecież nie zapach, ani nie gładkość skóry mężczyzny podtrzymywanego przez siebie. Jasne włosy otarły się o jego policzek i ciepły, korzenny zapach szamponu Harry'ego przylgnął do Blake’a wypełniając jego nos.
– Hej, jeszcze raz – Evette zdawała się nie zwracać uwagi na nich, ale jednocześnie rejestrowała każde mrugnięcie ich powieki. Blake ostrożnie znów odwrócił się twarzą do Harry’ego, zdecydowany zachować dystans i pasywną obojętną twarz, nawet gdyby go to miało zabić. Ich oczy spotkały się i mógłby przysiąc, że facet sobie z niego kpił. Błyski w ciemnych oczach z całą pewnością były przekorne, wyzywając go, aby znów pozwolił odruchowi zadziałać. Nie podda się tak łatwo. Nie będzie marionetką, nie będzie reagował na ich głupie zabawy. Harry nie będzie nim manipulować i chyba stało się to dla niego oczywiste, bo zachował większą odległość między ich twarzami. To, że ich półnagie ciała dotykały się, było już wystarczająco trudne.
– Co było dalej z Magiem? Mam nadzieję, że się uwolnił? – zapytał Harry, lekko ochrypłym głosem i Blake przełknął z trudem, jakby to w jego gardle nagle zaschło. Nie mogli oderwać od siebie spojrzenia, jakby spodziewali się po sobie najgorszego i chcieli być przygotowani na cios.
Evette roześmiała się.
– Nie całkiem. Wojownik ulegając w końcu swojemu pożądaniu praktycznie zniewolił Maga i zmusił do uległości – powiedziała ze złośliwym błyskiem w oku. Blake zamrugał zaskoczony, podrywając głowę i spoglądając na swoją przyjaciółkę. Intensywny rumieniec zalał jego całą twarz.
Nie, nie będzie się utożsamiał ze swoją postacią… nie, w najmniejszym nawet stopniu…
– Dlaczego mam dziwne wrażenie, że właśnie to będziesz chciała pokazać na okładce? – Harry zapytał podejrzliwie łupiąc okiem to na śmiejącą się fotografkę, to na lekko zawstydzonego Blake’a.
– Bo tego sobie zażyczyła autorka opowiadania. To ma znaczenie dla dalszej części serii – odparła jak gdyby nigdy nic. – Właśnie to będziemy robić jutro – dodała z szerokim uśmiechem, znów odchodząc, aby podłączyć swój ukochany aparacik do laptopa.
Blake nie wiedział czy Harry ma zamiar tak stać oparty o niego całą wieczność, ale jakoś nie czuł się na siłach, aby mu zwrócić uwagę. Na szczęście ten sam się zorientował i z przepraszającym uśmiechem oderwał się od piersi Blake’a, pozostawiając chłód w miejscu gdzie jeszcze przed chwilą było jego gorące ciało.
– Czy to znaczy, że chcesz abym pozował? – Harry podszedł do sprawnie przerzucającej nowe zdjęcia kobiety i z ciekawością próbował zajrzeć jej przez ramię. Ta z złośliwym uśmiechem pacnęła go w nagie ramię i pogroziła palcem, odganiając.
– Oczywiście, że tak. Gdybym miała, co do ciebie jakiekolwiek wątpliwości, to bym cię nie namawiała tak usilnie. Wiedziałam jednak, że będziesz pasował idealnie.
Blake stanął w pewnej odległości od nich i z utęsknieniem spoglądał na swój podkoszulek. Nie chciał jednak robić z siebie idioty. Niejednokrotnie przecież był do pasa rozebrany pracując na kolejnej budowie, umierając z gorąca. Czemu spojrzenie jednego, obcego człowieka nagle robiło taką różnicę?
– Do czego pasował? Do postaci Maga? – zapytał Harry zaskoczony, marszcząc jasne brwi lekko, nie do końca wiedząc, o czym mówiła kobieta.
– Nie. – Evette spojrzała mu w oczy poważnie i spokojnie, a później rzuciła ostrożne spojrzenie przez ramię na Blake’a. Wolno odwróciła ekran laptopa, aby był dobrze widoczny dla nich obu. – Do Blake’a.
Blake i Harry zszokowani spojrzeli na ich zdjęcie, niedowierzając wcale, że to ich przedstawiało.
Ich sylwetki skomponowały się idealnie. Ich wzrost i postura były jakby dopasowane do siebie. Praktycznie nie dotykali się w żaden erotyczny sposób, ale zdawało się jakby byli połączeni w jedną idealną całość.
Jednakże to ich wbite w siebie nawzajem spojrzenia sprawiły, że obu tym razem wyszła gęsia skórka. Chyba każdy włosek stał jak naelektryzowany na ich ciele, zmieniając ich w nadwrażliwe odbiorniki.
Ostrożne, jak gdyby pełne niepokoju i fascynacji spojrzenia mierzyły się na zdjęciu, jakby żaden z nich nie miał zamiaru ustąpić pola. To była walka na siłę woli. O ukrycie emocji i zachowanie pozorów. Napięcie niemal emanowało z ekranu monitora.
– Jutro o ósmej chłopcy. – Evette klasnęła w dłonie i wyrwała ich z otępienia, w którym nadal przyglądali się zdjęciu.
Nie czekała na ich odpowiedź tylko zabrała się za tysiąc rzeczy na raz, jak burza biegając po całym studio.
Blake jak automat poszedł po koszulkę i założył ją, z roztargnieniem rozglądając się za swoimi butami. Cała sesja minęła dla niego jakby we śnie. No i o wiele szybciej niż by mógł podejrzewać. Zerknął na zegarek i jęknął z niedowierzaniem. Mimo że tego nie odczuł, nie było to tak szybko jakby się spodziewał. Cztery bite godziny na zrobienie kilku zdjęć, których i tak więcej niż połowa była bez skrupułów skasowana przez Evettetę. Nie mógł pojąć jak niektórzy żyli z tego. Przecież nie dość, że było to bezsensowne, to na dodatek nudne jak cholera. Okej, partnerując do zdjęć Harry’emu nie będzie się nudził, nie był jednak pewien czy właśnie nie tego się obawiał najbardziej.
– Cześć wam i do jutra! – Harry rzucił przez ramię chwytając z podłogi plecak i znikając za drzwiami studia, zanim Blake czy Ev nawet zdołali odezwać się na pożegnanie. Żadne z nich wręcz nie zauważyło, kiedy tamten ubrał się i zebrał do wyjścia. Zaskoczony mężczyzna spojrzał na swoją przyjaciółkę też stojącą ze wzrokiem wbitym w drzwi, które właśnie się zamknęły za znikającą sylwetką. Z równie zdumioną miną popatrzyła na niego.
– Pewnie się śpieszył – rzekła ostatecznie, wzruszając ramionami.
– Jesteś pewna, że… – Blake odchrząknął. – Jesteśmy odpowiedni do tej pracy?
Kobieta potrząsnęła głową podminowana.
– Nie, wiesz. Mam ochotę po prostu pooglądać twoją naga klatę – parsknęła. – A swoją drogą, widzę, że ci twoja praca służy. Piękny kaloryfer. – Wyszczerzyła zęby w uśmiechu.
– Bardzo śmieszne. – Blake nerwowo obciągnął koszulkę, przygładzając ją speszony do swojego płaskiego brzucha. – A jak to się stało, że Harry już jest wybrany? Wydawało mi się, że jeszcze nie masz nikogo konkretnego.
– Bo nie byłam pewna, dopóki nie zobaczyłam go w moim obiektywie. Teraz już mam pewność, że mam to, czego potrzebowałam. – Systematycznie zaczęła wyłączać lampy i aparaty. Rozłączając wtyczki i kable. Blake nawet nie udawał, że wie, co robi jego przyjaciółka.
– Czemu mi nie powiedziałaś? – zapytał z pretensją.
– Żeby właśnie nie musieć prowadzić tej rozmowy, kochaniutki. – Podeszła do niego i poklepała lekko po policzku, mrugając do niego okiem. – Zaufaj mi, kiedy mówię, że wiem co robię. Harry jest idealny i ty też. Musisz tylko trochę wyluzować. Zachowujesz się jakby to był, co najmniej koniec świata.
– To po prostu trochę dziwne, nie uważasz? – zapytał z przekąsem wkładając swoje adidasy.
– A co konkretnie? – Evette wrzuciła swój mniejszy aparat do specjalnej torby i dołożyła po chwili zastanowienia pęk kabli i dodatkowe obiektywy. Na sam koniec wcisnęła mały pilot. Miała jeszcze dziś małe zlecenie.
Blake spojrzał na nią z niedowierzaniem. Nie bardzo wiedząc jednak jak ująć swoje wątpliwości. Przecież to powinno być oczywiste, prawda? Evetta spojrzała na niego ze zmarszczonymi brwiami.
– Kochaniutki, za dużo myślisz. Ja wiem, że w firmie, z którą współpracujesz, testosteron jest podawany na śniadanie, obiad i jeszcze łykają go w między czasie, ale to są idioci. Prawdziwy facet nie musi się dowartościowywać udając macho. Być twardzielem nawet we śnie.
– Przecież nie o to mi chodzi. – Blake zirytowała się w końcu. Na siebie samego najbardziej, bo nie wiedział, o co mu chodzi tak naprawdę. A może właściwie nie chcąc się przyznać nawet przed sobą. – Nie mam ochoty na dotykanie czy obmacywanie z innym facetem. Obcym na dodatek. To dziwne po prostu jest, nie uważasz? Ja rozumiem, że są tacy, co to lubią, ale ja nie wiem… czy mogę się przemóc, żeby choć udawać.
– Czemu? – Jego przyjaciółka zarzuciła ciężką torbę na ramię i wskazała trzy kolejne, aby jej wziął. Blake spojrzał na nią tępo.
– Co, czemu?
– Czemu to taki problem? Jak rozumiem mężczyźni i ich wspaniałe męskie ciała nic dla ciebie nie robią – zauważyła z przekąsem, lekko kręcąc głową, jakby nie mogła tego pojąć. – Nie wydaje mi się, że odbędzie się to z jakąś szkodą dla ciebie. Fizyczny dotyk nie boli, nawet jeśli nie sprawia przyjemności!
– Wiem o tym! – Blake zirytował się, wychodząc za nią. Jego przyjaciółka najwyraźniej nie chciała go zrozumieć.
– Nie wiem, co jest takim problem. Przecież nie musisz się z nim umawiać na randki. Trzymać za rączkę, czy choćby spotykać po za studiem. To jest oszustwo, udawanie i nic z tego, co tutaj mamy robić, nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Raczej do BDSM też się nie posunę w moich projektach. Chcę żeby były szalone i niecodzienne, ale bez przesady. Masz tylko zapozować do kilku symulowanych sytuacji. Jaki problem?
– To nie o to chodzi.
– A o co?
– Och, Ev! Nie wiem, ok? – Potarł swoją głowę spracowaną dłonią. Jego króciutko i praktycznie przycięte włosy, zachrzęściły lekko. Jak wierny sługa zapakował jej tobołki do auta. Kobieta w końcu nie spodziewała się po nim niczego mniej, niż tego, że jej pomoże.
– Za dużo myślisz Blake. – powiedziała zatrzaskując klapę bagażnika samochodu. – Daruj sobie, mało masz innych zmartwień? Jeśli czegoś mnie życie nauczyło, to tego, żeby nigdy niczego nie brać za pewniak. – Przeczesała kilkoma wprawnymi i wyuczonymi ruchami swoje intensywnie rude włosy, tworząc z nich niedbałą fryzurę. Spoglądając na niego z gorzkim uśmiechem, dodała. – A przede wszystkim, że życie jest za krótkie, aby tracić czas na pierdoły. Pomyśl sobie, co będziesz myślał o tej całej sytuacji za dwadzieścia–trzydzieści lat…
Pomachała mu ręką na pożegnanie i odjechała zostawiając za sobą drżącego na zimnie w samym podkoszulku mężczyznę.




[1] Ironicznie 




Rozdział drugi



– Nago?!

– No, nie całkiem – przyznała Evetta, niewinnie mrugając swoimi wielkimi niebieskimi oczyskami, na gwałtowny i głośny wybuch swojego przyjaciela.

Blake miał ochotę parsknąć śmiechem i wyjść. Stał jednak i z niedowierzaniem spoglądał na tubkę w dłoni.  Napis ‘Pianka do depilacji’ kłuł go w oczy. I choć jego towarzysz również otrzymał taki sam pojemnik, wyglądało na to, że przyjął to o wiele spokojniej.

– Jak bardzo nago jest „nie całkiem” nago? – zapytał Harry, w między czasie spoglądając na instrukcje użycia. Nawet poprawił okulary, które zjechały mu po nosie. Jasne włosy zatknął za uszy i przygryzając dolną wargę zerknął na Ev.

– Eee, Blake będzie miał brązowe, skórzane spodnie… dziś… – padła cicha odpowiedź, po której zdradziecka przyjaciółka zaszyła się na zapleczu.

Blake sapał wkurzony odprowadzając ją morderczym spojrzeniem. Miał ochotę kląć na czym świat stoi, zwłaszcza, kiedy Harry rzucił mu rozbawione spojrzenie.

– Mam ci pomóc z tą pianką? – zapytał niewinnie.

– Nie dziękuję. Poradzę sobie. – Blake odparł dumnie.

Miał jak jasna cholera nadzieję, że sobie poradzi.

– Ale ty mi możesz pomóc! – Harry zawołał i Blake zdrętwiał nie wiedząc do końca, czy mężczyzna mówi poważnie czy żartuje. Zanim jednak zdołał wymyślić odpowiedź, która byłaby choć średnio kulturalna, do studia weszła młoda kobieta.

Jedno jej przeciągłe spojrzenie i wydawało się, że była u siebie. Szaroniebieskie oczy idealnie podkreślone makijażem, obrzuciły pomieszczenie szybkim wykalkulowanym wzrokiem. Na trochę dłużej zatrzymała się na stojących razem mężczyznach. Szeroki, lśniąco biały uśmiech wypłynął na jej twarz. Z dłonią wyciągniętą przed siebie podeszła z gracją do Blake’a i podała mu ją na powitanie. Harry stłumił lekkie parsknięcie, obserwując uważnie każdy powabny, zmysłowy krok nowo przybyłej. Obcisła bluzeczka i jeansy podkreślały każdy jej atut. Piękne, ciemnoblond włosy spływające na jej ramiona miała przerzucone na plecy, a wspaniałe kolczyki przyciągały uwagę do jej idealnie umalowanej twarzy.

– Witam, mam na imię Victoria. Jestem nową asystentką pani Evetty Conti. – Mniej promiennym uśmiechem obdarzyła Harry’ego. Jednym wprawnym spojrzeniem oszacowała go i zdymisjonowała. Całą swoją uwagę poświęcając stojącemu i skrupulatnie przyglądającemu się jej Blake’owi.

– Evette jest na zapleczu. – Lekko uśmiechając się do niej Blake, machnął ręką w bliżej nieokreślonym kierunku, ale to i tak nie miało znaczenia, bo jego przyjaciółka właśnie pojawiła się w drzwiach.

Z lekko zmarszczonymi brwiami obrzuciła Victorie uważnym spojrzeniem, podchodząc do nich, przyjęła jednak dłoń na powitanie. Przez chwilkę kobiety mierzyły się uważnym spojrzeniem. W końcu Evette zrelaksowała się lekko, a Victoria posłała jej promienny uśmiech.

– Och, tak się cieszę, że mogę panią poznać!

– Hmm… wystarczy Evette. O ile się nie mylę byłyśmy umówione na wczoraj? – Zauważyła dość sucho kobieta. Jeśli czegoś nie znosiła, to niesolidności. Zdecydowanie jednak nie mogła skreślić dziewczyny przez pierwsze potknięcie, choćby dlatego, że nie miała czasu szukać nikogo innego na jej miejsce. Po za tym Vicky miała idealne referencje, jako asystentka.

– Och, tak?! Niezmiernie mi przykro. – Victoria zamrugała niewinnie i zrobiła smutną minkę. Nie podała jednak żadnego usprawiedliwienia.  Rozejrzała się za to dość ostentacyjnie po pomieszczeniu. – Jak widzę z całą pewnością mogę się przydać. – Zadowolona zaklaskała w dłonie, uśmiechając się przy tym promiennie. Jej białe zęby błysnęły. –  Nie martwcie się, zaraz się za wszystko zabiorę. Nie obejrzysz się, a wszystko będzie perfekcyjnie zorganizowane. Jestem idealną asystentką. – Całe jej stwierdzenie było entuzjastyczne i słodkie. Człowiek zwyczajnie nie dał rady się jej oprzeć.

Blake zdusił uśmieszek na widok miny Harry’ego i wznów wlepił wzrok w nową asystentkę.

– Hm… może na początek załatw dla mnie kilka telefonów i uporządkuj korespondencję. Mam do nadania kilka przesyłek. – Evette znów ze zmarszczonymi brwiami przyglądała się dość żywiołowej dziewczynie, ze skwapliwością potakującej jej głową i zapisując coś w mini notesiku, który jakimś cudem miała do tej pory schowany w obcisłych jak druga skóra jeansach. Gdzie trzymała długopis, Evette wolała nie wnikać. W końcu wyrwana z zamyślenia, spojrzała na swoich modeli niezadowolona. – A wy, co tak stoicie? Mieliście się pozbyć tego waszego buszu na waszych ciałach. Potrzebuję seksownych gładkich przystojniaków, a nie włochatych neandertalczyków. Harry nie masz problemu z piersią, ale ty Blake musisz pozbyć się włosów na całym torsie. Już! Dalej, dalej…

– Och, to ja może pomogę aplikować depilator… – Victoria niemal złapała za mankiet Blake’a, gotowa zawlec go do łazienki, ale Evette była szybsza. Drapnęła ją za przedramię, ciągnąc na zaplecze.

– Chłopaki dają sobie radę sami. Harry pomoże Blake’owi. W razie czego, wołajcie – powiedziała stanowczo i zabrała nadal oglądającą się przez ramię Victorię.





           Harry spojrzał ponownie na trzymane opakowanie i na Blake’a, nie wierząc w to, że za chwile będzie miał okazję położyć na nim swoje ręce. A miał taki zamiar i nie było siły na tej ziemi, która by go powstrzymała. Od poprzedniego wieczoru nie mógł przestać myśleć o swoim partnerze. A robił co mógł, aby wyrzucić go z myśli. Nad ranem, klnąc pod nosem dosadnie, doszedł do przekonania, że nie da rady zwalczyć pociągu, który do Blake odczuwał i równie dobrze może się nacieszyć tym, co będzie mu dane. Nie byłoby fair, aby to tylko jego świat był wstrząśnięty.

– Dam sobie radę sam – powtórzył Blake, ostrzegawczo spoglądając na niego. Zachowywał się, jakby spodziewał się, że Harry go zaatakuje lada moment.

– Ale ja sobie nie dam rady sam. Zwłaszcza, że nie do końca wiadomo czy to da właściwy efekt. Potem może być niezbędne użycie golarki mimo wszystko. – Starając się użyć jak najbardziej rzeczowego tonu, Harry ruszył do maleńkiej łazienki nie oglądając się za siebie. Nie leżało w jego naturze czaić się i wahać. Zawsze był sobą, nie miał zamiaru zmieniać swojego zachowania teraz. Blake będzie musiał się z tym uporać, sam…

Zanim zdołał się do końca rozebrać, Blake wszedł do niewielkiego pomieszczenia z ponurą miną. Obrzucił go też ostrożnym spojrzeniem.

Nie, nie martw się kotku, nie mam zamiaru zdjąć bokserek, pomyślał Harry nieco złośliwie. Facet po prostu wyglądał jakby miał dostać lada moment zawału.

– Ja posmarują ciebie, zwłaszcza, że masz prawdopodobnie więcej włosów niż ja i kiedy będziemy czekać aż pianka zadziała, ty posmarujesz mnie. Trzeba to rozsmarować równą warstwą, ale powinno być łatwe w użyciu, bo setki ludzi robi to codziennie.  – Spokojnie i rzeczowo. Przecież nie chciał, aby biedak mu uciekł zanim się zdołał nacieszyć i choć musnąć opuszkami palców to wspaniałe ciało.

– Nie wiem, po jaką cholerę to mamy robić? Facet ma włosy. Będziemy wyglądać jak dwaj idioci. – Blake ze złością zdjął kolejną podkoszulkę ze swojej kolekcji „wygodnie i prosto”, której hołdował, tym razem szarą, a za nimi powędrowały jeansy. Harry oderwał spojrzenie od jego długich, umięśnionych ud zanim zaczął się ślinić.

To naprawdę nie było fair, żeby jeden facet miał wszystko i więcej, i na dodatek był hetero. Powinien być uniwersalny!

Nie bardzo wiedząc, co dalej począć, Blake wziął pojemnik w rękę i znów spojrzał na niego.

– Dobra, jak to zrobimy? Bo ja nie mam bladego pojęcia – stwierdził zgryźliwie.

– Normalnie – Harry wstrząsnął pojemnikiem porządnie i po zerwaniu zabezpieczenia wycisnął niewielką ilość na palce. Depilator był biały i konsystencją przypominał piankę do golenia. Pikuś! – Odwróć się. Naniosę to w miarę równomiernie na twoje nogi. Po dwudziestu minutach zetrzemy to paskudztwo razem z włosami. A przynajmniej taką mam nadzieję…

– CO? To nawet nie jesteś pewien rezultatu? – Blake odwrócił się tak gwałtownie, że niemal wpadł na Harry’ego. Nawet nie wiedział, kiedy jego dłonie spociły się, a jego puls znów trochę przyspieszył. Nie wyobrażał sobie dotykać Harry’ego, ale był na siebie wściekły, że robi z tego taki dylemat i problem. Choć z drugiej strony patrząc, stał właśnie półnagi w towarzystwie innego półnagiego mężczyzny, na dodatek całkiem mu obcego i zamierzającego go dotykać. To był problem.

– Nie na wszystkich to działa jednakowo. Ty masz dość szorstki…

Blake uniósł brew kpiąco, spoglądając na niego z wyzwaniem. Ciekawe skąd czerpał takie informacje? Wystarczył mu rzut oka? Przerażające.

– …i gęsty zarost na nogach, który czasem jest trudniej usunąć niż z innych okolic. Na przedramionach nie powinno być problemu. – Harry dokończył, ignorując mężczyznę ciskającego w niego ostrzegawczymi spojrzeniami. Jego postawę twardziela lekko nadwyrężał fakt, że stał w samych, niezmiernie seksownych, czarnych bokserkach z ramionami zaplecionymi na wielkiej piersi i wyglądając, całkiem nieumyślnie, jak bóstwo.

– Będę wyglądał jak debil. – Blake mruknął pod nosem, starając się wyobrazić sobie siebie samego gładkiego jak niemowlak. Przy jego dość ciemnej karnacji jego owłosienie było delikatne i aż tak się nie rzucało w oczy, nawet jeśli lekko pokrywały całe jego nogi, brzuch i pierś. Evette mogła sobie darować. Pewnie miała niezły ubaw z jego dyskomfortu.

– Nie będziesz. – Harry stwierdził z szerokim uśmiechem i padł na kolana tuż przed nim.

Mózg Blake’a stanął.

Wysoki, świetnie zbudowany mężczyzna u jego stóp, nawet z tymi jego rozczochranymi włosami i małymi okularkami, budził najdziwniejsze skojarzenia w jego umyśle. Niechciane i nieoczekiwane. Nie pomógł dotyk ciepłych, wielkich dłoni na łydce, który sprawił, że Blake niemal wyskoczył ze skóry. Serce w jego piersi wykonało jakiś niemożliwy fizycznie obrót i wróciło na swoje miejsce, waląc nieokiełznanie. Zaciskając zęby zmusił się do niereagowania. Tym bardziej, że mały uśmieszek na pełnych ustach Harry’ego drażnił go niepomiernie.

Niech sobie nie wyobraża, że może z nim pogrywać!

– Musisz coś zrobić z nogawkami bokserek – głos Harry’ego brzmiał neutralnie i spokojnie, po plecach Blake’a jednak przebiegł lekki dreszcz. Długie minuty, kiedy klęczący mężczyzna wcierał to cholerne paskudztwo w jego skórę, sprawiły, że miał nerwy napięte jak postronki. Teraz spojrzał w twarz niezmiernie blisko znajdującą się jego krocza. Całą siłą woli skoncentrował się na pytaniu, starając się nie myśleć, że Harry na serio świetnie wyglądał na kolanach.  – Włosy. Nie możesz ich zostawić w połowie. – Przypomniał Harry z złośliwym uśmieszkiem, kiedy nie padła żadna odpowiedź.

Blake klnąc w duszy zarumienił się i podciągnął, i tak nie za długie nogawki bokserek do góry. Odsłaniając uda po pachwinę i dolną część pośladków. Po twarzy Harry'ego przemknęła przedziwna mina. Blake zdymisjonował ją mentalnym wzruszeniem ramion.



Harry dyskretnie oblizał się, aby upewnić, że się nie obślinił i ukrył uśmiech pochylając głowę. Bardzo skrupulatnie i z werwą zaczął wcierać substancję w pozostałe włosy. Drażnienie Blake’a było zbyt łatwe, choć może nie najlepsze dla zdrowia.

– Może smaruj swoje przedramiona – zasugerował, starając się zwalczyć lekką ochrypłość głosu. Kurczę, Blake był na serio seksi. Aksamitna skóra obciągająca niemal stalowe mięśnie pod spodem. Był na sto procent pewien, że każdy nawet najmniejszy muskuł był efektem ciężkiej pracy, a nie wielu godzin na siłowni, tak jak jego własne. – Nie żebym cię chętnie nie wyręczył – dodał szczerząc zęby w szerokim uśmiechu, który tylko jeszcze się powiększył na widok ciemnych rumieńców na lekko zarośniętej twarzy Blake’a. Facet do perfekcji opanował wygląd twardego, trochę nieokiełznanego dzikusa.

Mężczyzna odebrał mu depilator i wydusił resztę preparatu z opakowania z większą siłą niż tego wymagała i stanowczymi, szybkimi ruchami zaczął go rozcierać na obu przedramionach. Ponętne usta miał zaciśnięte w cienką linię i oddychał ciężko przez nos. Jeśli to nie było odpieprz się, to Harry nie wiedział, co głośniej by to wyrażało. Nie zamierzał jednak tak łatwo się poddać i w dalszym ciągu bardziej skrupulatnie niż to było konieczne masował delikatną skórę aż po pachwinę Blake’a, wiodąc opuszkami palców po ciepłej skórze. Nawet ohydny zapach depilatora nie potrafił zagłuszyć jego męskiej woni i Harry w duszy przeklinał mimowolną reakcję swojego ciała. Niechętnie, ale w końcu oderwał swoje dłonie od tego cuda, zanim Evette będzie miała więcej niż potrzebuje do uchwycenia na tych jej drogich zabawkach.

Używając zawartości własnej puszki, Harry bezceremonialnie położył dłoń na płaskim i twardym brzuchu Blake’a smarując niewielką kępkę, kusząco otaczającą jego pępek i wolno snującą się w dół, aby skryć się za szeroką gumą bokserek. Pokusa była koszmarna. Chciał pochylić się do przodu i zacząć kąsać i lizać swoją drogę w dół tego wabiącego go szlaku. Dobrze, że taki sposób depilacji pozwalał na to, że włoski szybko odrastały, bo szkoda było tej seksownej oazy. Starając się zmusić palce do nie marudzenia w jednym miejscu i nie bawienia się aksamitnym meszkiem, spojrzał w szare pociemniałe oczy Blake’a wpatrującego się w niego intensywnie. Tym razem to Harry poczuł jak rumieniec zalewa jego policzki. Na jego na złoto opalonej cerze nie dało się go ukryć choćby chciał. Nie zamierzał jednak tego robić, bo z całą pewnością sama mina zdradzała jego zainteresowanie.

– Skończyłeś się bawić? – Blake warknął przez zaciśnięte zęby nie odrywając pochmurnego spojrzenia od niego.

– Nie – padła nonszalancka odpowiedź, choć serce Harry'ego przyspieszyło niespokojnie waląc o jego żebra. Z trudem mógł przełknąć. – Jeszcze tu… – Obwiódł czubkiem palca maleńkie, brązowe sutki. Twarde mięśnie drgnęły pod jego dotykiem, a ciemne brodawki gwałtownie zesztywniały, stercząc kusząco.

Cichy syk wyrwał się z ust Blake’a, przeszywając Harry’ego przyjemnością na samą myśl, że ciało jego partnera zareagowało, choć nieznacznie. Mimo że to była nieznaczna reakcja, to jednak zdołał dostrzec subtelne oznaki podniecenia.

– To tylko odruch bezwarunkowy organizmu na stymulację – warknął Blake tonem usprawiedliwienia. Na ile była to uwaga uczyniona na jego własny użytek, a na ile tonem ostrzeżenia, Harry nie potrafił zdeterminować. Jak dwaj wojownicy mierzyli się wyzywającym wzrokiem. Harry nie zamierzał jednak ulec. Czas było coś sobie wyjaśnić.

– A co ja mam powiedzieć, kiedy moje ciało również reaguje na ciebie całkiem bezwarunkowo? – zapytał cierpko, jednym sprawnym ruchem podrywając się na nogi. Początek dość oczywistej erekcji Harry’ego wypalił dziurę w mózgu Blake’a. – Nie mam tego luksusu, co ty. Nie zawsze zależy to od mojej świadomej decyzji. – Wskazał swoje ciało. – Co mam zrobić według ciebie?

– Opanuj się – stwierdził słabo Blake i nawet on skrzywił się na absurdalność tego polecenia.

– Tak, oczywiście – rzucił Harry sarkastycznie. Jego ciepłe zazwyczaj oczy były niczym laserowe ostrza. – To z całą pewnością zadziała! Kończmy z tym – dodał z rezygnacją, nie mogąc się przełamać i skonfrontować mężczyznę. To by nie wróżyło dobrze ich bardzo chwiejnej współpracy.

Blake zacisnął wargi jeszcze bardziej ignorując sarkazm Harry'ego. Z niejaką też obawą spoglądał na puszkę wręczoną mu przez Harry’ego.

Przestań być takim cholernym mięczakiem, strofował się mentalnie, klękając dużo bardziej niezręcznie niż zrobił to parę minut wcześniej pełen gracji Harry.

Jego palce drżały tylko nieznacznie, kiedy z uwagą i skrupulatnością rozprowadzał preparat po niewielkich i delikatnych, jasnych włoskach. Mięśnie Harry’ego podrygiwały lekko przy każdym jego dotyku i przez ułamek sekundy Blake zastanawiał się w duchu, czy on na fakcie na niego leci, czy Harry zwyczajnie go podpuszczał?

– Nie martw się, nie zamierzam cię molestować. – Mężczyzna spojrzał na niego z góry. Minę miał poważną, a czekoladowe oczy były po raz pierwszy twarde i zimne. Blake zmarszczył brwi, nic jednak nie powiedział oczekując na jakieś wyjaśnienie tego stwierdzenia. Harry skwapliwie uszczęśliwił go odpowiedzią. – Mogę się napalać i nie zawsze panować nad moim ciałem, bo to silniejsze ode mnie, ale nie mam zamiaru przeżywać katuszy w twoim towarzystwie starając się nie urazić twojej… męskości. Chcę, aby to było jasne od samego początku. – Wymownie spojrzał na znieruchomiałe dłonie Blake na swoim udzie praktycznie dotykające jego pachwiny. Blake szybko zabrał je jakby go oparzyło. Co wcale nie pomogło na jego samoocenę, chwiejącą się od momentu zgody na zdjęcia. Na jego humor też nie pomagało. Harry zignorował jego dziwne zachowanie. – Moje ciało odpowiada na twoje. Nie da się tego zmienić. Nie ukryję tego, bo to by była bezsensowna i nierealna strata energii. Nie zamierzam jednak ci się narzucać. Oboje zwyczajnie będziemy musieli to zignorować.

Cholernie łatwo ci powiedzieć, pomyślał Blake wlepiając nieświadomie spojrzenie w dość sporych rozmiarów pakunek w białych bokserkach tuż przed jego twarzą. Tego się tak łatwo nie da zignorować! Głośne chrząknięcie poderwało go, wyrywając jednocześnie z zamroczenia.

– Blake, skarbie, jak tak patrzysz to nie pomagasz – mruknął Harry robiąc krok wstecz. Jego oddech był przyspieszony i Blake miał dziwne podejrzenie, że rumieńce na jego złocistej skórze, wcale nie były wynikiem zawstydzenia tym razem. Zły na siebie i na Harry’ego za wprowadzanie między nich tylko jeszcze większego napięcia niż im do tej pory towarzyszyło, Blake poderwał się na równe nogi i cisnął prawie pustym opakowaniem w mężczyznę. Harry śmiejąc się trochę drżącym głosem, uchylił się w ostatniej chwili i depilator trafił w ramię zaglądającej w tym momencie do łazienki Evetty.

– Co do cholery?! – wrzasnęła, pocierając obolałe miejsce. Gdyby przyłapała ich właśnie uprawiających seks na zlewie, pewnie nie byłaby zdziwiona bardziej.

– Sorry, Ev – Blake zawstydził się jeszcze bardziej. Kurwa, jeszcze tego mu było trzeba.

Twarz kobiety nabrała nagle podejrzliwego wyrazu. Szybkim spojrzeniem obrzuciła sytuacje w łazience i jej cienkie brwi podjechały do góry w zaskoczeniu.

– Ooookej… nie jestem pewna czy chcę wiedzieć, co się tu dzieje, ale pospieszcie się! – Rzuciła parą skórzanych spodni w Blake’a i pogroziła mu palcem. – Żadnej bielizny pod spodem.

Wyszła zanim Blake zdołał zwerbalizować swoją obiekcję na widok niewielkiego kawałka skóry, mającego służyć za jego jedyne odzienie. Harry wcale nie pomagał sytuacji, kiedy z fascynacją przyglądał mu się intensywnie, jakby co najmniej wyobrażał sobie Blake’a właśnie ubierającego je na swoje nagie ciało.

Zaczerwieniony i zły obrócił się, kiedy Harry śmiejąc się poszedł podnieść leżącą nieopodal puszkę.

Blake nie patrzył na odbicie jego małego, ciasnego tyłeczka w lustrze. Nie, wcale nie, po prostu akurat stał zwrócony do lustra, kiedy tamten się pochylił, a jego ciasne bokserki opięły się jeszcze bardziej na idealnych, muskularnych krągłościach. Jego oczy mimowolnie przykleiły się do nich. To na sto procent musiał być wypadek.

– Kończmy to wreszcie! – zakomenderował rozdrażniony i spięty. Ukrywanie własnych nieprzewidzialnych zachowań i reakcji, zwłaszcza przed samym sobą, dobijało go.

Pół godziny później, ogołocony z wszelkich włosów, nagi psychicznie, i czując się jak kompletny idiota, Blake wyszedł z łazienki. W spodniach, które nie do końca było dla niego jasne, jak fizycznie się na nim zmieściły, tak były ciasne. Miał wrażenie, że żyłki na jego członku były perfekcyjnie widoczne, bo odbijały się na ultra cienkiej skórze, z której były zrobione spodnie. Drażniły go, lekko ocierały i pobudzały pozostawiając w ustawicznym pół wzwodzie. Na dodatek z trzy razy przyłapał Harry’ego na gapieniu się na jego tyłek. Ostatnim razem facet nie miał nawet na tyle przyzwoitości, aby się zarumienić, po prostu wzruszył ramionami z nieprzejętą miną i błyskiem w oku. Jego mina mówiła „nie mogę się powstrzymać”, a z tym trudno było polemizować.

– Och, Blake! Wyglądasz wspaniale! – Victoria dźwigająca tacę z kawą i kubkami nie przejechała ręką po torsie mężczyzny tylko dlatego, że miała pełne ręce. Mina jej wskazywała jednak, że chętnie go poliże w zamian za to. Blake uśmiechnął się szeroko i choć raz szczerze. Dziewczyna go bawiła. Nie bolało też na nią patrzeć.

Tuż za ich plecami Harry wydał jakiś nieartykułowany gardłowy dźwięk i minął ich oboje w pośpiechu, nie poświęcając im nawet jednego spojrzenia. Blake wzruszył ramionami i poczęstował się kawą. Potrzebował zająć czymś ręce, kofeiny i dystansu do całej tej sytuacji. Czarny napój był obrzydliwy i nawet nie kwalifikował się, aby został nazwany kawą, ale i tak dzielnie przełykał gęstą niczym smoła maź. Miał przynajmniej pretekst, aby wbić wzrok w naczynie i udawać, że kilka ciekawskich spojrzeń nie obmacuje bez skrupułów jego odkrytego ciała.

 Evette, gdy tylko go dostrzegła gwizdnęła przeciągle, odrywając się od rozmowy z tajemniczą osobą, której wcześniej Blake nie widział. Młody mężczyzna o ekstrawaganckim ubiorze i wystylizowanej fryzurze, tachał wielką walizę z sobą, znikając na zapleczu. Tylko pełen satysfakcji i głodu uśmieszek, który posłał półnagiemu Harry’emu, sprawił, że Blake z miejsca go znielubił.

– Zawsze wiedziałam, że drzemie w tobie uśpiony potencjał! – Z uznaniem spojrzała na niego, wywołując na jego twarzy zdradziecki rumieniec. Zadowolona z siebie roześmiała się na coraz większy dyskomfort przyjaciela. – Teraz jeszcze trzeba przygotować twojego Maga. – Z szeroko wyszczerzonymi zębami rzuciła coś w stronę Harry’ego. Ten załapał to bardziej odruchowo niż celowo, bo zaskoczyła go całkowicie. Spojrzał na przedmiot w dłoni, a później na nią, na Blake i znów na nią. Jego brązowe oczy rozszerzyły się komicznie, a mina zrzedła.

Blake musiał wiedzieć, o co chodzi, zwyczajnie musiał. Życie w nieświadomości być może było błogosławieństwem, ale niewiedza, co też znów knuła jego przyjaciółka było proszeniem się o kłopoty. Harry’emu też nie ufał za grosz, podszedł więc szybko, zapominając całkowicie o wdzięczącej się do niego Victorii.

– Evette, skoro ja już jestem przebrany za durnia, co będzie miał na sobie Harry? – zapytał ni z tego ni z owego, mając jakieś niejasne przeczucie, że odpowiedź mu się nie spodoba. Harry również poderwał głowę i spojrzał lekko zaniepokojony na niewinnie wyglądającą przyjaciółkę Blake’a.

Zbyt niewinnie.

– Posmaruj go oliwką, a ja przyniosę to, co ma mieć… założone Harry. – Umknęła zostawiając mrugających z konfuzją mężczyzn za plecami. Harry wyszczerzył zęby i podał butelką z oliwką Blake’owi.

– Wygląda na to, że się dzisiaj napracujesz…

Zagryzając zęby, żeby nie palnąć nic głupiego, Blake nalał trochę oliwki na dłoń i dość bezceremonialnie zaczął wcierać ją w smukłe plecy Harry’ego. Równie dobrze mógł zrobić, co musiał i mieć to z głowy. Jaki sens miałby bunt? Znalazł się tutaj z własnej i nieprzymuszonej woli. Nikt go do tego nie zmuszał, więc zaakceptowanie sytuacji wydawało mu się za najlepsze z wszystkich opcji. Chciał zarobić kasę. A tę kasę miało mu przynieść pozowanie z innym mężczyzną do okładki.

Proste? Spojrzał na spokojnie przyglądającego mu się mężczyznę i przeklął w duchu. Nie, to wcale nie było proste.

Ze zrezygnowaniem zabrał się na poważnie za wykonywanie swojego zadania. Mięśnie pracowały harmonijnie przy każdym najlżejszym pociągnięciu jego dłoni po rozgrzanej skórze. Blake musiał pilnować się, aby zwykłe smarowanie nie zamieniło się w masaż. Skąd u niego nagła fascynacja mięśniami wolał nie wnikać. Pierś praktycznie załatwił kilkoma zdecydowanymi ruchami. Nie spojrzał w twarz stojącego naprzeciwko niego mężczyzny, ani nie chciał myśleć o bliskości między ich ciałami. Zdumiewało go, że Harry tak swobodnie czuł się stojąc w samych bokserka na środku studia wypełnionego obcymi ludźmi. Na szczęście stał spokojnie, przezornie powstrzymując się od komentarzy, a ciche pomruki przyjemności Blake całkowicie lekceważył. A przynajmniej udawał, że jest w stanie je zignorować. Że nie wywołują u niego rumieńców i że nie zastanawia się nad tym, że to jego dotyk je rodzi. Szybkimi, sprawnymi ruchami, zdeterminowany zachowywać się profesjonalnie i bezemocjonalnie, przyklęknął i posmarował długie szczupłe nogi mężczyzny. Harry miał smukłe mięśnie biegacza i Blake przelotnie zastanowił się czy biega co rano.

– Okej, chłopcy – zawołała Evette, kiedy stało się dla niej jasne, że Blake bardzo poważnie wziął do siebie obowiązek pokrycia oliwką całego ciała, stojącego nad nim drugiego modela. Obaj zwrócili się w jej kierunku. Jej niebieskie oczy lśniły podejrzanie i Blake niemal się bał, co też jego przyjaciółka wymyśliła.

– To jest ‘strój’ Harry’ego – powiedziała upuszczając na podest, który dziś stał w miejscu, gdzie odbywała się próbna sesja, z głośnym brzękiem fantazyjnie wykonane srebrne kajdany. Metry splątanych łańcuchów i szerokie bransolety budziły respekt.

Harry sapnął głośno, a Blake czuł, jak jego usta otwierają się w szoku. Tysiąc możliwości przemknęło przez jego głowę. O niektóre nawet sam siebie nie podejrzewał. Nerwowo też spojrzał na stojącego przy nim znieruchomiałego blondyna. Z szeroko rozwartymi oczami wpatrywał się w przyniesiony przez Evette przedmiot, jakby nie bardzo pojmując to, co widział i nie wiedział, co myśleć. Jego głowa najwyraźniej również robiła nadgodziny, nie pozostawiając Blake'a daleko w tyle z jego wybujałą fantazją.

Harry otrząsnął się po sekundzie i jego twarz przybrała absolutnie obojętny wyraz. Szybkim, automatycznym gestem pchnął okulary na nosie, całkiem już opanowany. Nic nie zdradzało jego uczuć czy emocji. A Blake nagle poczuł, że wolałby sto razy bardziej skupić się na nim, niż na tym, co robiło mu wyobrażenie nagiego Harry’ego w tych kajdanach.

– Bez paniki – Evette zawołała pogodnie. – Na zdjęciach nie będzie widać nic, od czego każdy porządny świętoszek mógłby dostać… zawału – powiedziała przekornie, ale w uszach Harry’ego zabrzmiało to jak ‘wzwodu’. Znów się otrząsnął wewnętrznie i spróbował skupić na słowach pani fotograf.  – Harry będzie nagi, ale tylko my będziemy uraczeni widokiem jego pięknego ciała.

– Ale… – Blake zaprotestował i Harry spojrzał na niego z kpiąco uniesioną brwią. W końcu do cholery, to nie Blake miał świecić swoimi atutami, tylko on. Blake przezornie zamknął się, ale nadal potrząsał głową.

– Och, proszę cię Blake, czasem totalnie mnie zaskakujesz jak na faceta. – Z irytacją powiedziała jego przyjaciółka patrząc na niego wymownie. Zrezygnowana z miną męczenniczki wyciągnęła z kieszeni coś srebrnego i rzuciła w Blake'a. – Psujesz całą zabawę!

Ten złapał lecący przedmiocik odruchowo i kiedy zerkną w dłoń, przez sekundę wyglądał jakby miał zamiar z miejsca to upuścić, ale nie śmiał. Jego opalona twarz za to pałała wszelkimi odcieniami czerwieni.

Harry stłumił chęć przewrócenia oczami, ten facet na serio powinien wyluzować. Inaczej dorobi się wrzodów żołądka przed trzydziestką. Podchodząc ukradkiem, bezceremonialnie zabrał Blake’owi powód jego frustracji z ręki i wybuchnął śmiechem samemu na to spoglądając.

Evette rzuciła w Blake’a mikroskopijnymi srebrnymi g–stringami, składającymi się praktycznie z samych pasków. Taak, to robiło zasadniczą różnię między nagim, a „nie całkiem”.

– Dobrze, nie traćmy więcej czasu – zaklaskała w dłonie. – Harry, przebrać się. Blake, chodź pomożesz mi rozpracować te kajdany.

Blake wyglądał jakby miał zaprotestować, ale ostatecznie doszedł do wniosku, że zrobił z siebie wystarczającego durnia jak na jeden dzień.

Kajdanki okazały się plastikowe i lekkie. Całe szczęście, bo nie wyobrażał sobie, jak Harry dałby radę wytrzymać kilka godzin zakuty w to gdyby były żelazne, czy choćby srebrne. Oprócz szerokich na piętnaście centymetrów bransolet na nadgarstki, kajdanki składały się z wielu łańcuszków i kółeczek. Jak to miało być założone, Blake niemal obawiał się sobie wyobrazić.

– Masz do tego jakąś instrukcję? – zapytał w końcu ponuro, nie patrząc nawet na swoją przyjaciółkę. Evette wyszczerzyła zęby i wyciągnęła zdjęcie, na którym kajdany były artystycznie upięte na manekinie. Blake czuł jak jego brwi podjeżdżają do góry. Jak do cholery ktoś zdołał to wymyślić było zagadką stulecia!

Harry wyszedł nagi i błyszczący od oliwki, którą najwyraźniej skończył właśnie się smarować. Nagi, bo te śmieszne stringi nie kryły nic, co Blake wolał, aby było ukryte. Nieskrępowany i radosny model obdarzył ich szerokim uśmiechem, choć lekko go zatkało, gdy jego wzrok padł na plątaninę łańcuszków między Blake’iem a Evette.

– Wymyśliliście jak to zrobicie? – Z powątpiewaniem skinął na stertę nieprzypominającą nic, co dałoby się konkretnie określić.

Evette jak zawsze kobieta zdecydowana, chwyciła go za nadgarstek i zacisnęła na nim szeroką obejmę zamykając ją z cichym kliknięciem, plastikowych zatrzasków. Niejako ulżyło Harry’emu, że to nie ważyło tony jak się spodziewał. Po kilku minutach przy wydatnej, acz niechętnej pomocy Blake’a, Harry przypominał jakąś dziękczynną ofiarę, opięty fantazyjnymi łańcuszkami oplatającymi niemal całe jego ciało. Kajdanki były przymocowane do jego pasa długimi łańcuszkami, ale mógł spokojnie poruszać z pewną swobodą rękami. Miał oplecione uda i tors. Kolejne szerokie bransolety były przymocowane do jego kostek. Więcej łańcuszków wiło się wokół jego ciała. Choć reszta tak naprawdę nie pełniła żadnej zabezpieczającej funkcji, raczej miała zadziałać na wyobraźnię i ją pobudzać. No, a przynajmniej wyglądało to groźnie i ekscytująco. Blake zdawał się nie podzielać jego opinii, bo minę miał ponurą i tylko jeszcze bardziej spochmurniała, kiedy zacisnął ostatnie z zapięć na jego udzie.

– Dobra, na platformę! – Zakomenderowała Evette i całkowicie weszła w tryb ‘fotograf, poganiacz niewolników’. – I Blake, zmień kochaniutki wyraz twarzy, bo równie dobrze możemy już się poddać, jeśli będziesz się zachowywał jakby ci ktoś kołek w tyłek wsadził – stwierdzała sucho, w ogóle nie przejmując się urażonym spojrzeniem przyjaciela.

Blake westchnął ciężko, ale pomógł się dostać Harry’emu na platformę. Nie chciał, aby ta ich misterna plątanina niby łańcuszków się rozsypała. Chybaby nie wyrobił gdyby plastik pękł i wszystko spadło z ciała Harry’ego. Nie wyobrażał siebie znów musieć go… ubierać…

– Dobrze, proszę was teraz, żebyście obaj klęknęli. Musicie jeszcze chwilę zaczekać. Lee! – wrzasnęła zaskakując obu mężczyzn, starających się przyjąć jakąś wygodną pozycję na niewielkim podeście. Zwłaszcza, że Blake starał się zachować maksymalny dystans, na minimalnej powierzchni.

Z zaplecza wyszedł młody mężczyzna, którego widział Blake wcześniej. Nażelowane czarne włosy stały w idealnych szpicach na jego głowie. Czarna, prawie przezroczysta koszula opinała mu szczupłe ciało niczym druga skóra. Morderczo ciasne spodnie i modne buty, uzupełniały wygląd wizażysty. Różowy krawat niedbale zawiązany na fantazyjny pęk i kolczyk w brwi uzupełniały wizerunek pewnie kroczącego przed siebie człowieka. Harry i Blake spojrzeli po sobie niepewnie, tylko po to, aby znów wbić wzrok w nowo przybyłego. Ten z szerokim uśmiechem, posłał w locie całuska Ev i efektownym krokiem podszedł do klęczących mężczyzn. Jego wielka waliza wylądowała na podeście z głośnym trzaskiem.

Gdyby wzrok mógł spalać, jedyny skrawek materiału na ciele Harry’ego stanąłby w płomieniach. Blake jak długo żył, nie widział, aby ktoś był w stanie przelecieć drugiego człowieka wzrokiem, równie skutecznie, jak to zrobił właśnie stojący teraz przy Harrym palant. Zimne niebieskie oczy płonęły, sunąc po seksownym ciele drugiego modela w tak wymowny i jednoznaczny sposób, że nie potrzeba było, aby werbalizował swoje plany względem swej ofiary.  Uśmiech, który zawsze kojarzył się Blake’owi z predatorami z filmów przyrodniczych wykwitł na cienkie, lśniące od błyszczyka usta Lee.

Wnioskując po rumieńcach na twarzy Harry'ego było jasne, że atencja, jaką został obdarzony, nie umknęła jego uwagi. A fakt, że nawet on był zawstydzony, mówił wiele.

– Chłopcy, to jest Lee Barnett. Zajmie się waszym wyglądem! – Evette stwierdziła kategorycznie, spodziewając się protestu. Mężczyźni byli jednak zbyt zaskoczeni, aby być w stanie zareagować.

Pewny siebie, niewysoki mężczyzna wyszczerzył za dużo zębów w krwiożerczym uśmiechu, zwracając się do Harry'ego.

– Niezmiernie miło mi poznać… – Uchwycił dłoń blondyna zanim tamten nawet zdecydował czy chce mu ją podać. – Mów mi Lee. – powiedział kontemplacyjnym tonem, wolno i sugestywnie pieszcząc kciukiem trzymaną dłoń.

Harry zamrugał, ale szybko pozbierał się, zdecydowanie, choć kulturalnie zabierając dłoń.

– Wzajemnie. Harry Swan, a to Blake Rattis – przedstawił swojego towarzysza mając nadzieję, że odwróci to uwagę przystojnego, acz intensywnego mężczyzny od siebie. Facet był interesujący i atrakcyjny, ale predator wyzierający z jego oczu posyłał ciarki niechęci po jego plecach. Już kiedyś miał z kimś takim do czynienia i nie skończyło się to dla niego dobrze.

Blake z ponurą miną uścisnął dłoń wizażysty, używając prawdopodobnie więcej siły niż to było konieczne, sądząc po lekkim grymasie i pośpiechu, z jakim Lee zabrał dłoń. Jego mina równała się niechęcią z miną przeciwnika. Harry poczuł jakąś absurdalną przyjemność na myśl, że Lee nie ma szans u jego nowego przyjaciela. Bo, że zaprzyjaźni się z Blake’iem, nie było w głowie Harry'ego żadnych wątpliwości.

– Dobra, panowie. – Ev klasnęła w dłonie, przerywając pojedynek wzrokowy między Blake’iem, a Lee. –  Lekkie pudrowanko noska i zabieramy się za pracę.

– Co tylko pani rozkaże – Lee wyszczerzył zęby do kobiety, z wdziękiem i udaną radością jej przytakując. Harry tylko miał nadzieję, że kobieta nie da się na to złapać.

– Tak jak się umawialiśmy, ok? – Evette ruszyła włączyć aparaty. Tylko lekki niepokój przemknął po jej twarzy, kiedy zerknęła na walizę Lee. Wyglądała jak wypełniona narzędziami tortur. – Nic ostentacyjnego. Chcemy wydobyć naturalne piękno z nich, nie przefasonować ich.

– Spokojnie księżniczko, wszystkim się zajmę. – Wizażysta pewny siebie zabrał się za Blake’a jako pierwszego, tak naprawdę jednak nie odrywając spojrzenia od Harry'ego. Jedno było na sto procent pewne. Śliczny blondyn był jego kolejnym podbojem.

Bez ceregieli pryskał, wcierał i pudrował – a co, do końca żaden z mężczyzn nie był pewnym. Nawet efekty nie były jakoś szczególnie widoczne. Żaden z nich jednak nie znał się na tyle, aby zaprotestować. Blake w końcu plując, po wchłonięciu kolejnej chmury jakiegoś sprayu, odepchnął od siebie zimne ręce wizażysty.

– Dość! –  Nie było opcji na dyskusję z tonem, którego użył.

Lee ze wzruszeniem ramion spojrzał na Evette, po instrukcje. Kobieta rozkojarzona skinęła mu głową, znów wracając do przyciszonej dyskusji ze swoją asystentką. Victoria z trudem odrywała spojrzenie od wspaniałego ciała Blake’a.

Lee bardziej niż chętnie wziął się za Harry’ego. Jego włosy zostały wyprostowane i znów rozczochrane. Końcówki usztywnione. Całość niedbale zmierzwiona, nadając mu charakter przywodzący Blake’owi na myśl wygląd właśnie–wypełzłem–z–łóżka–po–nocy–rozpusty. Zdegustowany sobą oderwał spojrzenie od obu mężczyzn, walcząc z warknięciem chcącym mu się wyrwać. Mogliby się do cholery pospieszyć! Jego nogi drętwiały już od klęczenia, a jeszcze nie zaczęli. Co musiał przeżywać Harry w całych tych łańcuchach, to trudno było sobie nawet wyobrazić.

– Czy możemy już skończyć? – Harry sam w końcu zwerbalizował myśl Blake. Jego mina była przekomiczna, kiedy praktycznie wiercił się i kręcił starając uniknąć dotyku Lee.

– Mój śliczny, jeszcze tylko moment – Lee zamruczał mu do ucha. – Zaraz będziesz zabójczo wyglądał! – Oczywiście nie było nawet cienia wątpliwości, dzięki komu.

Blake zazgrzytał zębami. Jeszcze chwile i nie wytrzyma.

– Ev!       

–Dobra, koniec tej zabawy moi mili – zakomenderowała widząc nieszczególnie szczęśliwą minę Harry’ego i wściekłą Blake'a. Nie chciała przeciągać struny i testować swojego szczęścia. Jak na razie szło lepiej niż się mogła spodziewać. Blake nie odgryzł głowy niewielkiemu charakteryzatorowi. To był sukces.

Lee z ostatnim sugestywnym pociągnięciem dłoni po odsłoniętym ciele Harry'ego zebrał się i wyniósł z całym swoim złomem na zaplecze. Jednak spojrzenie, jakie rzucił na odchodnym mówiło Harry’emu, że to definitywnie jeszcze nie był koniec. Długie niekontrolowane drżenie przebiegło po ciele modela. Prawie z rozpaczą, spojrzał na Blake'a, ten jednak wlepiał spojrzenie w swoją przyjaciółkę całkowicie go ignorując.

– Klęknijcie przed sobą. Chcę, żeby to było naprawdę wyjątkowe zdjęcie. Ma wiele wyrażać i wiele sugerować. Ma być całkiem inne niż te proste okładki innych książek – powiedziała stanowczo. – Ludzie w brew pozorom oceniają książkę po okładce!

Harry i Blake niechętnie przytaknęli jej. Jak automaty wykonali polecenie. Kobieta postanowiła przygotować ich trochę do roli, którą mieli odegrać.

– Harry jest pojmany i uwiedziony wbrew swojej woli… – Evette zachichotała nerwowo na raczej drastyczne spojrzenie, które jej obaj panowie posłali. – Mag jest pojmany, miałam na myśli… No, więc…eee… Mag klęczy bokiem do mnie, mhm… prawym bokiem! Tak, tylko usiądź na piętach. Te, wojownik! Bliżej, co? Ja sobie nie wyobrażam, jakbyś mógł kogoś uwięzić i zniewolić, kuląc się gdzieś w koncie.

Harry parsknął lekko, ale szybko stłumił uśmiech, kiedy Blake rzucił mu spojrzenie mogące odmrozić jaja.

– Ma nie być widać, że nasz ‘nagi’ Mag nie jest aż taki nagi, jak bym chciała. Klęknij na jednym kolanie twarzą do niego Blake, stawiając drugą stopę przy jego biodrze. Tym sposobem zakryjesz jego biodro łydką i nikt się nie pozna – wyszczerzyła zęby w uśmiechu zadowolona. Poszła poprawić lampę i po kilku próbach zdawała się być wreszcie usatysfakcjonowana.

– Co ja mam właściwie robić? Poza spróbowaniem nie skręcić sobie karku? – Blake z całych sił starał się nie zwracać uwagi, jak blisko siebie znajdowały się ich ciała. Oddech Harry’ego praktycznie muskał jego policzek.

– Chwyć jego oba nadgarstki i unieś jak najwyżej nad głową. Tak, żeby jego ramię zasłaniało górną połowę jego twarzy. Ty Harry wypnij pierś do przodu, prężąc plecy tak mocno, jak to tylko możliwe. Wasze piersi mają się stykać Blake – warknęła Evette, nadal obserwując ich przez obiektyw swojego aparatu. – Więc nie odsuwaj się tylko pochyl nad nim!

– Kurczę, nie dam rady – jęknął Harry, kiedy cały ciężar jego wygiętego ciała w zasadzie zawisł na ciasno i mocno trzymanych przez Blake’a nadgarstkach. Z trudem potrafił utrzymać równowagę, a plastikowe łańcuszki krępowały mu ruchy.

– Cholera Blake, obejmuj go drugą ręką w pasie! Chcesz żeby sobie kark skręcił? – zawołała Evetta na serio wkurzona.

         Biorąc stłumiony oddech przez nos, Blake wolniutko otoczył prawym ramieniem, wąską talię mężczyzny. Ich piersi otarły się o siebie i dech utknął mu w gardle. Piekielne lampy świecące na nich z wszystkich stron sprawiły, że ciała ich obu pokryły maleńkie kropelki potu. Miał też wrażenie, że zapach unoszący się z lśniącej w tej chwili skóry Harry’ego stał się jeszcze bardziej intensywy, drażniąc go i wkurzając.

Ok, tylko spokojnie, poinstruował się mentalnie. Miał niejasne wrażenie, że wiedział, czego chciała od niego Evette. Uniósł ich złączone ręce wysoko do góry podtrzymując wyprężone plecy swojego partnera i odchylił go jeszcze bardziej do tyłu wciskając kolano między uda Harry’ego.

– Zaufaj mi, że cię utrzymam – mruknął przez zęby, nie patrząc mu w oczy. Zdecydowanie chwycił rozgrzane ciało w swoich objęciach. Jeśli coś robił, robił to dobrze. – Odchyl się bardziej do tyłu.

Harry bez słowa zawierzył Blake’owi, nie chcąc spłoszyć chwili. Bez wahania wykonując polecenie i ufając, że obaj nie runą, kiedy odda władzę nad sobą drugiemu mężczyźnie. Blake lekkim skinieniem głowy zaakceptował nieme poddanie.

Sam pochylił się nad nim, co wyglądało jakby klęczał nad zniewolonym, uwięzionym w jego kleszczowym uścisku ciałem. Lewą ręką uniósł za łańcuszki skute nadgarstki Harry’ego wysoko nad głową. Ich twarze dzieliły cale, kiedy mężczyzna lekko pochylił głowę do przodu. Ich splecione ręce rzucały cień, który zakrywał ich twarze.

– Tak! – wrzasnęła Evette, strasząc ich tak, że obaj drgnęli. – Tylko twarze bliżej i lekko w dół. Tak, żeby wasze usta dzieliła niewielka odległość.

– Zabiję ją – Blake wymamrotał, ale zrobił czego od niego żądano. Harry wpatrywał się w niego z ciekawością i uwagą. Lekko rozszerzone źrenice wlepione w niego nieruchomo, rozpraszały Blake'a. – Co?

– Nic…

– Nie! – Kolejny wrzask Evette poderwał ich, kiedy skupieni na sobie nawzajem wpatrywali się sobie w oczy z wyzwaniem, ale i z kpiną. Dysząc pieścili niechcąco swoje usta nawzajem.

– Co do cholery znów nie? – Blake odruchowo przyciągnął do siebie chwiejącego się Harry’ego. Mężczyzna przylgnął do niego i tak już pozostał.

Fotografka stanęła przy nich z frustracją przeczesując włosy dłonią. Victoria za to podbiegła do klęczących mężczyzn z małymi ręczniczkami i wodą, i praktycznie wcisnęła się miedzy nich.

– Och, świetnie wam idzie – powiedziała z przymilnym uśmiechem. Wręczyła butelkę i ręczniczek Harry’emu nawet na niego nie spoglądając i z wigorem zaczęła wycierać pierś Blake. Ten znieruchomiał zaskoczony i pozwolił jej na to.

– Vic, błagam cię zostaw chłopaków. Raczej idź i zrób kawę, zamów najlepiej w kafejce obok. Powiedz Morganowi, że Evette cię przysłała, będzie wiedział, co dla mnie. – Evette odsunęła entuzjastyczną dziewczynę z karcącym spojrzeniem. Victoria nadąsała się uroczo, ale odeszła nadal uwodzicielsko zerkając na Blake’a.

– Gdybyś mnie potrzebował, daj znać – zawołała znikając za drzwiami małej kuchenki i zabierając ze sobą seksowny zapach jej perfum.

– Jeszcze raz, ale tym razem zróbcie tak… – Z westchnieniem, Evette nakazała im klęknąć. – Harry prawym bokiem do mnie, rozchyl uda i Blake włóż swoje lewe kolano między nie. Drugą nogą znów przekrocz go i spróbuj postawić swoją stopę między jego łydkami za nim. Może uda się, aby wykorzystał twoje kolano jak podpórkę.

– Zabijesz nas… – jęknął Blake gimnastykując się. Harry znów znalazł się niemal pod jego ciałem. Cholera, chyba powinien zadbać o swoją kondycję. Rozgrzane i drżące z wysiłku ciało Harry’ego tylko pogarszało sytuację.

– Może być, chwyć go lewą ręką za łańcuchy na kajdanach i znów ciągnąc za nie do tyłu, odchyl.

– Tobie to łatwo mówić…

– Spróbuj, jeśli się nie uda wymyślimy coś innego – Evetta zaświergotała przymilnie, poleciała po mały aparat i jak wariatka obskoczyła ich z każdej strony, pstrykając z zapałem.

– Harry, podnieś ręce do góry, nadgarstki razem – zakomenderowała po chwili. – Blake, obejmij go prawą ręką i sięgnij po nie od tyłu.

Po falstarcie, przy którym wylądowali praktycznie w plątaninie rąk i nóg, Blake unieruchomił Harry’ego praktycznie zawieszając go pod swoim ciałem i pochylając się nad nim. Odciągnął jego ramiona do tyłu tak daleko, jak to się dało zrobić bez sprawienia mu aktualnego bólu i pochylił głowę tak, że ich oczy spotkały się w cieniu rzucanym przez ich złączone ręce. Nie wiele więcej niż oddech dzielił ich usta i po raz pierwszy wydało się Blake’owie, że dostrzega wahanie i niepewność w oczach swojego partnera.

– Teraz się nie ruszajcie – Evette wrzasnęła i jak burza pognała do aparatu. – Nie pozwalam na więcej niż wziąć oddech!

Pstrykała i biegała na około nich.

          Harry czuł jak mięśnie podtrzymującego go Blake’a drżą z wysiłku, ale mężczyzna nawet nie drgnął. Wpatrywał się też w niego obojętnie. Miną czy choćby drgnięciem powieki nie zdradzał, co myślał. Pot sklejał ich piersi. Temperatura między ich ciałami wzrastała z każdą minutą, a oddechy wydawały się zagłuszać paplaninę pod nosem Victorii, rzucającej pochwały i zachwyty w stronę Blake. Harry miał niemałą satysfakcję wiedząc, że mężczyzna wcale jej nie słyszał. Wpatrywał się tylko w niego, a małe kropelki potu zaczynały spływać po jego skroni.

Przez maleńki niepoczytalny ułamek sekundy Harry walczył z pragnieniem zlizania tej wabiącej go kapeńki. Jego oczy niemal z nabożną czcią śledziły jej drogę po przez skroń i wyraźnie zarysowaną kość policzkową, aż do momentu, kiedy w końcu poddając się prawom grawitacji, spłynęła na jego nos. Blake musiał sobie zdawać z tego sprawę, bo z lekko zmarszczonymi barwami obserwował jego oczy. Kiedy kropelka urwała się w końcu i spadła na usta Harry’ego, ten zlizał ją jakby automatycznie, a Blake zamknął na chwilę oczy klnąc pod nosem. Smak był tego tak cholernie warty, że Harry nie był w stanie w tym momencie martwić się, co pomyślał sobie o nim Blake.



        Nie chcąc, wręcz zabraniając sobie dać się wciągnąć w całą tę idiotyczną sytuację, Blake przymknął powieki wywalając z głowy wspomnienie języka Harry’ego łapiącego kropelkę jego potu z jego lśniących pełnych ust. To powinno być obrzydliwe. Powinno wywołać w nim… niesmak i złość. Powinno… a wywoływało strach i niepewność.

Jak niczego wcześniej w swoim życiu był świadom twardości i wielkości ciała, które obejmował. Sprężyste mięśnie i delikatna skóra wprowadzały konflikt w jego wyobrażenia o męskim ciele. Nie wiedział jak ma odbierać fakt, że właściwie nie wydawało mu się to jakoś strasznie dziwne czy niestosowne znajdować się tak blisko innego mężczyzny. Nie wiedział, czego się spodziewał, ale chyba był naszykowany na jakieś grzmoty z nieba, pikietę protestantów pod oknami i niedających się zwalczyć mdłości. A nic takiego nie nastąpiło. Harry był człowiekiem. Przystojnym mężczyzną. Nie zmieniał się w oślizgłe indywiduum przy bezpośrednim kontakcie. Owszem Blake mógł wyczuć jak działa na jego ciało. Nie był idiotą. Nie oszukiwał się, że to, co wbijało mu się w udo było pistoletem, który Harry nosił dla bezpieczeństwa w tych swoich mikro stringach. Jakoś jednak nie czuł się z tego powodu zszokowany. Nie czuł się zagrożony.

– Hej! – Evette wrzasnęła tuż przy nich. Obaj jak wyrwani z transu spojrzeli się na kobietę najwyraźniej od jakiegoś momentu stojącą przy nich. – Odpłynęliście czy jak?

Blake zarumieniony podniósł się starając się jednocześnie nie upuścić Harry’ego, który jęknął z bólu. Wolno, zwalczając ból w mięśniach i zdrętwiałe nogi, mężczyźni rozsupłali się z ich pozycji.

– Boże, wszystko mnie boli. Nigdy bym nie podejrzewał, że aż tyle mięśni mam. – Harry usiadł i starając się jak najmniej poruszać, tarł kolana i mięśnie łydek.

– Przepraszam, ale to pierwsza okładka i musi być THE BEST. – Fotografka lekko poklepała go po kolanie i mężczyzna syknął. Przy boku Blake’a Victoria zmaterializowała się jak na zawołanie.

– Może ci coś pomasować? – zapytała słodko ignorując spojrzenia, jakie wymienili Harry i Evette. Blake obdarzył ją szerokim uśmiechem przeciągając się lekko i eksponując całe jego przepyszne ciało.

– Nie dziękuję – odparł lekko i z uśmiechem do kobiety. – Ale bardzo chętnie napiłbym się kawy. Czarna z cukrem.

– Och, już się robi! – Vicky praktycznie klasnęła w ręce z zadowolenia i pognała na zaplecze. Blake wyczuł spojrzenia wbite w niego i zdecydował się je zignorować. Piękna kobieta nadskakiwała mu, więc nie było powodu, aby odmawiać jej przyjemności.

– Dobra, Casanova – Evette palnęła go w nagie ramię. – Pomóż mi z tym cholerstwem.

Harry spojrzał w oczy Blake’a, jak ten tylko zbliżył się do niego, żeby poodpinać łańcuszki i zatrzaski, które okazały się o wiele trudniejsze do rozpięcia niż zapięcia.

– Nie wiedziałem, że na takiego faceta jak ty, działa takie ‘słitaśne’ trzepotanie rzęsami – Harry mruknął ironicznie, mrugając własnymi oczami z emfazą. Blake zignorował go, w tym w końcu był najlepszy. W ignorowaniu problemów.

– A mnie to jakoś wcale nie dziwi – Evette wtrąciła odpinając łańcuszki na plecach Harry’ego. – Po pierwsze jest facetem, po drugie… oddycha – stwierdziła autorytatywnie, po czym zabrała swoje zabawki i zniknęła za drzwiami zaplecza, zostawiając dwóch półnagich mężczyzn razem. Harry pochylił się w stronę Blake'a uśmiechając się lekko.

– Czy jak ja bym na ciebie mrugał wystarczająco długo, to też byś się tak do mnie uśmiechnął? – wyszeptał tuż przy uchu sztywno stojącego modela. Ten tylko spojrzał na niego mrużąc oczy ostrzegawczo. Nie miał szansy odpowiedzieć, bo Victoria jednym szybkim ruchem wsunęła się pomiędzy nich i wręczyła kubek kawy Blake’owi, obdarzając go jednocześnie promiennym uśmiechem.

Harry zrejterował nie oglądając się za siebie. Chciał się stąd wydostać jak najszybciej. Inaczej trzepnie Bogu ducha winną dziewczynę, a kto jak kto, ale on powinien widzieć, że miała jak największe prawo, aby polecieć na przystojnego Blake’a. Sam z trudem trzymał ręce przy sobie. W końcu chciał je jeszcze zachować.

Ubrał się w tempie błyskawicznym lekko krzywiąc z powodu jego lepiącego się od potu i oliwki ciała. Szkoda, że to nie Blake się do niego nie przylepił tylko jego cholerna koszulka. Widząc zmierzającego w jego kierunku Lee zebrał się zaledwie krzycząc „do widzenia wszystkim”. Nie był w stanie użerać się z facetem, który pewnie nie uznaje „nie” za odpowiedź. 




Rozdział trzeci




Blake trochę zły na siebie, wbiegł na ganek domu Evetty. Dlaczego nie był na gorącej randce z śliczną i energetyczną Vicky, nie potrafił pojąć. Mógł bez problemu w tym właśnie momencie, ucztować na ponętnym ciałku, które było mu tak chętnie i nieegoistycznie oferowane, a w zamian tego spotykał się ze swoją przyjaciółką.

Gorzko stwierdzał, że było z nim coraz gorzej.

To było zdecydowanie depresyjne. Nie żeby nie uwielbiał Rudzielca. Kochał ją na zabój, jej lub swój. Tylko, że martwić go zaczynało, że kiedy postawiony przez wyborem, zamiast randki wybierał swoją przyjaciółkę i to taką, która na pierwszy rzut oka będzie chciała zajrzeć mu do głowy. A tego zdecydowanie nie chciał. Tym bardziej, że Ev bywała delikatna jak łyżka do zdejmowania opon.

Chciał się zrelaksować i spróbować zapanować nad totalnym spustoszeniem w jego przyziemnym, nudnym życiu. A właściwie nad tym, że akuratnie przestawało takie być i to bez udziału jego woli. Czuł się jak wyżęta szmata. I to wszystko była wina sesji fotograficznej z poprzedniego tygodnia. Nawet, kiedy drzwi studia zamknęły się za nim, mętlik w jego głowie nie osłabł ani na chwilę. Nic nie pomagało. Nawet brutalny powrót do rzeczywistości okupionej ciężką fizyczną pracą. Nie pomógł też wręcz sadystyczny wysiłek. Każdy mięsień w jego ciele protestował przy każdym jego ruchu. Czuł się jak na początku, kiedy dopiero co zaczynał prowadzić swoją firmę porządkową. Jako młody napaleniec muszący udowodnić coś sobie i innym nie raz przedobrzył, i w rezultacie konsekwencje swojej głupoty odczuwał przez wiele dni. Nie żeby miał tak naprawdę inną opcję albo kogokolwiek do pomocy. To był czas walki.

Utoniesz albo wypłyniesz.

Teraz przepracował się, aby sobie przypomnieć, jakie jego życie było naprawdę. Aby zapomnieć, że sesja wywarła jakiekolwiek wrażenie na nim. Pot, harówka i długie godziny ciężkiej pracy były jego codziennością, jego chlebem powszednim, a nie światła lamp, ekscytacja i gorące ciało innego mężczyzny przyciśnięte do niego, tak że tylko oddech ich dzielił. Wyglądało jednak na to, że żadne starania nie potrafiły przywrócić jego życia na pierwotne tory. Czasu zwyczajnie nie zawrócisz.

Słodka Victoria zaproponowała mu randkę i miał wielką ochotę, żeby się na nią umówić. Lubił kobiety zdecydowane i pewne siebie. Wolał to niż owijanie w bawełnę i podchody, i Bóg mu świadkiem, że nie widział żadnej akcji już od bardzo dawna. A jednak spojrzenie, które rzucił mu Harry wychodząc, ocierając się przy tym o niego prowokująco, sprawiało, że z jego ust padła jakaś żałosna wymówka zamiast entuzjastycznego: „Tak, chętnie cię nakarmię zanim… zaplanujemy resztę miłego wieczoru…”

– Wchodź, wchodź – Evette zawołała wynurzając się z małej, ale uroczej kuchenki z dwoma piwami w ręce.

Dom, który otrzymała po rozwodzie był już całkowicie przemeblowany i Blake jeszcze nie całkiem się przyzwyczaił do nowego wystroju. Choć nawet taki laik jak on musiał przyznać, że teraz bardziej przypominał swoją właścicielkę, niż kiedy mieszkała w nim ze swoim mężem, preferującym chłodną elegancję. Jaskrawe kolory, żywe kombinacje, lekkie meble zastąpiły skórę, chrom i paletę szarości. Kuchnia, łazienka i salon były na dole, a pierwsze piętro zostało zagospodarowane na dwie sypialnie i toaletę. W garażu królowała jej pracownia, bo już nie potrzebowała miejsca na drugi samochód i chyba to świadczyło najlepiej o tym, że nie szybko zamierzała wypełnić tę lukę w swoim życiu.

– Cześć. Nie wiem, co tu robię, ale wygląda na to, że piję…. – Blake mruknął ponuro, zrzucając swoją skórzaną kurtkę i buty, zostawiając je w korytarzu. To było pocieszające, że może być równie swobodny w domu Evette jak gdyby był w swoim własnym mikroskopijnym, obskurnym mieszkanku. Głównie, dlatego że nigdy nie zgodził się zostać jej współlokatorem. Przynajmniej mieli jeszcze jakieś złudzenia na swój temat.

Obdarzając kobietę szybkim całusem w policzek, odebrał jej jednocześnie butelkę i padł na kanapę z nieukrywaną ulgą. Chyba każdy mięsień i każda kość w jego ciele zaprotestowała. Miał jednak nadzieję, że udało mu się ukryć grymas bólu przed przyjaciółką. Nie chciał przechodzić drylowania zanim wypił przynajmniej trzy piwa. Potrzebował znieczulenia.

– Jestem taka podekscytowana, że nie mogłam wytrzymać. Chciałam się pochwalić jak wyszła okładka. – Wielki, dumny uśmiech wypłynął na jej usta. – … i tym, że kilka z pozostałych ujęć jest wzięte pod uwagę przy planowaniu reklamy i promocji. Oczywiście o ile ty i Harry się zgodzicie, aby były użyte – dodała szybko, widząc zaniepokojoną minę Blake’a.

– Możemy o tym nie gadać na razie? Spędziłem dziś wiele godzin sprzątając po remontach dwóch domów. Jestem wykończony – jęknął, tonem usprawiedliwienia. Nie miał zamiaru przyznać się, że ta cholerna sesja stała się jego obsesją. Po za tym nawet z Evette preferował milczeć niż prowadzić dyskusje na tematy, które generalnie go nie interesowały. Za to jej pozwalał nawijać do bólu o ile nie oczekiwała od niego odpowiedzi i wyrażania swojej opinii.

– Przepracowujesz się! – Evette zlustrowała podkrążone oczy i lekko pobladłą cerę pod opalenizną mężczyzny. Niedbały zarost, który zawsze dodawał mu charyzmatycznego, lekko niebezpiecznego wyglądu, teraz sprawiał, że mógł rywalizować z pierwszym lepszym lumpem z ciemnego zaułka o miejsce w kartonie. Jej idealnie wypielęgnowane brwi zmarszczyły się z niezadowoleniem i niemałą troską. Błysk w niebieskim oku, ostrzegł Blake'a, że powinien przygotować się na grillowanie przez przyjaciółkę. – Blake, możesz teraz trochę wyluzować? Za te fotki dostaniesz tyle, że śmiało starczy ci na kilka miesięcy. Wiem ile dla ciebie znaczy twoja firma, ale zabicie się w niej i dla niej z całą pewnością nie pomoże…

– Jasne – parsknął Blake, starając się nie wiercić pod wszędobylskim spojrzeniem kobiety. Kiedy przyszpilała go tym swoim niewzruszonym spojrzeniem, wiedziała rzeczy, których nie był gotów zdradzić. Gdyby wpuścił ją do swej głowy prawdopodobnie następstwem tego byłoby, że wyrwałaby mu nową dziurę w… Tak czy inaczej znała go zbyt dobrze. – Na razie starczy, ale sezon na remonty i sprzątanie skończy się zimą. Jeśli chcę się utrzymać muszę pracować. A w roli modela się nie widzę. Nie wyobrażam sobie, abym mógł to robić na dłuższą metę. – I nawet nie chciał sobie wyobrażać pozowania z kimś innym niż Harry… to zwyczajnie byłoby… dziwne.

– Mamy jeszcze trzy okładki do wykonania i potem zobaczy się, co dalej. Jeśli moje prace się spodobają będę przyjmowała ich zlecenia. – Evetta usiadła na kanapie i położyła bose stopy na stoliku do kawy. Blake zrobił to samo.

–  Ale przecież nie będziesz mogła wykorzystywać nas do każdej sesji.

– No nie… nie o to mi chodzi. – Może zdradzanie wariackich zamysłów, bez ustanku szalejących po jej głowie, nie byłoby najmądrzejszym pomysłem w tym momencie, ugryzła się więc w język, starając się wybadać reakcje i nastawienie przyjaciela. Do niektórych rzeczy, on zwyczajnie musiał dorosnąć. – Jak na razie sporo pracy czeka nas z tymi okładkami, które są zaplanowane, więc nie ma, co się martwić na zapas. – Głośne pukanie przerwało Evette i ta skoczyła na równe nogi, żeby pognać do drzwi. Blake zmarszczył brwi.

Kto to mógł być do cholery?

Przytłumiony, lekko chropowaty głos Harry’ego posłał dreszcz niepokoju po plecach Blake’a. Bezsensownie i całkiem bez powodu jego ciśnienie z miejsca podskoczyło, potęgując jego irytację.

Nie będzie się denerwował jakimś facetem! A co tu robił, będzie musiała wytłumaczyć mu jego przyjaciółka, krętaczka.

Harry Swan, lekko zarumieniony od wieczornego chłodu, wszedł do salonu niosąc dwa ogromne pudełka z pizzą i kartonik piw. Zaparowane okulary i pokręcone od wilgoci włosy, dodawały mu uroku, kiedy z pełnym dołeczków uśmiechem próbował manewrować przy rozbieraniu się.

Blake usiadł wyprostowany, zdejmując stopy ze stolika. Jakoś głupio mu się zrobiło. Czuł, że powinien kontrolować siebie i swoje zachowanie, że powinien mieć się na baczności. Z drugiej strony z miejsca się zirytował, że w ogóle się przejmuje. Generalnie powinien mieć wyjebane, jak zawsze.

– O hej! – zawołał Harry na jego widok. Uśmiech i dwa wielkie dołeczki podążały za powitaniem. Nie wydawał się w ogóle zdziwiony obecnością Blake'a, najwyraźniej więc, tylko on jeden nie został poinformowany o tym pseudo zebraniu. Niemrawo skinął mu głową starając się jednocześnie wyjść na obojętnego i chłodnego. Nie było to łatwe, kiedy jego krew kipiała. Ev powinna była go uprzedzić. Nie żeby to robiło jakąś różnicę, przecież obecność Harry'ego, niczego nie zamieniała, ale… Chodziło tylko o to, że nie koniecznie miał ochotę na spędzenie z nim wieczoru. Chciał, aby sesja i jego prywatne życie było rozdzielone wyraźną linią. Grubą. Jak Wielki Kanion najlepiej.

Nowoprzybyły szybko się rozgościł. Jakby każde pomieszczenie, w jakim się znajdował automatycznie należało do niego. Pewny siebie, wyluzowany z lekkim uśmiechem rozglądał się po wnętrzu. Niewątpliwie było, że docenia to, co widzi i nie chodziło tylko, i wyłącznie o gustownie urządzone pomieszczenie. Błyszczące oczy zerkały ciekawie, lustrując całą długą i silną sylwetkę Blake'a, ponad krawędzią małych zaparowanych nadal okularków. Cokolwiek kryło się w jego spojrzeniu, przerażało go nie na żarty. Po raz pierwszy w życiu poczuł się jak zwierzyna, a nie jak myśliwy. Z miejsca pomyślał o tym, co muszą czuć kobiety w takiej sytuacji i nie imponowało mu nagle męskiego zachowanie. Chyba bardziej go to niepokoiło niż wyraźne zainteresowanie i aprobata drugiego mężczyzny. Szeroki uśmiech wypłynął na pełne usta Harry’ego, a maleńkie zmarszczki wykwitły w kącikach jego oczu. Przyjacielski i ach, jakże niewinny. W wyobraźni Blake'a był grzeszny i zwodniczy.

Evette podeszła do nich zadowolona z siebie.

– Co masz? – Jak mała dziewczynka, zaczęła zaglądać do pudełek, podekscytowana.

– Dla pani z mozzarellą i druga ze wszystkim. Piwo zgodnie ze wskazówką. – Wręczył kobiecie pudła i Evette uradowana pognała do kuchni. Pomyślałby kto, że z głodu umierała.

Blake z westchnieniem wstał i podał mężczyźnie dłoń na przywitanie. Bardzo kulturalnie i bardzo zwyczajnie. Lekki uścisk, konkretny, trwający idealnie tyle ile wymagało od nich dobre wychowanie. Jakby wcale ostatnim razem nie obejmował go praktycznie nagiego w jakiejś dziwacznej pozie, dominacji i uległości. Nie, absolutnie, nie myślał o tym. Nie wspominał. Wywalił całą tę okoliczność z głowy i teraz będzie w stanie prowadzić normalną konwersację. Jak każdy normalny, dorosły człowiek.

Tylko, o czym?

Harry nawet jeśli zauważył to, jaki spięty był Blake, nie okazał tego w żaden sposób. Wyluzowany i spokojny, usiadł na kanapie koło niego zamiast wybrać któryś z foteli stojących wokół małego stolika do kawy, i mężczyzna poczuł jak włoski znów jeżą mu się na karku. Spróbował stłumić to uczucie. Nie pojmował, dlaczego się tak czuł, dlaczego tak reagował? Czemu w ogóle się przejmował? Dwuznaczność wszystkiego, co między nimi się wydarzało, zaczynała pogrywać z jego głową. Miał wrażenie, że zamienia się w maniaka, przewrażliwionego na własnym punkcie. To, że zdawał sobie sprawę z tego, że zwyczajnie przesadza nie pomagało ani trochę.

Może był zmęczony i zestresowany? Jego życie było niezajmujące, wypełnione pracą i staraniem się o przetrwanie. Nie działo się w nim już od tak dawna nic, co w jakikolwiek sposób by na niego oddziaływało, że teraz z trudem potrafił ogarnąć emocje przez niego przepływające. Chyba wolał swój spokój i monotonię.

– Wiesz to nawet dobrze, że mamy okazję spotkać się i porozmawiać spokojnie po za planem zdjęciowym. – Harry zaczął prosto z mostu, poważnie spoglądając na Blake’a. – Jeśli się choć trochę zapoznamy może da nam to możliwość, aby wyeliminować zbędne napięcie między nami.

– Harry ma rację – wtrąciła Evette, stawiając przygotowaną pizzę przed nimi na małym stoliku, a aromat wypełnił całe pomieszczenie. Nie dała Blake’owi nawet możliwości ustosunkowania się do swojego stwierdzenia, tylko naparła na niego niczym taran. – Powinieneś poznać go, żeby współpracowało wam się lepiej. Wiem, że to musi być dla ciebie trudne.

Tak, oczywiście!

Najlepiej od razu zorganizować gangbang i naskoczyć na niego. Dobre chęci Ev, z całą pewnością brukowały drogę w jego prywatnym piekle.

A już z całą pewnością niecodzienne – dodał usłużnie Harry, nie biorąc sobie do serca ostrego spojrzenia Blake'a.

– Tym bardziej, że nigdy ci nawet do głowy nie przyszedł pomysł pozowania, a co tu dopiero mówiąc półnago.

Gdyby to było takie proste, westchnął w duchu Blake, momentalnie tracąc apetyt. – Bo przecież nie chodziło wcale o półnagiego mężczyznę w jego ramionach!

– O mnie się nie martw. Jeśli dasz mi instrukcje, co mam robić nie powinno być problemu – stwierdził ze spokojem, którego nie czuł i w ogóle zastanawiał się czy potrafi go skutecznie udawać. Nie miał zamiaru roztrząsać swoich dylematów ani z Harrym, ani nawet ze swoją przyjaciółką. Sam musiał wyciągnąć wnioski z całej tej sytuacji i ogarnąć się. To przecież tylko kolejna rzecz zdarzająca mu się w życiu. Wszystko inne przecież pozostaje niezmienne.

– Chodzi o to, że …– zaczęła lekko zaskoczona Evette, ale przerwał jej sztucznym uśmiechem.

– Nic się nie martw, powtarzam ci. Już mniej więcej wiem, o co chodzi z całym tym pozowaniem. Dasz nam w przyszłym tygodniu wskazówki i po problemie. Mam tylko nadzieję, że ogarnę koncepcję całego tego projektu – mruknął nonszalancko, biorąc kawałek pizzy. Jego towarzysze spojrzeli na niego z niedowierzeniem i odrobiną obawy. Gula dławiła go w gardle, ale jadł zdeterminowany, przełknąć lub się udławić swoimi kłamstwami. Chciałby mieć już to wszystko za sobą. Oczy Harry’ego śledziły każdy jego ruch, co lekko go wnerwiało, ale obiecał sobie nie reagować. Przetrwa te pieprzone zdjęcia i zarobi pieniądze. Koniec, kropka. Nie ma problemu.

– Mmm… w takim razie super! – Evette padła na fotel i włączyła swój ukochany film „Piąty Element”. Oglądał go jakieś pięć milionów razy, ale nie śmiał zaprotestować. Jego przyjaciółka zamieniała się w prawdziwą tygrysicę, kiedy ktoś stawał między nią i Bruce’em Willisem. Zwłaszcza, kiedy była zmęczona lub zestresowana. Ciekaw był, które z powyższych ją gnębiło. Wiedział jednak, że przyjdzie odpowiedni moment, a zostanie poinformowany czy będzie chciał wiedzieć czy nie. Nie żeby miał coś przeciwko temu. Wolał to niż wyciąganie tego z niej na siłę. Co było nie tylko bezowocne, ale i śmiertelnie niebezpieczne.

Decydując się nie naciskać, Harry spokojnie oparł się o sofę i częstując się kawałkiem pizzy, wpatrzył w wielki telewizor Evette. Który był czasem głównym powodem, dla którego Blake lubił przesiadywać u swojej przyjaciółki. Jej wypasiony pięćdziesięciocalowy telewizor zawieszony na ścianie na nim osobiście robił wrażenie. Na nim wszystko oglądało się dobrze. I grało. Choć udawał, że nie jest uzależniony od Xboxa. Pożeracza czasu.

– Widziałeś to? – zapytała w pewnym momencie Harry'ego Evette, z pełnymi ustami, zerkając przez ramię na obu mężczyzn. Jej mina wskazywała, że powinien udzielić jedynej poprawnej odpowiedzi. Harry jednak tylko potrzasnął głową przecząco, przełykając wielki kęs i dwa niebieskie lasery wbiły się natychmiast w jego mózg rozbierając go na części pierwsze. Wyglądała na totalnie zszokowaną taką możliwością. W jej opinii to było na pograniczu świętokradztwa i herezji. Harry jednak wiedział, kiedy jego tyłek był w ogniu. Posłał jej wielki, uroczy uśmiech, oślepiając dołeczkami.

– Nie oglądałem jeszcze, ale lubię Bruce Willisa. Jestem więc święcie przekonany, że mi się spodoba – mrugnął do Evette, wymownie poruszając brwiami, a Blake zadławił się piwem.

– Ja lubię Milę Jovovich – palnął bez zastanowienia, sciągając na siebie uwagę swoich towarzyszy. Klnąc w duchy własną głupotę i nadpobudliwą wyobraźnię, zmuszającą go do podkreślenia, że jego interesują kobiety, Blake wbił spojrzenie w butelkę z piwem.

Evette przyjrzała mu się przez chwilę, ale ostatecznie tylko skinęła głową, już na nowo pochłonięta filmem. Harry za to spojrzał na niego ledwie kryjąc wesołość.  

– Ja też ją lubię. Jest fantastyczna. Dodaje seksapilu i klasy filmom, w których gra. Nawet w Resident Evil – powiedział przyciszonym głosem tak, że Blake musiał się pochylić w jego stronę, aby dobrze usłyszeć. – Nawet, jeśli nie znoszę horrorów ten jeden oglądałem. – Kiedy Blake rzucił mu zaskoczone spojrzenie, Harry wyznał z lekko ironicznym uśmieszkiem. – Boję się oglądać takie makabryczne filmy. Przerażają mnie i śpię plecami do ściany bojąc się tego, co może zakraść do mnie od tyłu i zaatakować mnie w ciemnościach nocy.

Blake zachłysnął się piwem, kaszląc gwałtownie. Z oczy poleciały mu łzy, a oddech utknął w piersi na niecodzienną deklarację swojego towarzysza.

To zdecydowanie zmieniło punkt odniesienia wyobrażeń Blake'a na temat Harry'ego. Stwierdzenie było absolutnie zaskakujące i nie wiedział jak odnieść się do wyznania mężczyzny, że czegoś się bał. On sam również nie lubił i nie oglądał horrorów, ale nie przyszłoby mu na myśl żeby łączyć to z obawą, a już z całą pewnością nie wpadłby na pomysł tak zwyczajnie wyznać to komuś. Był zapracowany, zabiegany, zmęczony, jeśli już znalazł czas na oglądanie telewizora, wybierał taki program czy film, który naprawdę lubił. Nieprzyjemne odczucie w trakcie ociekających krwią, wypełnionych walającymi się członkami kiczowatych seansów nigdy wcześniej nie postrzegał, jako potencjalny starach.

– Blake? – zapytał nagle Harry przyciszonym tonem, wyrywając go z rozmyślań. Kiedy ten uniósł na niego, nadal lekko załzawione spojrzenie, dodał cicho. – Nie lubisz mnie?

– Co? – Po raz drugi szok wstrząsnął Blake’iem tak, że widocznie podskoczył na kanapie. Niewiedział czy bardziej bezpośredniość Harry’ego go zaskoczyła, czy samo pytanie. Nie był przyzwyczajony do bezpośrednich konfrontacji. Szybko spojrzał na Evettetę, ale ta zdawała się nie zwracać na nich uwagi z zapartym tchem patrząc jak Mila skacze – po raz milionowy – z gzymsu kosmicznej budowli, wpadając do taksówki prowadzonej przez Bruce’a.

– Mam wrażenie, że mnie nie lubisz. – Kontynuował dyskretnie Harry, trochę nerwowo przeczesując włosy dłonią. – Nie odzywasz się prawie wcale, nie udajesz nawet, że masz ochotę na rozmowę. Nie wiem. Staram się nie traktować tego personalnie, ale… pracujemy razem. Jeśli bardzo nie chcesz… zrezygnuję ze zdjęć, a Evette znajdzie ci kogoś, kto bardziej… nie wiem, spełni twoje oczekiwania… – dodał smutno, opuszczając powieki i zasłaniając szybko emocje odbijające się w jego brązowych, ekspresyjnych oczach.

Przełykając ślinę z trudem, w niespodziewanie suchych ustach, Blake wlepił spojrzenie w siedzącego przy nim mężczyznę. Jeśli Harry odejdzie, Evetta go zabije, a on dostanie kogoś nowego do pozowania. Myśl o tym praktycznie go otrząsnęła wewnętrznie, a zimny dreszcz powędrował po jego plecach. O tym, że Harry mógł czuć się nieswojo przez jego zachowanie nie chciał myśleć.

– Nie, oczywiście, że nie. Nie wiem, czemu odniosłeś takie wrażenie.  – Wzruszył ramionami udając zaskoczenie jego pytaniem. – Bardzo dobrze mi się z tobą współpracuje. Po prostu nie znamy się. Jestem zapracowany. Wszystko to razem jest dość trudne do ogarnięcia. Nie wyobrażam sobie jednak zmiany na kogoś innego. – Nie kłamał. Nie wyobrażał sobie dotknąć jakiegoś innego faceta. Harry przyglądał mu się uważnie, więc zaparł się wewnętrznie, aby nie zdradzić turbulencji w jego umyśle. Chciał być obojętny i spokojny, a mógł tylko udawać i doprowadzało go to do szału. Nie żeby to była wina Harry'ego. – Przepraszam, chyba jestem po prostu wykończony. Oprócz pozowania – powiedział kpiąco i z emfazą – mam jeszcze małą firmę sprzątającą. Na koniec tygodnia po prostu padam. Nie sprzyja to też moim talentom socjalnym.

Harry jeszcze przez moment lustrował go poważnie, starając się rozgryźć czy Blake jest z nim szczery czy go zbywa. Trudno jednak było wyczytać cokolwiek z jego twardej, zamkniętej twarzy. Rozsądek podpowiadał mu, żeby odpuścić. Nic dobrego nie przyjdzie mu ze zniechęcenia do siebie swojego nowego znajomego. Miał jednak wrażenie, że za każdym razem uderza o mur. Przełykając więc wszystko co cisnęło mu się na usta, przytaknął, po czym uśmiechnął się szeroko oślepiając swoimi uroczymi dołeczkami jak zwykle.

– Zdjęcia mógłby się wydawać taką prostą sprawą, ale muszę przyznać, że po ostatniej sesji moje mięśnie protestowały na całego – powiedział w końcu, odpuszczając Blake’owi. Tak naprawdę nie chciał usłyszeć, że Blake jednak nie chce z nim współpracować. – Nie śmiem nawet sobie wyobrażać, co twoja przyjaciółka wymyśliła na przyszły tydzień.

Blake zadrżał i z przerażeniem rzucił spojrzenie na kobietę.

– Mam nadzieję, że nic, co się skończy ofiarami w ludziach – szepnął konspiracyjnie. Jego chrapliwy głos robił dziwne rzeczy Harry’emu i ukrywanie tego było coraz trudniejsze. Starał się jednak być dzielny. Blake uśmiechnął się półgębkiem. Miał zamiar wyluzować, choć piwo pewnie mu w tym wydatnie pomagało.

– Słyszałam! – Evette wstała i pogalopowała do kuchni po kolejną porcję alkoholu. Jej pizza zniknęła zanim ktokolwiek dał radę się zorientować. Gdzie ją całą pomieściła to była zagadka. Blake z Harry’m w tym czasie nie zjedli więcej niż po kawałku lub dwóch. – Już mam plan – dodała wracając. – Ale go nie zdradzę do poniedziałku. – Rzuciła pogodnie i znów wpełzła na swój fotel. Podwijając nogi pod siebie.

– A ty często pozujesz? Zajmujesz się tym zawodowo? – Blake wykazał się wreszcie inicjatywą i cicho zwrócił do Harry’ego, który zdawało się, że tylko pobieżnie zerkał na ekran, całą uwagę skupiając na swoim towarzyszu. Subtelny niestety nie był. – Wydaje się, że ci to tak łatwo przychodzi.

– Nie – mruknął Harry, nie wiedzieć czemu, nagle spłoszony. – To pierwszy raz jak pozuję do zdjęć w jakiejkolwiek formie. Chyba, że rodzinne się liczą… – Złapał kawałek pizzy i wpakował go szybko do ust. Blake mentalnie wzruszył ramionami.

– Dobrze ci idzie jak na pierwszy raz, w takim razie – stwierdził w końcu, odrapując etykietkę z butelki, krótko przyciętym paznokciem. Nie wiedział, co robić z rękoma. Gdzie patrzeć, skoro patrzenie na Harry’ego wydawało mu się ciągle zbyt… natarczywe? Jego spierzchnięte, zgrubiałe od pracy dłonie, jak nic innego uświadamiały mu gdzie znajduje się jego miejsce.

– Dzięki. To nic skomplikowanego właściwie – odpowiedział Harry, kiedy wreszcie zdołał przełknąć kęs. – Myślałem, że będzie trudniej, szczerze mówiąc.

– Czemu? – To akurat wydało się Blake’owi bardzo ciekawe.

– Bo myślałem, że będziesz jakimś zarozumiałym, nadętym modelem. – Śmiech przebijał z  jego każdego słowa, choć starał się zachować poważną minę. – Wiesz skupiającym na sobie uwagę wszystkich i jęczącym; za gorąco, za zimno, wody, kawy, szampana, kawioru… – Harry przewrócił oczyma wymownie.

Blake nie wiedział czy się śmiać, czy obrazić, choć wybrał to pierwsze. On sam zastanawiał się nad tym, jaki będzie model, który będzie z nim współpracował. To znaczy w chwilach, w których w ogóle pozwalał sobie na myślenie o tym. Czego unikał, aż do momentu pierwszego pstryknięcia.

– Problem z głowy, bo nie jestem modelem – rzekł w końcu trochę cynicznie. Nie ukrył jednak uśmieszku, jaki towarzyszył jego stwierdzeniu.

– Jak dla mnie równie dobrze mógłbyś być. Jesteś wystarczająco przystojny, aby być modelem, kurczę mógłbyś być bożyszczem tłumów bez wysiłku. – Gorące spojrzenie przemknęło po ciele Blake'a i zanim Harry zorientował się, co robi wyciągnął dłoń, żeby dotknąć muskularnej piersi mężczyzny. Hipnotyzowała go, wołała, kusiła. Blake widocznie zesztywniał. Gorące rumieńce zalały policzki Harry’ego, kiedy się ocknął z cholera wie, jakich wyobrażeń hasających po jego umyśle. – Przepraszam.

– Jeśli chcesz Blake'a wystraszyć świetnie ci idzie – Evette zerknęła przez ramię na Harry’ego, wymownie przewracając oczami. Jej mina oscylowała między rozbawieniem, a niezaspokojoną ciekawością.

Aby nie dołączyć do rumieniącego się mężczyzny, Blake zignorował przytyk przyjaciółki i zwyczajnie chwycił butelkę z piwem.

– Nie przesadzaj Evette. Nie jestem aż tak bojaźliwy.

– Więc nie przeszkadza ci, że jestem gejem? – rzucił Harry łapiąc go z opuszczona gardą.

– A jakie to ma właściwie dla mnie znaczenie? – zapytał udając, że nie rozumie pytania. – To jakbym się zapytał czy przeszkadza ci, że jestem hetero? – powiedział, dumny ze swojego opanowania i spokojnego głosu. Po zastanowieniu doszedł do wniosku, że faktycznie, postrzeganie kogoś przez pryzmat orientacji seksualnej jest idiotyczne. Napięcie między nim i Harrym miało bardziej personalne podłoże, a przynajmniej jego intuicja tak mu podpowiadała.

– Bo mi przeszkadza – westchnął Harry, niemal tuż przy uchu Blake'a. Jego szczupłe ciało lekko pochylało się ku niemu. – Wolałabym abyś był przynajmniej bi!

Śmiech Evette z trudem przebił się przez dudniącą w głowie Blake'a krew. Rozpalone spojrzenie Harry’ego świadczyło dobitnie o tym, że mówił śmiertelnie poważnie. W końcu wzruszył ramionami starając się stłumić nieprzyjemne drganie swojego żołądka.

– Nie można mieć… wszystkiego? –  Czemu to stwierdzenie ostatecznie wyszło jak pytanie, Blake nie miał pojęcia.





***



Ostrożnie, ukradkiem zerkając, Ev spróbowała nie wiercić się z ekscytacji. Nie mogła poskromić ciekawości. Mężczyźni rozmawiali zbyt cicho, aby mogła wszystko zrozumieć, co było powiedziane, ale język ich ciał był aż nadto oczywisty.

Harry był urzeczony i zafascynowany jej przyjacielem. Spojrzenie, ledwie powstrzymywane gesty i ruchy, zdradzały go równie skutecznie jak błysk w oku i delikatne rumieńce na złocistej cerze. Wisiał na każdym słowie padającym z ust Blake'a, ale udawał obojętność.

Gruboskórny, oporny Blake za to wyglądał, jakby lada moment miał wyskoczyć z własnej skóry. Niczym sokół obserwował swojego rozmówcę, jak gdyby ten lada moment miał zamiar zaraz rzucić się na niego i czynić niewyobrażalne rzeczy jego ciału. Był czujny, skupiony i ostrożny poświęcając całą swoją uwagę adwersarzowi.

Sam fakt, że Blake podchodził do Harry'ego tak emocjonalnie, było dla Evette szokujące. Zazwyczaj był jak bezemocjonalny, zaprogramowany na przetrwanie robot. Dawno nie widziała, aby zareagował na drugiego człowieka z czymś więcej niż irytacja i chłód.

Z westchnieniem, zwróciła uwagę na końcowe napisy filmu, który generalnie przegapiła, tak skupiona była na swoich gościach. Nie, żeby nie znała w nim każdego słowa i momentu. Nie miała jednak już dłużej wymówki na to, żeby nie wtrącać się do ich rozmowy. Chciała dać im jeszcze moment i nastawić się psychicznie na reakcję na jej projekty. Tylko fair wydawało jej się, aby je zobaczyli, a jak znała Blake'a nie zapytałby o okładkę i efekt końcowy, nawet gdyby język miał mu odpaść.

Zrezygnowana wyłączyła telewizor, rzucając mężczyznom ostatnie ukradkowe spojrzenie.

Przysięgała sobie w duszy, że nie bawiła się w swatkę. Po katastrofie, jaką okazało się jej małżeństwo, nawet nie była romantyczką. Raczej sceptyczną cyniczką. Jej wyobraźnia jednak hasała samopas bez udziału jej woli. Chciała, aby Blake był szczęśliwy. A jak do tej pory nie tylko nie znalazł kobiety, która dałaby mu, choć namiastkę szczęścia, ale wręcz nie był zainteresowany. Co martwiło ją niepomiernie. Dlaczego nie rozważyć innych opcji? Tak po prostu, dla pewności? Jej małżeństwo miało być perfekcyjne. Tradycyjne i wspaniałe. A było koszmarem na jawie. To, co dla jednych służy, jako wymówka pod nazwą „tradycyjne wartości”, dla innych może być piekłem na ziemi. Może czasem warto było zaryzykować i spojrzeć pod innym kątem? Bóg jej świadkiem, że w jej przypadku odwieczne zwyczaje się nie sprawdziły.

Słodki, przystojny Harry był idealny dla jej przyjaciela. Był stanowczy, zdecydowany i aż wibrował życiem. Uzupełniałby Blake'a idealnie. Wystarczy, żeby uparty tłumok otwarł oczy.

 Nie mogąc dłużej zwlekać, ruszyła do swojej pracowni. Chciałaby zdławić nerwy skręcające jej wnętrzności, ale nie mogła nic poradzić na to, że dłonie lekko jej drżały. To zlecenie było dla niej wielkie. Była jednocześnie podniecona, przerażona i pełna nadziei. Możliwości, które się dla niej otwierały były nieokreślone.

Opinia Harry'ego była bardzo ważna, ale nie obawiała się jej. Jej prace były dobre i wiedziała o tym, a on był zbyt miły, aby naruszyć ich kruchą i nieśmiało rozwijającą się przyjaźń. Nie wspominając już o ich układzie.

Z jej przyjacielem sytuacja przedstawiała się z goła inaczej. Jego osąd znaczył dla niej zbyt wiele. Tylko on wierzył w nią, kiedy ona sama przestała w siebie wierzyć. Nie wiedziała, co by zrobiła, gdyby nie zaakceptował jej pracy. Nawet nie chciała o tym myśleć.

Tachając, trzy plansze formatu B3 pod pachą, stanęła w końcu naprzeciwko swoich gości. Robiąc dobrą minę do złej gry, spojrzała na nich z wyzwaniem.

– Patrzcie chłopcy i podziwiajcie! – Jeśli jej serce miało wyskoczyć jej przez gardło, miała tylko nadzieję, że będzie to szybkie i bezbolesne doświadczenie. Z dumą i obawą rozłożyła swoje projekty na stoliku przed nimi. Detale, których nie było wcześniej, wypełniały planszę w najdokładniejszych szczegółach.

Mag nagle był przykuty do kolumny w nogach wielkiego łóżka, a ogromny miecz z grawerunkami na potężnym ostrzu, leżał u stóp zniewalającego go Wojownika. Obaj znaleźli się w ciemnej sypialni, gdzie ogarki świec karmiły cienie spowijające całe wnętrze. Blask bił tylko z ich splecionych ciał.

Mag walczył. Swoim ciałem, spiętym i wibrującym. Opierał się przed nieuniknionym. Był jednak bezradny i sfrustrowany. Napięcie i emocje wręcz promieniowały z jego ciała… Ale nie mógł wygrać z objęciami potężnego Wojownika. Niezachwiany i twardy, był jak monument nad drżącym w jego ramionach mężczyzną. Mięśnie niczym postronki, tańczyły pod ich skórą. Każda linia ich ciał kryła w sobie siłę i potęgę. Żadne łańcuchy nie mogły jej skryć u uwięzionego Maga. Z ciała Wojownika wręcz biła w oczy. Cień kryjący górną część ich twarzy, ukrywał ich tożsamość, ale usta zaciśnięte w cienką linię zdradzały, aż za bardzo, tłumione emocje. Niebezpieczeństwo i pragnienie splecione ciasno w jedno, w pięknym pokazie siły i pożądania. Uniesione buńczucznie podbródki sprawiały, że ich usta znajdowały się blisko siebie. Można byłoby się właściwie spodziewać, co się stanie, gdyby niezatrzymana w obiektywie chwila, kradnąca odpowiedź na pytanie patrzącego. 

Trzy ujęcia walki z namiętnością i niechcianymi emocjami wyrwały ciche okrzyki zaskoczenia z ust Harry'ego i Blake'a. Ich twarze odbijały tysiące emocji.

Zaskoczony Harry z nieśmiałym uśmiechem odgarnął za ucho włosy, starając się najwyraźniej znaleźć słowa, które jak burza przelatywały przez jego głowę. Nie wierzył, że to on jest na tym obrazku. Nie pojmował, że może wyrażać sobą tyle różnych rzeczy. Nie rozumiał jak to się stało, że tyle z siebie odsłonił. Był nagi przy Blake’u i śmiertelnie go to przerażało.

Ev wbiła w nich spojrzenie ostre i błagalne jednocześnie.

 – Wow – wydukał w końcu, kiedy cisza stała się ciężka jak ołów. Zesztywniałe ciało Blake'a przy jego boku, tylko pogarszało sprawę, poderwał się więc na nogi, aby pogratulował autorce projektu. – Masz ogromny talent! Nie miałem pojęcia, że z jednego zdjęcia możesz wyczarować takie dzieło! – Pochwalił całkiem szczerze.

Niebieskie oczy rozbłysły niczym neony.

– Ach tam, nie przesadzaj – powiedziała, obejmując go jednak mocno. Z ulgą, której nie udało jej się całkiem ukryć, cmoknęła go w policzek. – Bez was nie poradziłabym sobie – dodała, spoglądając na swojego przyjaciela wyczekująco.

Blake otrząsnął się ze stuporu. Patrzył na plansze, ale postać, którą widział była mu obca. To nie był on. Potężny, drapieżny i zdecydowany. Nie tylko Harry wydawał się nagi. Również on nagle był wyeksponowany, bez względu na spodnie, które miał ubrane. A przecież Wojownik nie miał nic z niego. Nie mógł mieć, prawda? I nie wiedział jak czuł się z świadomością, że taka możliwość istniała.

– Rudzielcu ja nie wiem, że ty jeszcze nie jesteś sławna na cały świat – powiedział w końcu, rozciągając usta w uśmiechu, prawie bolesnym. – Przeszłaś samą siebie! – Objął przyjaciółką z całych sił, kryjąc twarz w jej szyi. Nie chciał patrzeć jej w oczy, bo nie chciał, żeby dostrzegła jak bardzo był przerażony i skonfundowany. 

Dlaczego tak bardzo się przejmował?

Projekty były wspaniałe. Idealne. Nawet sobie nie wyobrażał, że wyjdą tak dobrze. Głębia całej sceny porażała autentycznością.

A przecież tylko udawali… udawali to pożądanie i pragnienie. Nawet nie walczyli tak naprawdę, prawda?

– Wydawnictwo zaakceptowało projekty, ale ostatnie słowo ma pisarka. – Rozemocjonowana Evette zatarła dłonie, uśmiechnięta od ucha do ucha. – Dodam napisy zgodnie z jej wskazówkami i gotowe! Tłuściutki czek zmieni właściciela!

– Musimy to uczcić! – zasugerował Harry radośnie, z nadzieją patrząc na Blake'a.

Mężczyzna stłumił ciężkie westchnienie.

– Jasne! Zdecydowanie musimy uczcić twój wielki i zasłużony sukces! – Przytaknął mrugając do Ev, próbując wysupłać tak wiele entuzjazmu jak wiele mu się udało bezboleśnie.

Pisk radości i dziki taniec jego przyjaciółki, po całym mieszkaniu był wart poświęcenia. Przecież może zachowywać się w cywilizowany sposób przez jeden wieczór. Może nawet nikogo nie pogryzie.



***



Kiedy życie kopie cię po tyłku więcej razy niż masz ochotę się przyznać, zaczynasz wyłączać wszystko, co zaczyna ci się nagle wydawać zbędne.

Rozrywkę, bo właściwie okazuje się, że nie bawi cię to samo, co większości twoich znajomych. Towarzystwo ludzi, którzy i tak gros czasu bardziej cię denerwowali niż bawili. Oraz marzenia, bo o czym marzyć jeśli rzeczywistość wali cię w pysk brutalnie ilekroć przyjdzie ci do głowy, że możesz i właściwie nawet zaczynasz w to wierzyć.

Dzień po dniu mija i nagle pewnego dnia okazuje się, że twoje całe życie to praca. Na dodatek taka, która wysysa z ciebie każdy najmniejszy zalążek entuzjazmu czy radości życia i nie pozwala na nic więcej niż tylko ponura egzystencja. Blake pogodził się z tym już dawno temu. Niczego już właściwie nie oczekiwał. Nie miał pragnień innych niż zwyczajnie przetrwać.

A czasem nawet to było walką.

Zwyczajnie żyć wcale nie było tak łatwo, jakby się mogło człowiekowi wydawać.

Mając niekończące się problemy z autorytetami szybko przekonał się, że ciężko mu było mieć szefa i nie staczać ciągłych walk. Został więc szefem samego siebie. Bez wsparcia rodziny, bez pomocy i bez wspaniałego wykształcenia nie było wiele rzeczy, które mógł robić. Zawsze był ktoś zdolniejszy, bogatszy z lepszymi perspektywami.

Zawsze też jednak było coś, czego inni ludzie nie chcieli robić.

I właśnie tam Blake znalazł dla siebie miejsce.

Pomysł zrodził się przez przypadek, kiedy jeszcze był bardzo młody. W wypełnionym przez rodzeństwo po brzegi domu, nie potrafił wysiedzieć. Jako szesnastolatek chudy i wysoki był popychadłem swoich dwóch potężniej zbudowanych, starszych braci, a jego dwie młodsze siostry zwyczajnie nie miały z niego pożytku i nieraz dawały mu odczuć, że zawadza. Szybko więc zaczął spędzać więcej czasu po za domem niż z rodziną. Jego rodzice nie byli zainteresowani tym, co się z nim dzieje. Byli zbyt zapracowani i skupieni na sobie. Trochę przestał im się dziwić, kiedy zaczął sam pracować. Jedyne, czego nie potrafił pojąć, to po co było im tyle dzieci jeśli nie byli zdolni ich utrzymać i pewnie nieświadomie, ale jednak, winili je za zrujnowane życie i wypruwanie sobie żył.

 Zaczynał od najcięższych prac w najgorszych miejscach. Syf, w jakim ludzie potrafili czasem żyć nadal go zadziwiał po tych wszystkich latach. Zaciskał jednak zęby i pracował do wyczerpania, nie myśląc o niczym innym niż tylko o dniu, kiedy nie będzie musiał już tego robić. Choć nigdy nie marzył, aby być bogatym. Chciał po prostu być bezpieczny. Z czasem nauczył się nie dawać wykorzystywać i pracować tak, aby realizować swoje plany. Prawie dziesięć lat później był niezależny, ale na tę niezależność pracował do utraty tchu.

Jego firma sprzątająca była mała, lecz wystarczała na jego potrzeby. Bywało ciężko, ale zazwyczaj pozwalała mu żyć na poziomie i zapewniała mu stabilizację, której dla siebie pragnął. Zdawał jednak sobie sprawę z tego, że najmniejsze potknięcie może zaważyć na tym wszystkim, co osiągnął. Za największy swój sukces Blake uważał stworzenie miejsc pracy dla swojej przyjaciółki i jej najstarszej córki Becky, która była samotną matką. Zawsze mógł na nich polegać, nawet kiedy były tylko sąsiadkami jego rodziców i przygarniały nieporadnego nastolatka. Był dumny z siebie, że teraz one mogły polegać na nim.

 Walcząc o resztki błogiego snu, umykającego mu brutalnie, Blake zacisnął pięści na kołdrze. Nie mógł uwierzyć, że już był ranek. Przecież dopiero, co zamknął oczy! Z trudem udało mu się uchylić powieki, aby zerknąć na ekranik komórki. Piekielne urządzenie drylowało dziurę w jego mózgu bezlitośnie. Wyświetlające się imię Mary nie wróżyło dobrze. Była szósta rano i choć nie było żadnym zdziwieniem, że ta kobieta, demon pracy, już nie spała, o tyle zdziwieniem było, że do niego dzwoniła. Pięćdziesięciolatka była niezależnym, zdeterminowanym małym czołgiem do zadań bojowych. Niczym taran szła przez każdy dom i każdą pracę, jaka nawinęła jej się do rąk. Jeśli nie potrafiła poradzić sobie z jakimś problemem, to chyba nikt inny nie umiał.

Stłumił jęk, modląc się w duszy o jeszcze kilka chwil snu. Telefon od współpracownicy był jednak złym znakiem i pierwsze oznaki zdenerwowania zaczynały wkradać się pod jego kołdrę, sprawiając, że zrelaksowane mięśnie zaczęły tężeć.

Jeśli pamięć go nie myliła Mary i Becky miały zakończyć sprzątanie domu, który dziś miał być zdany właścicielom. To miały być tylko kosmetyczne poprawki i detale. Ona zawsze chciała się upewnić, że wszystko jest na swoim miejscu i lśni, tak, że potrzeba było okularów przeciwsłonecznych, aby wejść do holu. Czasem w duszy zastanawiał się czy Mary nie ma nerwicy natręctw taką była perfekcjonistką. Na co oczywiście nigdy nie narzekał. Bez niej chybaby sobie nie poradził, a już z całą pewnością nie poszerzyłby usług swojej firmy o taki dochodowy asortyment. Dla niego takie rzeczy jak świeże kwiaty, odświeżacze powietrza czy czyste ręczniki, to były detale, o których sam z własnej nieprzymuszonej woli by nawet nie pomyślał. Może wpadłby na uzupełnienie wody mineralnej w lodówce i świeże pieczywo, ale nic pond to. Zadowolony klient to podstawa i ta niewielka kobietka uświadomiła mu to bardzo dobitnie i głośno. Jeśli Mary dzwoniła, to mogło oznaczać tylko jedno… coś nie poszło zgodnie z planem.

– Mary? Czy coś się stało? – wychrypiał do słuchawki. Jego głos zabrzmiał bardziej szorstko niż zwykle, ale pocieszał się, że jego współpracowniczka zbyt dobrze go znała, aby przejąć się jego tonem. Za łyk wody dałby się ogolić na sucho. Niezdecydowany był jednak czy wypełznąć z ciepłej pościeli. Może jakimś cudem to nic, co go zmusi do wstania?

– Eee… Blake… strasznie mi przykro, że cię budzę. Wiem, że miałeś mieć wolny dzień, ale…–zawahała się. Jej zdenerwowanie wręcz wibrowało przez słuchawkę. A Mary nigdy się nie denerwowała. Ona zwyczajnie zakasywała rękawy i zabierała się do pracy. Ewentualnie usuwała przeszkody ze swojej drogi własnoręcznie.

– Spokojnie, nie masz się co martwić. – Blake starał się brzmieć, choć trochę przekonywująco, obawiał się jednak, że mu słabo poszło. Trąc piekące oczy, spróbował skoncentrować się na rozmowie zamiast pulsującego bólu za gałkami ocznymi. Ile godzin spał? A tak, przynajmniej siedem. Z czego z pięć było wypełnione smukłym, męskim ciałem Harry'ego, przyciśniętym do niego jak druga skóra. Jezu… teraz regularny młot pneumatyczny napieprzał w jego czaszce. – I tak miałem wstawać właśnie. – Przewrócił się na drugi bok, walcząc z jękiem rozkoszy, gdy ciepłe przykrycie, otuliło go szczelniej. – Mam masę rzeczy do zrobienia. – Podpisać papierek odbioru budowy. Jeden. – Mam spotkania, – jedno – projekty do przejrzenia – jeden – i w ogóle trochę pracy w terenie. – Zaliczyć jakiś bar w czasie lunchu. – Nie musisz się, więc przejmować, że dzwonisz. Może nawet dobrze. Planowałem do was zajrzeć i zapytać czy potrzebujecie pomocy…

– Hmm… niemniej i tak czuję się podle, że zawracam ci głowę… wiem jak ciężko pracujesz. Jeśli nie odpoczniesz, wkrótce się wykończysz. – Matczyny ton zawsze sprawiał, że Blake nie wiedział, co powiedzieć, to też był raczej zadowolony, że tym razem brzmiała bardziej, jakby w ogóle żałowała, że zadzwoniła i biła się z myślami czy w ogóle mu powiedzieć, co się stało, czy sprytnie wykręcić. Jak ją znał była pewnie przekonana, że to nic, co zasługuje na jego uwagę.

Blake zdławił przekleństwo. Teraz to już zaczynał się martwić na całego.

– Skoro już dzwonisz to równie dobrze możesz powiedzieć, co się stało – westchnął cicho, modląc się w duszy, aby było to cokolwiek, z czym faktycznie będzie umiał sobie poradzić.

– Chodzi o to, że musiałam wziąć Carol ze sobą, aby mi pomogła. Becky miała wizytę u lekarza  – przyznała w końcu Mary cicho, jakby się obawiała, że zgani ją za wzięcie do pracy swojej szesnastoletniej córki. – A wiesz, że Penny z miejsca chciała przyjść z nią – tłumaczyła się zdenerwowana. – Przysięgam, że nie rozumiem tych dziewczyn. Zachowują się jak siostry i jak najwięksi wrogowie w tym samym czasie. Nie rozumiem… – przerwała w końcu swoje trajkotanie, uświadamiając sobie, że Blake cierpliwie słucha i czeka na to, żeby przeszła do meritum. Odchrząknęła cicho. – Robotnicy tu nadal są… – wymamrotała w końcu, jakby to miało wszystko wyjaśniać.

Z głośnym przekleństwem Blake znalazł się w kuchni, włączając ekspres do kawy, zanim jeszcze jego mózg zdołał zarejestrować fakt, że ciepły kokon, w którym się znajdował został już tylko wspomnieniem, a jego praktycznie nagie ciało drżało lekko z zimna. Było lato, ale poranki w jego małym mieszkanku były zimne. Zawsze.

– Będę tam za pół godziny – rzucił cicho do słuchawki, wchodząc do łazienki. Ponure odbicie w lustrze przywitało go, jak co ranka. Z tym typem doszedł do porozumienia już dawno, że nie często będą patrzyli sobie w oczy. Z westchnieniem przeciągnął dłonią po twarzy, chrzęszcząc cicho.

Nie, nadal nie widział sensu w goleniu się.

Zresztą Ev terrorystka zażądała od niego, aby go tylko przycinał na odpowiednią długość, żeby jak to ujęła: wyeksponować jego cechy twardziela.

– Prawdopodobnie przesadzam! – Mary znów zaczęła się usprawiedliwiać, ale jej głos drżał lekko.

– Nie mniej i tak muszę się tam pojawić – przerwał jej Blake zdecydowanie. Woda z prysznica zaczęła powoli się ogrzewać, ale wiedział aż za dobrze, że miał jakieś dziesięć minut, aby wziąć prysznic. Inaczej odmrozi sobie jaja. Jak wszystko w jego mieszkaniu prysznic tylko pozornie działał. – Uważajcie na siebie. Ja będę tam zanim się obejrzysz.

– Blake… – głos kobiety urwał się, jakby nie wiedziała jak podziękować, że nie wyśmiał jej obaw tak po prostu.

– Kobieto! Muszę wygrać wyścig z moim prysznicem – zawołał ze śmiechem, próbując rozładować napięcie. – Po za tym moja kawa woła mnie aż z kuchni.

– Mmm tak, tak sorry! –  Roześmiała się Mary. – Zapomniałam, że jesteś nie do użytku publicznego bez swojej kofeiny. Pa!

– Pa! – odparł, ale był praktycznie pewien, że Mary już się rozłączyła.

Jak błyskawica wpadł pod natrysk i jeszcze szybciej z pod niego wyskoczył. Nie był pewien czy nie pobił nowego rekordu w braniu prysznica.

Zanim opróżnił pierwszy kubek kawy, już był praktycznie przygotowany do wyjścia. Wskoczył w stare jeansy, które miały więcej dziur i łat niż jeansu, i szary lekko przyciasny już podkoszulek, praktycznie odruchowo. Ciężka praca owocowała i większość jego ukochanych T–shirtów wyglądała na jego szerokiej piersi jak namalowana. Wielkie, ciężkie robocze buciory dopełniały jego roboczego uniformu. Po raz setny przeklinał siebie w duchu za to, że zgubił swój turystyczny kubek. Teraz praktycznie z dłonią na klamce nadal sączył kawę, bo nie był w stanie rozstać się z kubkiem. Jego instynkt podpowiadał mu, że będzie potrzebował całego wsparcia, jakie tylko może mieć. A czysta kofeina krążąca w jego żyłach, była jak paliwo rakietowe dla niego. Zresztą sama rozmowa z Mary już sprawiła, że czuł się nabuzowany.

Zazwyczaj brał każde zlecenie na sprzątanie budynków i posesji, jakie wpadło mu w ręce. Nieraz prace, które przyjmował wymagały stalowych nerwów i odpornego żołądka. Od dwóch lat jednak zaczął coraz częściej współpracować z kilkoma firmami budowlanymi i konstrukcyjnymi. Remont chciało przeprowadzić wielu ludzi. Nie wielu jednak zdawało sobie sprawę z tego, z jakim bałaganem to się wiązało. Tutaj wkraczał Blake. Z determinacją, obitą półciężarówką i kobietą, którą lepiej było mieć po swojej stronie.  

Zaparkował przed eleganckim domem w bogatej dzielnicy i z westchnieniem wyskoczył z auta. Furgonetka Saton Construction & Partner[1], firmy z którą współpracował najczęściej, stała na podjeździe, a tylne drzwi auta były szeroko otwarte. Zwoje sznurów i wielkie szpule kabli leżały niedbale wrzucone do środka. Otrząsając się wewnętrznie na widok niedbałości, z jaką traktowali swój sprzęt pracownicy, wszedł na dobrze utrzymany ogródek przed domem. Miał nieodpartą ochotę porozmawiać z właścicielem firmy na ten temat, ale wiedział, jacy są budowlańcy. Potrafili być prawdziwymi skurczybykami czasem, a on musiał z nimi współpracować. Nie chciał w sumie sprawiać, aby ten proceder był jeszcze trudniejszy niż do tej pory.

Po remoncie wszystko wyglądało schludnie i elegancko, choć jeszcze parę dni temu walały się tu tony gruzu, regipsów, tynków i innych materiałów budowlanych. Teraz zmiana była kolosalna. Jared Saton był jednym z najlepszych, nie dziwne więc było, że jego firma tak szybko rozwijała się.

Lekko seledynowa elewacja budynku wspaniale komponowała się z białymi wykończeniami i ciemno turkusowym dachem. Wnętrze było przestronne i szykowne, zresztą wystarczył jeden rzut oka na wielki budynek, aby się tego spodziewać. Przywitał go wielki hol z wypucowanymi na wysoki połysk dębowymi podłogami. Przy krętej poręczy na piętro stała Mary, ze zmartwioną miną czyszcząc frezowane szczeble. Jeśli wypucowałaby je jeszcze odrobinę lepiej prawdopodobnie starłaby cały lakier. Co rusz zerkała w stronę kuchni rozpościerającej się tuż za wielkim łukiem oddzielającym korytarz od pomieszczenia. Była świetnie widoczna z miejsca, w którym stał Blake.

Na jego widok jej lekko pomarszczona twarz rozbłysła z radości i ulgi. Jej oczy, praktycznie czarne, z wdzięczności przymknęły się na sekundę, jakby dziękowała za wysłuchanie jej modlitw.

– Blake! Tak dobrze, że jesteś… – zaczęła, ale mężczyzna przerwał jej potrząśnięciem głowy, z uwagą i ostrożnością patrząc w stronę kuchni. Mary lekko zdenerwowana przygładziła siwiejące na skroniach włosy, ale nie zaprotestowała i milcząc wróciła do swojego nerwowego sprzątania. Blake poklepał uspokajająco, choć niezgrabnie niewielką, krągłą kobietkę po przygarbionych od lat pracy plecach. Nie był dobry w pocieszaniu i czuł się jak zwykle w tych sytuacjach niezręcznie, ale nie chciał, aby stresowała się bez powodu.

Chciał się zorientować w sytuacji zanim zdecyduje, co robić. Przecież nie byłaby taka zaaferowana, gdyby nie miała podstaw. Nie chciał martwić jej jednak bez powodu.  Mary po prostu nie była dość specyficzna w swych obawach, żeby spokojnie mógł wyskoczyć z konkluzjami. Wolał nie narażać kobiet i swojej firmy, jeśli dałoby się tego uniknąć. Wiedział jednak, jacy są robotnicy budowlani. Nie generalizując i tak uważał, że w większości ich pojęcie męskości było po prostu skopane, a testosteron krążył w ich żyłach jak krew.

Dwóch drabów z zakasanymi rękawami kraciastych koszul i w zielonych ogrodniczkach, otaczało chichoczącą Penny. Dziewczyna była praktycznie przyparta do wysepki na środku lśniącej sterylną bielą kuchni, a jej adoratorzy odcinali jej drogę ucieczki. Nieopodal, drżącymi z nerwów rękami, ciemnowłosa kopia swojej matki, Carol układała przy zlewie kwiaty w wazonie i z dezaprobatą spoglądała na swoją roztrzepaną kuzynkę. Na jej młodej twarzy odbijało się całe mnóstwo emocji. Zażenowanie i strach wygrywały batalię.

Siedemnastoletnia Penny była śliczną blondynką o długich nogach i wielkich niewinnych niebieskich oczach. Teraz wręcz pazernie uśmiechała się do robiących jej raczej dwuznaczne propozycje robotników. Jej flirt zaczynał przybierać niebezpieczny obrót, który zdawał jej się umykać.

Blake poczuł, że krew go zalewa. Nie tylko na zachowanie pracowników Saton Construction, których akurat nie znał w przeciwieństwie do wielu innych, ale też z powodu wygłupów durnej dziewczyny.

–  Te, Ben widziałeś jakie to dorodne suczki teraz biegają samopas? Myślisz, że lalka dorosła do wyjścia z prawdziwymi mężczyznami? Moglibyśmy jej pokazać dobrą zabawę, no nie? – zapytał niedogolony szatyn, trącając swojego trochę niższego kolegę w bok łokciem. Jego szeroki, obłudny uśmiech posłał ciarki obrzydzenia po plecach obserwującej go dwójki. Błysk w jego oczach, przerażał nawet Blake'a.

– No, nie wiem Lou… pewno mamusia jej nie puści… – odparł jego towarzysz, drapiąc się niby z zamyśleniem po łysiejącej głowie. Z perwersyjną powolnością przesunął wzrokiem po całym ciele dziewczyny. Ta prychnęła jakby obrażona posądzeniem, że musi się słuchać rodziców. Blake mógł się założyć, że w wyobraźni draba nie pozostała nawet nitka na jej ciele. Miał ochotę trzasnąć drania w pysk. Aprobata dziewczyny za to go dezorientowała. Jak mogło podobać się jej takie zachowanie i sposób, w jaki się do niej zwracali? A hamulców najwyraźniej nie mieli, bo Ben kontynuował zadowolony z siebie. – Ale pewno i tak nie wiedziałaby, co zrobić z mężczyzną. Choć nie powiem te usteczka to są stworzone… dla przyjemności – dodał z paskudnym uśmiechem, wymieniając porozumiewawcze spojrzenie ze swoim kompanem. Obaj zarechotali.

Penny zachichotała zakrywając dłonią usta. Blake miał ochotę ją trzepnąć, ale nadal obserwował całą sytuację. Chciał mieć całkowite rozeznanie w sytuacji, zanim zgłosi sprawę Jaredowi Satonowi. Carol jednak, nie była taka powściągliwa. Trzepnęła kuzynkę w ramię z naganą.

– Przestań zachowywać się jak puszczalska kretynka – syknęła, obrzucając złym wzrokiem mężczyzn, którzy jej się zrewanżowali. Nie była tak smukła i wysoka jak Penny, ale w dalszym ciągu była piękna. Nie podobało im się jednak, że przerwała im zabawę. – Bierz się za robotę – dodała z naciskiem, nie dając się zdeprymować.

Penny przewróciła oczami, łapiąc końcówkę kucyka i wkładając ją do ust.

– Odczep się cnotko–niewydymko – parsknęła, żując włosy. Mrugając do swoich towarzyszy, wymamrotała scenicznym szeptem. – Ona jest po prostu zazdrosna!

– Och, ślicznotko, nie musisz się bać konkurencji – wymamrotał, ochrypłym głosem większy z robotników. Widać było, że praktycznie zaczynał się ślinić. – Możemy zabawić się z wami obiema.

– Nigdy w życiu! – parsknęła Carol niczym kotka. – Zabieraj od niej swoje łapy zboczeńcu!

– Przestań! – syknęła na nią wściekła Penny. – Nie rób siary! – Z przymilnym uśmieszkiem przysunęła się do jednego z mężczyzn. – Oni mogą nas zabrać na prawdziwą imprezę! Prawda? – zapytała uwodzicielsko, trzepocząc rzęsami. Mężczyzna wyszczerzył pożółkłe lekko zęby.

– Och, skarbie, ja ci mogę pokazać prawdziwą imprezę – powiedział lekko zdyszany Ben, przyciągając dziewczynę do siebie.

Penny pisnęła, kiedy dłoń drugiego z robotników wylądowała na jej pośladku, ale zamiast się odsunął czy zaprotestować, znów zaczęła chichotać. Carol najwyraźniej miała dość, bo pchnęła jednego z drabów i szarpnęła Penny za rękę.

– Zabierać łapy, stare zboki! – zawołała, nie zważając na protest całej trójki. – Oni ci pokażą zabawę ty kretynko! Na tylnym siedzeniu ich brudnego gruchota! A potem wykopią na krawężnik jak już z tobą skończą. Nie udawaj głupszej niż jesteś.

– Nie wtrącaj się! – warknął łysiejący mężczyzna, łapiąc Penny za ręką, aby znów ją do siebie przyciągnąć. – Pilnuj własnego nosa! Albo spotka cię coś przykrego. Najlepiej zamknij usta, a rozłóż nogi!

– Jeśli nie przestaniesz jej molestować, wszystko powiem panu Satonowi! – wrzasnęła w końcu zdesperowana Carol. Cała drżała, a mimo to nadal stała wyprostowana jak struna z wysoko zadartym podbródkiem. Blake ją podziwiał i cieszył się, że umie stawić czoła nawet najtrudniejszym sytuacjom. Bóg był świadkiem, że był pewny, iż takich jej w życiu nie zabraknie.

Mężczyźni roześmiali się szyderczo robiąc krok w stronę wojowniczej dziewczyny, praktycznie taranując ją i spychając na białe meble.

– I kto uwierzy takiej małej suce jak ty? Same się prosicie. Te uśmieszki, cycki na wierzchu i chichoty… – wysyczał jej prosto w twarz Ben ze złowieszczą miną. Dziewczyna zbladła, a jej brązowe oczy wypełnił strach i łzy. – Takie małe dziwki dostają dokładnie to, na co sobie zasługują. Kto cię wysłucha? Kto się przejmie tym, co ci się stanie, co? Jeszcze jedna puszczalska…

Blake uznał, że pora interweniować, bo miał wrażenie, że szlag go trafi na miejscu. Czuł, że żyła pulsowała mu niebezpiecznie na czole. Widział na czerwono, kiedy rzucił się w kierunku przepychanki. Mary była dokładnie tej samej myśli, bowiem bez słowa ruszyła w tym samym czasie.

Jednym szybkim ruchem odepchnął napastującego Carol mężczyznę i praktycznie rzucił mu się do gardła. W sekundę miał go przypartego do wysepki, a drugiego obserwował uważnie spodziewając się ataku z tyłu. Mary zgarnęła córkę i opierającą się Penny, i wycofała się na bezpieczną odległość. Obaj robotnicy byli równie dobrze zbudowani jak on, ale wiek i słabość do używek zrobiły swoje. Martwił się więc o wygraną, raczej średnio.

– Nigdy więcej jej nie dotykaj! – parsknął w zaskoczoną twarz starszego mężczyzny. Kalkulując w głowie realnie ile ciosów zdoła zadać, zanim tamci go obezwładnią.

– Jak będę chciał i humor miał! – Ben hardo się zaparł i odepchnął od siebie Blake. Pierwsze zaskoczenie minęło i koledzy zdecydowali się stawić opór nowoprzybyłemu. W trzech stanęli naprzeciwko siebie dysząc rządzą krwi. Bójka jednak w eleganckim pomieszczeniu odpadała i każdy z nich zdawał sobie z tego sprawę.

Zagryzając ze złości zęby Blake zrobił krok w stronę arogancko uśmiechającego się mężczyzny. W roboczym ubraniu, z kilkudniowym zarostem i lekko przerzedzającymi się włosami, przedstawiał sobą raczej typowy widok. Tym bardziej dziwiła Blake'a jego postawa. Macho z wielkim ego. Nie bardzo jednak było wiadomo, na czym bazujące.

– Zabierajcie swoje klamoty i spadajcie – wycedził, walcząc o rozwarcie zaciśniętej szczęki. Miał ochotę zetrzeć temu dupkowi uśmieszek z gęby, ale nie chciał przysparzać Jaredowi problemów. Choć pewnie gdyby wszczął bójkę, to on skończyłby w tarapatach. – Nic tu po was!

– Nie będziesz mi mówił, co mam robić – parsknął śmiechem Lou, zerkając na swojego kolegę jakby spodziewał się aprobaty jego buńczucznej odpowiedzi. Obaj wydawali się nabuzowani i nastawieni na zadymę. Strach Mary i dziewczyn, tylko ich nakręcał. – Mała szmata się prosiła!

– Jeszcze jedno słowo a przysięgam, że wyrwę ci jaja przez gardło i wsadzę w dupę! – Blake po prostu nie mógł uwierzyć w całą tą sytuację. Zazwyczaj nie tylko nie był konfliktowy, ale i rzadko, kiedy ludzie zdołali go zdenerwować. Teraz miał ochotę rozedrzeć tych dwóch typów na kawałki.

– Stul ryj! – warknął drugi z robotników. – Razem z Lou wytrzemy tobą podłogę, śmieciu!

Blake roześmiał się. Sam nie wiedział, czemu. Nie dlatego z całą pewnością, że się nie bał. Owszem, brał pod uwagę fakt, że tych dwóch palantów, może zrealizować swoje groźby. Po prostu oczyma wyobraźni już widział jak Jared Saton odsyła ich z torbami.

– Możesz próbować. Nawet zachęcam – rzucił z wyzwaniem, twardo patrząc w oczy Lou. – Ale wiedz, że kiedy z tobą skończę, postaram się, abyś na myśl o seksie z nieletnimi dziewczynkami miał ochotę na płacz, a twoje jaja będą próbowały wpełznąć do środka. – Twardo natarł na obu mężczyzn, najwyraźniej zaskakując ich, bo jak na rozkaz cofnęli się. Sprowokowało to jednak ich wściekłość. Nie przywykli od oddawania pola, a może to ich arogancja nie pozwalała im spostrzec, kiedy należało się wycofać. Blake jednak nie zamierzał dać im forów. Z zaciśniętymi pięściami i miną godną terminatora zrobił w ich stronę kolejny krok, nie dopuszczając do słowa. – Zabierajcie się stad cicho i spokojnie, bo nie mogę gwarantować, że kiedy dotrzecie do firmy, będziecie jeszcze mieć pracę – stwierdził tak lodowatym tonem, że nawet dziewczyny zapiszczały cicho.

Mężczyźni po raz pierwszy wymienili zaniepokojone spojrzenia. Ben najwyraźniej odważniejszy i uważający się za mózg im małego gangu, wydrwił go z szyderczym śmiechem.

– Blefujesz! A po za tym, kto uwierzy małej dziwce? Łasiła się do nas jak mała suka z cieczką. Gdyby nie ta druga, to już w drodze do domu ujeżdżałaby mnie jak kucyka pony! – powiedział arogancko, z obleśnym uśmiechem spoglądając na Penny.

Dziewczyna zaczerwieniona po korzonki włosów z uporem wbijała wzrok w podłogę, a Mary strofowała ją szeptem. Carol wyglądała na wycieńczoną i przerażoną. Blake miał serdecznie dość całej tej sceny.

– Z miejsca, w którym ja stałem wyglądało to całkiem inaczej. Molestowałeś nieletnią. – Blake nie dał się zbić z pantałyku, choć miał ochotę sięgnąć po jęzor tego zboczeńca i owinąć mu go wokół jąder. Wielokrotnie. Zachował jednak spokój. Jeśli puściłyby mu nerwy, pewnie obróciłoby się to przeciwko nim. Nieraz już przekonał się o tym na własnej skórze. Nie ważne, kto miał rację, istotne było, kto zaczął. Wściekłość mimo to paliła go żywym ogniem. – Właśnie taki opis sytuacji przedstawię Jaredowi Satonowi. Ja pracuję z nim od lat. A wy?

Nie odczuwał satysfakcji, kiedy patrzył za odjeżdżającymi robotnikami. Miał przeczucie, że ta sytuacja kiedyś obróci się przeciwko niemu i ugryzie go w tyłek.



Sięgająca do ramienia Blake'a Mary Pattison podzielała chyba jego opinię, bo jej lekko pomarszczona twarz wyglądała na poszarzałą i zmartwioną. Z dłońmi zaciśniętymi na ściereczce, którą polerowała wcześniej, zbierała się w sobie, aby odezwać się i nie krzyczeć na durną dziewczynę, którą miała pod opieką. Nie była pewna, co by zrobiła, gdyby nie jej sensowna córka. Obie jednak były przewrażliwione i sceptycznie nastawione do mężczyzn po tym jak mąż Mary i ojciec Carol, i Becky uciekł pozostawiając je na pastwę losu. Może to nauczyło je rozsądku i ostrożności. Bezmyślna Penny była rozpieszczona przez jej matkę, siostrę Mary do granic logiki. Obie od lat walczyły o spojrzenie na wychowanie dzieci, ale ostatecznie każda z nich robiła tak jak uważała najlepiej. Ani Mary, ani jej siostra Ella nie chciały popuścić i święcie wierzyły w swoje racje.

Szkoda tylko, że Penny pewnego dnia skończy w sytuacji, z której nie będzie potrafiła się wydostać z całą skórą i bez blizn.

Opanowując się w miarę swoich możliwości Mary spojrzała przepraszająco na Blake'a.

– Nie mogę wyrazić jak mi przykro, że wciągnęłam cię w całą tę sytuację. – Pokręciła głową ze smutkiem, nie mogąc nawet spojrzeć na swoją siostrzenicę. – Nawet nie chcę myśleć o reperkusjach, jakie mogą cię czekać. Mam tylko nadzieję, że nie narobiłyśmy ci kłopotów z Jaredem Satonem.

Trochę niezręcznie jak zwykle zresztą Blake poklepał ją po ramieniu pocieszająco, w duszy zastanawiając się nad tym samym.

– Niczym się nie przejmuj – powiedział mimo swoich własnych wątpliwości. Postanowił, że pierwszą rzeczą, jaką zrobi, to postara się spotkać z właścicielem firmy budowlanej. Miał zamiar stawić czoła sytuacji, zwłaszcza, że nie zamierzał odpuścić tym dwóm typom. Ich zachowanie było po prostu obrzydliwe i karalne. Jeśli ujdzie im to na sucho tylko ich zachęci do dalszych takich wyskoków. – Dobrze zrobiłaś, że zadzwoniłaś. Tym razem padło na kogoś, kto mógł im stawić czoła – z aprobatą spojrzał na zarumieniona Carol. – Następnym razem jego ofiara może nie mieć tyle szczęścia.

Siedemnastolatka nagle oburzona wtrąciła się do rozmowy, najwyraźniej zbierając kuraż, aby się postawić.

– Przesadzacie – parsknęła jak kocica, aż kucyk zatańczył wokół jej głowy. – Co jest złego w zabawieniu się od czasu do czasu? Zachowuje się jak stare zgredy. Oni tylko tak sobie żartowali, aby nastraszyć świętoszkowatą Carol – stwierdziła święcie przekonana o swojej racji. Jej niebieskie oczy miały twardy wyraz, kiedy spoglądała na swoja kuzynkę. Carol tylko przewróciła oczami, zaplatając ramiona na piersi. Penny zwróciła spojrzenie na Blake'a i nagle jej oczy były wielkie i niewinne, a rzęsy trzepotały zalotnie. – Blake naprawdę mi przykro, że się fatygowałeś, ale panowałam nad sytuacją. Ciotka nie powinna była się wtrącać! – Rzuciła kobiecie ostre spojrzenie, kiedy jednak ponownie zwróciła się do stojącego u jej boku mężczyzny znów wyglądała jak niewiniątko. – Jestem już dorosłą kobietą – powiedziała, wypychając prowokująco biodro. Blake zaplótł ramiona na piersi unosząc jedną brew wyraźnie nie będąc pod wrażeniem, jakiego po nim oczekiwała, co tylko ją zirytowało bardziej. – Potrafię sama o siebie zadbać!

– Jasne! – Wściekła się Carol zaciskając pięści. – Jesteś za głupia, żeby żyć przysięgam!

– Carol! – Zganiła córkę Mary, dziewczyna jednak zignorowała ją stając naprzeciwko kuzynki.

– Kiedy wreszcie pojmiesz, że ci zboczeńcy zgwałciliby cię i wyrzucili jak wczorajszy śmieć, kiedy by z tobą skończyli? Dotrze to do ciebie jak się ockniesz z majtkami na głowie? – zapytała wyraźnie przygnębiona nierozwagą Penny. Wydawała się być już na krańcu cierpliwości.

Starsza o rok dziewczyna zacietrzewiła się czerwieniejąc na twarzy. Cała jej zalotność i kokieteria zniknęła, kiedy wściekłość je zastąpiła i jej prawdziwa dziecinna twarz wypłynęła na wierzch.

– Głupia jesteś i tyle. Nic tylko się uczysz albo harujesz jak wół. Ja mam zamiar użyć życia!

– I skończyć z dzieckiem, ale bez męża jak moja siostra? Niczego nie nauczyłaś się z jej przykładu?

– Nauczyłam – prychnęła arogancko Penny. – Używać antykoncepcji!

Głuchy jęk Mary, wyrwał w końcu Blake'a z otępienia. Kobieta wyglądała jakby miała się lada moment przewrócić. Ze zbolałą miną trzymała się za pierś, wyraźnie zbyt zszokowany, aby wydobyć, choć słowo z ust. Blake otrząsnął się wewnętrznie spinając na nowo i walcząc z kolejną falą złości. Miał ochotę zdzielić smarkulę. Nie znał się na wychowywaniu dzieci, a tym bardziej na nastolatkach, ale był przyzwyczajony do panowania nad każdą sytuacją. Spojrzał zimno i srogo na dziewczynę.

– Nie obchodzi mnie to czy masz zamiar narażać siebie i czy na własną rękę chcesz sobie zmarnować życie – mówił spokojnie, cicho i dosadnie – ale nie zamierzam pozwalać na to, żebyś narażała swoją ciotkę i kuzynkę, tym bardziej pracując dla mnie. Od tej pory możesz podrywać mężczyzn, którzy spokojnie mogliby być twoimi ojcami na własną rękę z dala od Carol i Mary. Czy to jest jasne? – zapytał cierpko.

Wielkie oczy Penny wypełniły się łzami jak na zawołanie, a mała śliczna brudka zadrżała podejrzanie, co tylko sprawiło, że Blake jeszcze bardziej utwierdził się w przekonaniu, że dziewczyna była małą manipulantką. Jednym twardym spojrzeniem zdusił cisnący jej się na usta protest. Jak z procy wypadła z domu nawet nie oglądając się za siebie.

– Mój Boże, Blake… – Zmartwiona Mary była rozdarta między chęcią pobiegnięcia za siostrzenicą, za którą czuła się odpowiedzialna, a zostaniem i rozmową z pracodawcą. – To dobra dziewczyna tylko młoda – powiedziała, nerwowo spoglądając na puste drzwi. Carol z cichym westchnieniem położyła jej dłoń na ramieniu.

– Mamo ja za nią pójdę – wymamrotała zrezygnowana – ale uważam, że pan Rattis ma rację.

– Przykro mi bardzo Mary, ale chyba nie powinnaś zabierać jej już ze sobą, mimo iż będzie nalegała, aby towarzyszyć Carol – powiedział Blake z żalem. Wierzył swojej współpracownicy absolutnie, ale musiał mieć ich dobro na względzie. Co było dla niego dużo ważniejsze niż problemy dla firmy, które mogłoby stworzyć takie sytuacje, gdyby się powtarzały. Mógł być oziębłym draniem i nie lubił zbliżać się za bardzo do ludzi, i ich prywatnego życia, bo w końcu ze swoim własnym sobie nie radził aż tak dobrze, ale nie był nastawionym na zysk po trupach zwyrodnialcem.

– Przepraszam cię, naprawdę przepraszam cię z całego serca. Gdybym tylko umiała przewidzieć, co się stanie… – wydusiła Mary znów chwytając się za pierś. Teraz to ona wyglądała jakby była na pograniczu łez.

Blake powstrzymał ciężkie westchnienie, pocierając ze zmęczeniem twarz. On zwyczajnie nie radził sobie w takich sytuacjach, a kobiece łzy doprowadzały go do szaleństwa. Nie chciał jednak okazać irytacji zmartwionej kobiecie. Niczemu by to nie służyło, a tylko komplikowało sytuację.

– Nic się nie przejmuj, ja się wszystkim zajmę. Dobrze zrobiłaś, że mnie wezwałaś. – Rozejrzał się ostentacyjnie po wypucowanym na blask domu. Chyba nigdy wcześniej nie był tak czysty i właściciele powinni całować Mary po rękach za jej ciężką pracę. – Jesteś mistrzynią w tym co robisz. Dom jest po prostu idealny. Resztą nie musisz się martwić, od tego masz mnie – dodał z uśmiechem.

Mary przez moment wbijała swoje ciemne spojrzenie w niego, jakby chciała się upewnić, że jest szczery i nie próbuje jej zwyczajnie pocieszyć.

– Dziękuję ci, nawet nie wiesz jak bardzo. To nie powinno mieć miejsca…

– Ich już dawno nie powinno tutaj być – przerwał jej Blake stanowczo. – Nie mogłaś tego przewidzieć. Uspokój się i przestań przejmować się na zapas. Będzie dobrze.

– Nie mniej nie wiem, co bym bez ciebie zrobiła – westchnęła kobieta, niespokojnym ruchem wygładzając swój fartuch z nazwą firmy Blake'a. Chyba nawet nie zdawała sobie z sprawy ze swojego mimowolnego, nerwowego odruchu. – Jestem ci dozgonnie wdzięczna – powiedziała, spoglądając na niego poważnie. Z małym uśmiechem kryjącym się w kąciku jej warg dodała cicho. – Za wszystko, co dla mnie i mojej rodziny robisz. Dziękuję. – W końcu wzdychając ciężko, ruszyła z przygarbionymi plecami i opadniętymi ramionami, aby zacząć zbierać swoje rzeczy.

– Nie wiem, doprawdy nie wiem, co się dzieje z tą dziewczyną – mamrotała pod nosem. – Hormony czy coś? Przecież jej tłumaczyłam, jacy niebezpieczni mężczyźni czasem pracują, jako budowlańcy. Cała ta ciężka praca, mięśnie i testosteron…

Blake nie wiedział, co powiedzieć, więc cicho się pożegnał i postanowił ewakuować, zanim Mary postanowi zapytać go o radę albo coś.



***



Słońce poraziło przez moment oczy Blake’a, kiedy wyszedł z domu, zatem wyciągnął zza kołnierzyka koszulki okulary przeciwsłoneczne i włożył na nos jednym oszczędnym ruchem dłoni. Dzień był wspaniały i aż się chciało zaczerpnąć świeżego powietrza, więc to zrobił oddychając głęboko. Ciepło wypełniło jego pierś, a twarz sama zwróciła się w stronę promieni słońca. Kochał pracę na wolnym powietrzu. Właściwie nigdy nie wyobrażał sobie pracowania non stop zamkniętym w czterech ścianach. To by była katorga dla niego. Ściany prawdopodobnie zadławiłyby go na śmierć i zwyczajnie sfiksowałby w ciągu kilku tygodni. Ściany i ludzie nie działały na niego za dobrze. Były zbyt… ograniczające. Wolał zwyczajny, uczciwy wysiłek fizyczny, adrenalinę i ukontentowanie z wykonanej dobrze pracy. Nawet, jeśli to było tylko uprzątanie cudzego bałaganu. Zmęczenie było wykładnikiem jego osiągnięć i właśnie to dawało mu satysfakcję.

Śledząc wzrokiem przez moment całą okolicę, spróbował zrelaksować napięte mięśnie i nerwy. Cała sytuacja była o tyle irytująca, co i zaskakująca, a on nie lubił niespodzianek. A jeszcze bardziej nie znosił takich typów jak Lou i Beny. Takie szumowiny jak oni nie powinny chodzić po ziemi, ale chodziły i niewiele dało się na to poradzić. Cały stężał na samą myśl o tym. Żałował, że nie miał okazji przywalić żadnemu z nich i że jego logika wygrała jak zwykle. Musiał się otrząsnąć i wziąć w garść, bo złość była złą doradczynią.

Kątem oka dostrzegł, że dziewczyny rozmawiały dość gwałtownie, siedząc w samochodzie Mary, ale wydawało się, że Carol radzi sobie z lekkomyślną kuzynką, więc je zignorował. Opierając się barkiem o bok swojej półciężarówki wyciągnął komórkę i zwalczając napięcie, budujące się w jego karku po raz kolejny tego dnia, wybrał numer Saton Construction.

– Witam! Saton Construction i Partner – zawołał pogodny męski głos, wyrywając Blake'a z zamyślenia. – W czym mogę pomóc?

– Hmm… – zawahał się w pierwszym momencie z zaskoczenia. Do tej pory zazwyczaj witała go dość chłodno sekretarka Jareda. Postanowił jednak, że nie ma sensu wnikanie w zmiany personalne w firmie i odchrząkując lekko zaczął ponownie. – Witam, chciałbym umówić się na spotkanie z Jaredem Satonem. Tak szybko jak to możliwe, bo sprawa jest dość nagląca. Byłbym bardzo wdzięczny…

Mężczyzna po drugiej stronie słuchawki zamruczał zmysłowo szokując Blake'a niepomiernie.

– Słodki Jezu, mów do mnie jeszcze… – wymamrotał nieznajomy, bardziej do siebie niż do Blake'a, ale i tak wystarczyło to, aby jego ciśnienie znów skoczyło. Nie pojmował reakcji ludzi na swój głos. Przez to czuł się jakby połknął ropuchę. Nie wiedział czy ludzie żartowali sobie z niego, czy co, tym bardziej, że ostatnio tę samą reakcję zauważał u coraz większej ilości mężczyzn. Do tej pory tylko kobiety miały ochotę się do niego łasić ilekroć otwierał usta. Był do tej pory zaledwie ślepy czy po prostu Harry namieszał mu w głowie? Szczęśliwie jednak zwolniony był z jakiejkolwiek reakcji, bo w tle słychać było przepychankę słowną i śmiech.

Noel zachowuj się, choć raz… – Zganił ze śmiechem nowy głos, rozmówcę Blake'a.

Kurczę nie słyszałeś jego głosu… – wymamrotał Noel, nieudolnie najwyraźniej zakrywając mikrofon. Blake nie wiedział jak reagować na całą tę sytuację, więc trzymał język za zębami w pełnym stuporu bezgłosie. – Przez tego seksownego skurczybyka okazało się, że mam punkt G w uszach.

Noel! – Ponownie zganił go mężczyzna, ale słychać było, że się śmiał. Noel parsknął coś i zachichotał w odpowiedzi, ignorując ostrzeżenie towarzysza. Po sekundzie słownych przepychanek, nowoprzybyły jednak musiał odebrać słuchawkę niesfornemu asystentowi, bo z zaledwie skrywaną wesołością zwrócił się bezpośrednio do Blake'a. – Sean Hudson z tej strony. Proszę wybaczyć naszemu asystentowi. Jest… nowy… – rzucił tak wieloznacznym tonem, że Blake musiał spojrzeć się na swoją komórkę, aby upewnić się, że wybrał odpowiedni numer. Ten dzień chyba już nie mógł być dziwniejszy.

– Rozumiem… – Jak cholera. – Moje nazwisko Blake Rattis, współpracuję z Saton Construction. Chciałbym umówić się na spotkanie z Jaredem Satonem, jeśli to możliwe – wymamrotał trochę niepewnie, nagle sam świadom swojego poważnego, chrapliwego tonu.

Sean odchrząknął zanim udało mu się odpowiedzieć. Dobrze, że przynajmniej on nie mruczał.

– W tej chwili to nie jest możliwe. Był wezwany na jeden z placów budowy i nie spodziewamy się go dziś już w biurze. Choć jeśli to coś pilnego i nie sprawi to panu różnicy, ja mogę się z panem spotkać. Jestem jego… partnerem… – Ułamek sekundy wahania w głosie mężczyzny, umknąłby Blake’owi, gdyby nie jęk frustracji Noela w tle. Blake zdecydował się zignorować to. Zbyt wiele wysiłku kosztowało go rozwiązywanie ich zagadkowego zachowania i niedomówień. – Zarządzamy firmą wspólnie.

Mrugając z zaskoczenia Blake, zastanowił się przez moment. Po pierwsze wyjaśniło się skąd się wzięło w nazwie & Partner w ostatnim miesiącu. Po drugie nie był pewien, jakim człowiekiem był nowy współwłaściciel i czy uda mu się załagodzić sytuację z nim odnośnie jego pracowników. Mógł być jednym z tych, którzy nie poczuwali się do odpowiedzialności za ludzi, którym wystawiali czeki.

Czy tak naprawdę jednak miał wyjście? Czas wcale nie działał na jego korzyść.

– Sytuacja jest dość delikatna, ale wymaga interwencji, bo jest bardzo poważna – stwierdził w końcu, starając się dobrać słowa w taki sposób, aby nie zdradzać zbyt wiele i jednocześnie mieć szansę na spotkanie jeszcze w tej dekadzie. 

Po drugiej stronie zaszeleścił papier.

– Mam wrażenie, że powinienem się martwić – powiedział Sean spokojnie. – Myślę, że jeśli panu to odpowiada, możemy spotkać się za pół godziny. Czy może pan podjechać do biura?

– Nie ma problemu – odparł Blake szybko się żegnając. Nie był pewien czy mu ulżyło, czy raczej martwiła go cała ta sytuacja. Wiedział jednak, że musi chronić Mary i jej rodzinę. Ben i Lou nie powinni mieć więcej szansy zbliżyć się do nich.



Na przestrzeni lat zdarzało mu się odwiedzać biuro Saton Construction, ale i tak zachłysnął się śliną z zaskoczenia. Mały sekretariat lśnił jak jeszcze nigdy. Nie walały się żadne dokumenty, plastikowe krzesełka były zamienione na wygodne fotele, a w powietrzu zamiast kurzu unosił się zapach kawy. Nie witała go też wiecznie niezadowolona sekretarka z kwaśną miną, źle znosząca odmowę na jej wątpliwej jakości podryw.

Największym zdumieniem jednak był dla niego widok wysokiego, długowłosego blondyna pochylającego się nad swoim przystojnym asystentem siedzącym przy biurku i głaskającego go leniwym, delikatnym ruchem po plecach. Wydawało się, że robił to jakby nieświadom, odruchowo i z przyzwyczajenia. Obaj byli zajęci przeglądaniem sterty projektów, ale i tak widać było, że zdecydowanie łączy ich coś więcej niż tylko stosunki zawodowe. Te czułe gesty, ten błysk w oku, kiedy na siebie spoglądali, nie dawały Blake’owi żadnych złudzeń. Nawet on był na tyle zorientowany, aby dostrzec seksualne napięcie między nimi. Jawnie homoseksualne zachowania w firmie, gdzie pracowali sami mężczyźni było bardziej niż szokujące i Blake miał wrażenie, że los po raz kolejny robi sobie żart z jego życia.

Siedzący mężczyzna był niezwykłej urody. Smukły i delikatny wydawał się być prawie za ładny na mężczyznę i Blake miał dziwne wrażenie, że się na niego zagapił. Wielkie zielone oczy w tym momencie skupione były na kartkach przed nim, więc nie dostrzegł jego niespodziewanego nadejścia. Tylko męskie dłonie, co rusz i jakby nieświadomie dotykające jakiejś części ciała swojego towarzysza go zdradzały. Szczupłym ramieniem opierał się o biodro swojego przyjaciela, a jego jasnoblond głowa była pochylona lekko na bok, choć słuchał z uwagą, czasem tylko potakując mu lub zaprzeczając.

Przeczucie mówiło Blake’owi, że miał do czynienia z nieokiełznanym Noelem i współwłaścicielem firmy Saton Construction, Seanem Hudsonem. Mężczyźni musieli w końcu wyczuć jego obecność, bo spojrzeli na niego z ciekawością. Nie wydali się być zażenowani ani zawstydzeni tym, w jakiej sytuacji ich zastał, co z kolei dziwiło Blake'a. Po ostatnich przeżyciach jednak niczego już nie był pewien. Nie był też przekonany czy zgłaszanie molestowania seksualnego w firmie, gdzie pracownicy tak jawnie okazywali sobie zainteresowanie, było najlepszym posunięciem. Trudno jednak było wycofać się, kiedy długowłosy mężczyzna podszedł do niego z szerokim uśmiechem witając się pogodnie, jak gdyby nigdy nic.

– Witam i zapraszam. Moje nazwisko Sean Hudson. Jak mniemam mam przyjemność z Blake’iem Rattisem? – Potrząsnął jego dłonią po męsku i stanowczo. Szorstka, spracowana garść zadawał kłam jego trochę niedbałemu wyglądowi. Nie żeby Blake podważał jego kompetencje. Zwyczajnie nie potrafił sobie wyobrazić potężnie zbudowanego, trochę ponurego Jareda współpracującego z nim. Ale co on tam wiedział? Sean miał silny i zdecydowany uścisk, ale i cały wydawał się być twardszy niż się na pozór zdawało. Zwłaszcza, że był strzelistym, muskularnym mężczyzną i praktycznie dorównywał mu wzrostem. Był jednak o wiele szczuplejszy, co tylko podkreślały jego podarte ciasne jeansy i biały podkoszulek opinający jego pierś. Przystojna twarz wyrażała grzeczne zainteresowanie i skupienie. Z uśmiechem wskazał na swojego towarzysza. – To nasz nowy asystent i przyjaciel Noel Kellet. – Podkreślenie funkcji i konotacji Noela nie umknęło Blake’owi. Ponownie jednak zignorował ten fakt.

Młodszy mężczyzna poderwał się zza biurka i z szerokim uśmiechem na pięknej twarzy, płynnym krokiem znalazł się przy nich w ułamku sekundy. Gejdar, do którego Blake się nie przyznawał, oszalał w jego głowie, więc zacisnął wargi starając się nie palnąć niczego głupiego. Mógł tylko obserwować rozwój sytuacji starając się nadążyć za rozwojem wypadków.

– Cześć! – Przywitał się entuzjastycznie Noel, a Sean dał mu lekkiego kuksańca w bok. – No co? To miło móc dopasować głos do twarzy – powiedział niewinnie, ale Blake za grosz nie ufał szerokiemu, zdradliwie pogodnemu uśmiechowi mężczyzny. Tym bardziej, że obaj mężczyźni lustrowali jego sylwetkę, jakby interesowały ich całkiem inne rzeczy na jego temat, niż przeciętnego człowieka. Sztywno, ale kulturalnie skinął im na przywitanie głową, starając się w miarę swoich możliwości zignorować dziwne mrowienie skóry. Harry po prostu zrobił mu wodę z mózgu.

– Chciałbym porozmawiać, jeśli ma pan pięć minut wolnego czasu – powiedział grzecznie, ale i z naciskiem zwracając się do Seana.

– Oczywiście, proszę do gabinetu, będzie nam wygodniej. Noel w razie czego wszystkim się zajmie, więc mam tyle czasu ile będzie panu potrzeba. Zapraszam. – Sean wskazał drzwi swojego biura. Tabliczka z nazwiskiem Jareda Satona znajdowała się na drzwiach naprzeciwko. Blake po raz kolejny zdusił przekleństwo. Żałował, że nie może załatwić sprawy ze swoim znajomym.

– Czym mogę służyć? – zapytał Sean tak szybko jak tylko usiedli. Być może wyczuwał napięcie swojego gościa, bo z powagą spoglądał mu w oczy czekając na wyjaśnienie tej dość nagłej skąd inąd wizyty.

Blake zły na siebie wziął się wreszcie w garść. Świadomość, że mężczyzna po drugiej stronie biurka jest gejem przecież nie miała nic wspólnego z Harry’m i musiał stanowczo rozdzielić te dwie sytuacje i sprawy. Nie mógł sobie pozwolić na rozproszenie i nieuwagę.

– Miało miejsce dziś bardzo nieprzyjemne zajście. Współpracuję z waszą firmą od bardzo dawna… – zaczął pewnie i stanowczo, ale Sean przerwał mu unosząc dłoń.

– Wiem, orientuję się we wszystkich sprawach Saton Construction, czyli również pańskiej współpracy z nami. Pracowałem dla Jareda przez kilka lat zanim zostałem jego wspólnikiem w zeszłym miesiącu. Pańska firma zawsze spisywała się ponad przeciętną. Proszę się nie martwić.

– To bardzo dobrze. – Przytaknął Blake niejako uspokojony. – Moja pracownica zadzwoniła do mnie dziś rano, ponieważ okazało się, że pracownicy waszej firmy nadal znajdowali się w domu, który już był naszykowany do zdania właścicielom.

Sean uniósł jasną brew do góry, odchylając się lekko na swoim skórzanym fotelu.

– Wnoszę, że sprawili jakieś problemy? – powiedział wolno, nie spuszczając spojrzenia z Blake'a.

Odpowiadając twardym i stanowczym spojrzeniem, Blake przytaknął spokojnie.

– Napastowali nieletnią siostrzenicę mojej pracownicy. Wraz z młodszą córką Mary, nieraz towarzyszą jej, kiedy nie ma już nikogo w domu. Tym razem jednak zjawili się oni i nie tylko wulgarnie i niewłaściwie się zachowali, ale również grozili dziewczynom, gdy córka mojej pracownicy zaprotestowała przed tak obcesowym zachowaniem.

Sean Hudson złożył palce razem i wsparł się na oparciu, wyraźnie zamyślony. 

– Rozumiem – stwierdził ostatecznie i tym razem była kolej Blake'a, aby unieść brwi z zaskoczenia.

– Nie wydaje się pan zaskoczony…

Mężczyzna wzruszył szerokimi ramionami.

– Biorąc pod uwagę ostatnie trudności, jakie napotyka nasza firma, wcale nie jestem zdziwiony. Od pewnego czasu mamy pewne problemy kadrowe i nie wszyscy pracownicy, których przyjęliśmy są sprawdzeni. Ty i twoja firma ma więcej zaufania u nas w tym momencie niż nowo przyjęci pracownicy.

Blake nie wiedział, co powiedzieć. Nie tego się spodziewał. Nie chciał też wnikać za bardzo w problemy, o których wspomniał Sean, choć obawiał się, że pośrednio mogą dotknąć i jego. Nie był tylko pewien jak wiele nowych, nieprzewidzianych problemów w swoim życiu jest w stanie znieść.

– Nie będę ukrywał, że chciałbym, aby coś było z tym zrobione. Choćby ze względu na to, że ich zachowanie było zwyczajnie poniżej krytyki. Zorientowałem się, że ich imiona to Ben i Lou. Nie znam ich jednak i wcześniej nie miałem z nimi styczności.

– Wcale się nie dziwię – skinął głową Sean, myśląc intensywnie nad rozwiązaniem. Był wkurzony i praktycznie miał wyrzuty sumienia. – Czy któraś z kobiet będzie wnosić oskarżenie przeciwko nim?

O tym Blake nie pomyślał. Wątpił jednak, aby Mary czy jej siostrzenica chciały iść z tym na policję, zwłaszcza, że Penny w ogóle nie wydawała się przejęta całą tą sytuacją. Sean musiał chyba zorientować się po jego minie, bo westchnął cicho.

– Domyślam się, że twoja pracownica wolałaby tego nie rozdmuchiwać – powiedział z cichym westchnieniem. – Choć nie ukrywam, że znacznie by nam to pomogło. Na ten moment muszę zweryfikować twoją wersję… – Zanim Blake zdołał zaprotestować, dodał spokojnie. – To formalność. Zwłaszcza, że będą musieli się gęsto tłumaczyć z tego, co w ogóle tam robili. – Pojrzał w oczy Blake’a twardo i stanowczo. – Jak sam pan zauważył, dawno już nie powinno ich tam być!

Olśnienie spłynęło na Blake'a nagle i szybko, z uznaniem spojrzał na Seana, uśmiechającego się półgębkiem.

– Podejrzewa pan, że coś kombinowali? – zapytał, aby się upewnić.

– Mogę się o to założyć. Molestowanie to wisienka na torcie. Nie mniej muszę to zrobić oficjalnie i z zachowaniem wszelkich przepisów. Nie chcę przysporzyć Jaredowi i firmie więcej problemów niż do tej pory – powiedział chyba bardziej do siebie niż do Blake’a, bo lekki rumieniec wystąpił na jego policzki.

Na szczęście mężczyzna zwolniony był z odpowiedzi, bo do gabinetu wszedł wolnym, ciężkim krokiem potężny Jared we własnej osobie.

Obaj z Seanem wstali, aby się przywitać. Kątem oka jednak Blake dostrzegł jak twarz towarzyszącego mu mężczyzny rozjaśniła się z radości. Określenie „zakochany szczeniak” nabrało dla niego nagle konkretnego znaczenia.

Poddał się jednak, nawet nie czyniąc wysiłku, aby zapanować nad mętlikiem w głowie i z radością uznał, że już po prostu popadł w paranoję wszędzie widząc napalających się na siebie i zakochanych mężczyzn.

Sam spojrzał na Jareda, lustrując go jakby na nowo innym spojrzeniem. Od zawsze imponowała mu jego sylwetka i wzrost. Teraz od stóp do głów ubrany był na czarno, co tylko podkreślało jego siłę i ponurość, wiecznie mu towarzyszącą. Czarnowłosy z szarymi niczym czysta stal oczami robił wrażenie na każdym. Nie tylko był muskularny i wielki, był na dodatek onieśmielającym, inteligentnym mężczyzną. Mała blizna na brodzie nie ujmowała mu ani trochę, a wręcz podkreślała jego twardy, przystojny wygląd. Nawet niewielki zarost współgrał z całym jego wizerunkiem ciężko pracującego biznesmena. Nikt, z choć odrobiną instynktu samozachowawczego nie zadzierał z takim mężczyzną jak Jared. Tylko lata współpracy uświadomiły Blake’owi, że wygląd nie ma nic wspólnego z tym, jakim Jared Saton był człowiekiem.

Mężczyzna uśmiechnął się ciasno i małe zmarszczki ukazały się w kącikach jego oczu, gdy witał się z Blake’iem sztywno i oficjalnie.

– Słyszałem twoją ostatnią uwagę – powiedział niezadowolony, twardo patrząc na swojego partnera. – Chyba już o tym rozmawialiśmy i uważam temat za zakończony.

Sean westchnął stając przy nim. Przez sekundę wyglądał jakby miał ochotę przechylić się i przytulić do wielkiego ramienia obciągniętego ciasną, czarną podkoszulką swojego większego przyjaciela. Zapanował jednak nad sobą jakby w ostatnim momencie, choć na twarzy odbijały mu się przeróżne emocje. Wydawało się, że z jednej strony chciał zaprotestować, a z drugiej był wdzięczny Jaredowi za jego słowa.

– Wydaje się po prostu, że kolejne kłopoty nie omijają nas nawet na moment – rzucił w końcu sucho, jakby zbierając się w sobie.

– Poradzimy sobie – oświadczył zdecydowanie Jared, zwracając się do Seana cicho i pewnie. Przez sekundę wpatrywał się w niego z dziwnym błyskiem w oku. Szybko jednak cała łagodność zniknęła z jego twarzy. Poważny i pozbierany spojrzał na Blake'a.

– Sean wprowadzi mnie w sytuację i postaramy się zrobić co w naszej mocy, aby pomóc. Już wcześniej dzwonił do mnie Noel, który oczywiście podsłuchiwał… - przewrócił oczyma na niesforność asystenta, a Sean parsknął pod nosem, coś co chyba miało być przeprosinami dla Blake'a, ale wyglądało raczej na nieopanowane rozbawienie. Jared kontynuował spokojnie. – Zadzwonię do ciebie tak szybko jak tylko uda mi się ustalić wszystko i razem zadecydujemy co dalej. Jak ci to odpowiada?

Cóż, Blake’owi odpowiadało i to bardzo. Właściwie nie spodziewał się, że pójdzie mu tak dobrze. Z całą pewnością nie zamierzał się przeciwstawiać.

– Doskonale. Będę czekał na wiadomość.

Razem wyszli z gabinetu praktycznie wpadając na uśmiechniętego Noela. Mężczyzna nie wydawał się nawet udawać, że nie podsłuchiwał.

– Noel! – Jared na wpół parsknął na wpół warknął na niego, ale blondyn wyszczerzył zęby jeszcze bardziej.

– No co!? Przecież za pięć minut i tak byście mi wszystko opowiedzieli – stwierdził zadowolony. – Zaoszczędziłem wam gadania po próżnicy.

– Jesteś niereformowalny – Sean chwycił go za kark i lekko nim potrząsnął, śmiejąc się jednak całkiem nieadekwatnie do nagany. Jego oczy wręcz lśniły, gdy patrzył na niższego mężczyznę, całkiem tak samo, jak kiedy patrzył na swojego partnera. Jared spojrzał na nich z mieszaniną tęsknoty i irytacji, czego Blake nie potrafił pojąć. Postanowił, więc że czas się było ewakuować. Jego nerwy nie zniosłyby więcej niespodzianek.

– Dziękuję za szybkie spotkanie. Będę czekał na wiadomość. – Pożegnał się oficjalnie i sztywno szybko wychodząc.

Tylko diabeł pokusił go, aby spojrzeć przez ramię. Prawie potknął się o własne nogi, widząc jak Jared trzymał w swoich wielkich ramionach smutnego Seana, którego również obejmował Noel, cicho coś do niego mówiąc. Obaj przytuleni mężczyźni idealnie pasowali w jego objęciach. Jego mózg praktycznie się zlasował, gdy wyobraźnia podsunęła mu obrazy całej trójki. Musiał uciec… i trzymać się z dala od Harry'ego.






[1] Mówisz i masz – ukaże się wkrótce




Rozdział czwarty



 „Przyjdźcie o piątej”

Taką informacje znaleźli na drzwiach studia fotograficznego, kiedy stawili się o umówionej wcześniej godzinie na drugą sesję zdjęciową. Nie pozostało, więc im nic innego jak pocałować klamkę i wrócić później.

Zaskoczony Harry spojrzał na stojącego u jego boku ponuro wyglądającego mężczyznę. Wydawało się jednak, że on również nie miał pojęcia, co też wymyśliła jego niesforna przyjaciółka.

– Co robimy? – zapytał z wahaniem, spoglądając na zegarek. Była piąta. Drzwi jednak nadal były zamknięte na cztery spusty.

Blake stłumił przekleństwo. Zmęczony i podminowany, sam nawet nie wiedział czemu, nie umiał zdecydować, co dalej. Evette nie miała zwyczaju się spóźniać i już z całą pewnością nienawidziła, kiedy ktoś się spóźniał. Nie miało, więc sensu wracanie do domu. Pewnie wróciłaby w międzyczasie i strzeliła focha z przytupem. Zrezygnowany rozejrzał się.

Jeśli coś mogło pomóc mu się zrelaksować, to tylko kawa. Kawa zawsze była dobra na wszystko.

– Zaczekajmy w kawiarni – powiedział tylko, nie czekając na reakcję swojego towarzysza.

Harry westchnął cierpiętniczo wyraźnie niezadowolony z jego zachowania. Właściwie jednak nie było, czemu się dziwić. Po za kilkoma chrząknięciami i burknięciami ich konwersacja ograniczyła się do przywitania.

– Może to i dobry pomysł – przyznał jednak, wpadając w krok tuż przy nim. Jaki właściwie miał wybór? To, że on nie mógł się doczekać, aby spotkać przystojnego, seksownego mężczyzny po raz kolejny nic nie znaczyło. Blake bardzo wyraźnie dał mu do odczucia, że on nie podzielał jego entuzjazmu. Szkoda tylko, że jego rozsądek ginął marnie w starciu z jego głupią nadzieją.

Będzie bolało… mimo to jednak Harry mógł tylko pogodzić się z tym przeświadczeniem, bo był bezradny w walce z własnym uczuciem rodzącym się dla Blake'a.

Lokal był elegancki i przestronny. Czarno–szare błyszczące kafelki zdobiły ściany i lśniącą podłogę. Boksy i białe stoliki komponowały się z wystrojem, a rżnięte kawałki luster i kinkiety rozpraszały ciepłe światło po pomieszczeniu. Dwóch baristów obsługiwało za czarnym blatem. Jeden z nich, szatyn z uśmiechem wprost z reklamy pasty do zębów, flirtował na potęgę z uśmiechającą się raczej pobłażliwie Vicky. Drugi, ciemnowłosy, wyskoki mężczyzna spojrzał na nich, kiedy weszli do lokalu, z ciekawością i powagą. Dziewczyna rozpromieniła się widząc ich w drzwiach.

– Harry, Blake! Dobrze, że przyszliście tutaj – zawołała z radością. – Nie ma szefowej i nie mam z nią kontaktu. Wiecie coś może?

Obaj jak na zawołanie potrząsnęli głowami, nadal lustrując z uwagą całe pomieszczenie. Zapachy były niebiańskie i Blake już poczuł się jak w domu. Harry również miał błogi uśmiech na ustach.

– Nie, nie mamy pojęcia, co wykombinowała – odparł Blake, lekko chrapliwym od nieczęstego używania głosem, i z zażenowaniem dostrzegł jak przyglądającym mu się ciemnowłosym baristą widocznie wstrząsnęło. Na Harry'ego jego głęboki baryton chyba również musiał mieć takie działanie, bo potarł ramiona, lekko się rumieniąc i spoglądając na niego ukradkiem. – Doszliśmy do wniosku, że czekając możemy równie dobrze napić się kawy.

– Ha! Świetny pomysł. – Dziewczyna klasnęła w dłonie ucieszona, już całkowicie ignorując Finna, który zdawał się lustrować potencjalnych rywali krytycznym spojrzeniem, szacując swoje szanse u ślicznej dziewczyny. – Przecież wiecie, że tutaj kupuję wam kawę zawsze – mrugnęła do nich okiem. Jakby przypominając sobie o obecności baristów przedstawiła swoich przyjaciół.

– Odpowiedzialnymi za boski napój, który wam dostarczam jest właśnie Morgan i Finn – wskazała po kolei mężczyzn. – To Blake i Harry… – zawahała się przedstawiając modeli, jakby nie do końca wiedząc jak ich zaprezentować. – … współpracownicy Evette Conti.

Obaj mężczyźni pominęli milczeniem całą tę prezentację. Nie było przecież dobrego sposobu na to, żeby powiedzieć, że pozowali do homoerotycznych okładek.

Blake przywitał się raczej powściągliwie. Szybko oszacował obu mężczyzn i równie szybko ich zdymisjonował. Morgan wydawał się poważny i skupiony, kiedy spokojnie, i raczej oględnie przywitał się z nimi. Pełny profesjonalizm. Finn z kolei sprawiał wrażenia psa ogrodnika, łypiącego na Vicky zaborczo i już nastawiającego się na walkę o względy pięknej kobiety. Blake szybko doszedł do wniosku, że go to nie interesuje i zdecydowanie nie dotyczy. Generalnie było mu wszystko jedno, kto serwuje mu kawę, jeśli tylko jest dobra i ma kopa.

Harry był dużo bardziej przyjacielsko nastawiony do nowych znajomych. Jego spojrzenie przesunęło się po ciałach przystojnych mężczyzn w subtelnej pieszczocie. Wydawało się jakby tym jednym zerknięciem, dyskretnym i wprawnym, odgadnął o obu mężczyznach więcej niż Blake mógłby się kiedykolwiek domyślić. Czerwone koszule z logo kawiarni i ciasne, czarne spodnie nie kryły przed nim tego, co chciał wiedzieć. Zachował się jak każdy mężczyzna zachowuje się w stosunku do kobiet, które wzbudziły jego zainteresowanie. Otaksował ich, ocenił i skatalogował uśmiechając się przy tym szeroko, błyskając zębami i oślepiając dołeczkami.

Ta myśl zirytowała Blake'a. Nie chciał myśleć o tym, że Harry może, i pewnie jest, zaintrygowany którymś z mężczyzn.

– Nie wiem ile mamy czasu – mruknął sucho, zerkając na swoich towarzyszy wymownie. – Wezmę mrożoną kawę – oświadczył, jakby spodziewał się protestu ze strony któregoś z nich. Morgan skinął mu głową, przyjmując zamówienie.

– To ja też! – dodał szybko Harry, kierując swoje dołeczki na baristę. Mężczyzna ponownie skinął głową potwierdzając, że usłyszał zamówienie, odpowiadając półuśmiechem na zaraźliwy uśmiech Harry'ego.

Finn za to oparł się wygodnie o ladę najwyraźniej szykując się do długiej rozmowy.

– Wszyscy pracujecie nad tym zagadkowym projektem Evette? – zapytał niedbałym tonem, starając się udawać tylko średnie zainteresowanie tematem, ale jednocześnie wbijając ciekawe spojrzenie w całą trójkę. – Może uchylicie w końcu rąbka tajemnicy?

Harry i Blake jak jeden spojrzeli pytająco na zarumienioną, chichoczącą Vicky, zasłaniającą dłonią usta.

Dziewczyna wzruszyła ramionami jakby nie wiedziała, co im powiedzieć. Sytuacja mogła skomplikować się i to szybko, a tego bardzo nie chciała.

– To ja wezmę Amaretto – zawołała, starając się zachować powagę. – Usiądziemy? – Praktycznie zaciągnęła ich do najbliższego stolika, ignorując oburzonego Finna.

– Wiesz może, co się dzieje z Evette? – zapytał Harry spokojnie, ratując ją z opresji.

Pod przeszywającym spojrzeniem Blake'a zaczynała już się wić i kręcić, szukając w głowie usprawiedliwienia dla jej długiego jęzora. Wątpiła jednak, aby seksowny, poważny mężczyzna potrafił zrozumieć jej ekscytację i chęć pochwalenia się przed nieznajomymi, kiedy pierwszy raz przyszła zamówić tutaj kawę. Nic konkretnego nie zdradziła, ale wystarczyło, żeby obudzić ciekawość Finna i córki właściciela, Bobby. Dobrze, że się powstrzymała zanim chlapnęła coś o rozbieranych fotkach, bo inaczej jej tyłek byłby teraz w ogniu.

– Nieee… – zaprzeczyła energicznie. – Nie tylko nie widziałam się z nią dzisiaj, ale nie mogę się też do niej dodzwonić! Ta jej tajemniczość mnie ekscytuje – przyznała, choć towarzyszący jej modele zdawali się nie podzielać jej entuzjazmu.

– Zaczynam się martwić – burknął Blake, zaplatając wielkie ramiona na muskularnej piersi. Jego czarny podkoszulek opiął się na każdym ponętnym skrawku jego boskiego ciała i tak Harry, jak i Vicky westchnęli cicho. Mężczyzna rzucił im ostre spojrzenie. – Nawet nie chcę wiedzieć, co obmyśliła. To nie może być nic dobrego.

– Pierwsze zdjęcia poszły gładko, teraz powinno być tylko łatwiej… – zaczął Harry przyciszonym tonem, milknąc całkowicie, kiedy Morgan podszedł z ich zamówieniem. – Dzięki – rzucił z oślepiającym uśmiechem, ponownie z aprobatą spoglądając na baristę.

– Proszę bardzo i smacznego – odparł cicho Morgan z lekkim skinieniem głowy, szybko zostawiając ich w spokoju, za co Blake był mu wdzięczny. Od tego cukru w powietrzu i miłych uśmiechów zaczynały go boleć zęby. Ciekawskie spojrzenia, które rzucał im Finn zza lady zignorował całkowicie. Błyszczące spojrzenie Vicky również. Miał wrażenie, że wszyscy wlepiają w niego spojrzenie i strasznie go to denerwowało.

– Ja umieram z ciekawości, jaki jest kolejny projekt. – Dziewczyna zatarła dłonie ucieszona. Blake nie pojmował jej zapału. Jemu na samą myśl o kolejnych, na wpół nagich, zdjęciach cierpła skóra na karku, a żołądek wywijał fikołka.

Chętna, pełna zapału mina Harry'ego też nie pomagała.

– Mam nadzieję, że te kolejne zdjęcia pójdą jeszcze łatwiej i szybciej – wymamrotał, popijając wolno idealnie zmrożony napój. Popołudnie było gorące, a cały dzień wręcz umierał z pragnienia, próbując wykonać pracę za dwóch i spalić, choć odrobinę swojej frustracji. Nie żeby to jakkolwiek pomogło. Jego mięśnie nadal drgały od wysiłku, a jego niepewność i opory nie zmalały.

– A ja mam nadzieję, że będziemy się czuć tym razem swobodniej – dodał Harry z nieukrywaną nadzieję, krzywiąc się na pełne powątpiewania chrząknięcie swojego towarzysza. – Och, może potraktuj to wszystko jak zabawę? Eksperyment?

– Nie, dzięki – powiedział starając się nie zgrzytać zębami. Harry wydawał się widzieć wprost przez niego, co nie pomagało Blake’owi zachowywać spokoju Nienawidził czuć się jak na łebku szpilki. Rozchwiany i pod lupą. – Dla mnie to praca jak każda inna. Chcę ją wykonać jak najlepiej i jak najszybciej. Nie kojarzy mi się z zabawą w najmniejszym stopniu. – Czuł się w obowiązku dodać, wbijając spojrzenie w pogodnego Harry'ego.

Mężczyzna westchnął cicho zajmując się swoją kawą.

Zdawało się, że bez względu na to jak bardzo by się nie starał i tak wszystko robił źle. Nadzieja, że po rozmowie u Ev, napięcie między nimi się zmniejszy, ulatywała szybciej niż topniał lód w jego kawie.

– Blake nie masz się, czym martwić – Vicky wykorzystała swoją szansę, aby pochylić się w jego stronę, trzepocząc długimi utuszowanymi rzęsami. Jej piękne usta rozciągnęły się w uwodzicielskim uśmiechu. – Jesteś świetny! Twoje boskie ciało to prawdziwy dar dla ludzkości! – zachichotała, kiedy Harry przewrócił oczami, a Blake parsknął niekulturalnie. – No co? Nie mogę przecież powiedzieć, że dla kobiet, skoro i ty się ślinisz na jego widok – zawołała z przekorą.

Wielka żyła zaczęła pulsować na czole Blake'a i Harry musiał przygryźć wargę, aby nie roześmiać się w głos. Nie chciał zginąć śmiercią bolesną i rozciąganą w nieskończoność.

– Vicky nie pomagasz! – Strofował ją, choć nie wkładał w to ani odrobiny przekonania.  W końcu miała rację.

– Ja tylko chcę, aby Blake wiedział, że on to właściwie ma obowiązek pozować – oświadczyła rezolutnie, dąsając się lekko. Wymieniony mężczyzna zachłysnął się pitym napojem i kaszląc, i ocierając łzy, spojrzał na nią z niedowierzaniem. Dziewczyna mrugnęła do niego porozumiewawczo. – Mężczyzna tak przystojny i seksowny jak ty, ma obowiązek dzielić się swym ciałem z innymi. Jesteś to winny swoim wielbicielom!

Wejście zdyszanej, ale podejrzanie radosnej Evette do kawiarni, prawdopodobnie uratowało życie wielu ludziom, bo Blake poczerwieniał niebezpiecznie i wyglądał jakby lada moment miał eksplodować. Harry nawet nie próbował zdusić jęku ulgi.

Kobieta w zwiewnej niebieskiej spódnicy, białym topie i z nieodłączną torbą na aparaty rzuciła się do lady, ledwie machając im na powitanie. Błysk w jej oku był niebezpieczny i nawet Harry czuł jak włoski stają mu dęba na karku.

– Ach, piękna pani – Morgan zawołał z galanterią, uśmiechając się do niej szeroko. – Miło, że w końcu do nas zawitałaś! To co zwykle?

Finn zmierzył ją spekulacyjnie, ale zignorowała go witając się równie zadowolona ze spotkania.

– Znasz mnie zbyt dobrze – powiedziała przytakując. – Wiesz jak to jest. Praca, praca, praca i potem trochę więcej pracy!

– Właśnie słyszeliśmy, że jesteś baardzo zapracowana – dodał swoje pięć groszy Finn, tak wieloznacznym tonem, że nie było można się domyślić czy blefuje, czy faktycznie wie, o czym mówi.

Evette spojrzała na niego, lekko przechylając głowę na bok. Blake'a parsknął cicho za jej plecami, bo znał to spojrzenie aż za dobrze, ale kobieta zbagatelizowała go. Ciekawski barista był właśnie poddawany wiwisekcji i nawet nie wiedział.

– Mieliśmy przyjemność poznać twoją uroczą asystentkę – wtrącił szybko Morgan realizując przygotowane zamówienie. Chciał załagodzić sytuację zanim jego durny współpracownik wpędził dziewczynę w kłopoty. – Doprowadza Finna do szału, bo nie chce mu powiedzieć, nad czym pracujesz!

– Zaczynam podejrzewać, że to na serio coś nielegalnego – nadąsał się Finn. Jego obrażona mina była komiczna, a śmiejąca się Vicky nie pomagała całej sytuacji. Evette przeniosła spojrzenie na Morgana i powagę zastąpił ciepły uśmiech.

– Och, to nie jest nic tak przyziemnego – zapewniła ich lekkim, zwodniczym tonem, wbijając ostre spojrzenie w swoją ofiarę. – To coś dużo, dużo bardziej… podniecającego! – dodała, machając na swoich przyjaciół, aby się zbierali. Cała trójka poderwała się jak na sprężynach. Harry walczył ze zdumieniem, Blake z wściekłością, a Vicky chichotała ucieszona.

– Ale co do cholery robicie!? – wrzasnął Finn, praktycznie tupiąc w miejscu ze złości.

Ev wyszczerzyła zęby w przerażającym uśmiechu, zwracając się do niego tonem, posyłającym ciarki po plecach wszystkich zebranych.

– To już musisz wydusić z tych panów… – Kciukiem wskazała dwie wysokie, lekko w tej chwili onieśmielające postawą, sylwetki stojące za jej plecami, tuż przy drzwiach.

Wyraz ich twarzy mówił wszystko i zmusił Finna do zamknięcia ust w trybie przyśpieszonym, zanim palnął coś, czego żałowałby całe życie.

Morgan i Victoria śmiali się do rozpuku, kiedy Evetta z aroganckim uśmieszkiem wymaszerowała z lokalu ściskając w dłoni swoją kawę.

Czarną z półtorej łyżeczki cukru.



***





– Blake nie bądź dziecko. Harry zrobi to raz, a porządnie i będzie okej. – Evetta starała się przemawiać spokojnie i racjonalnie, ale kolor jej włosów najwyraźniej miał wiele wspólnego z jej charakterem. Teraz też zaczynała już przytupywać lekko stopą, odzianą w jej stary klapek.

Mężczyzna jednak nadal stał z ramionami założonymi na wielkiej piersi i zimno spoglądał na nią w dół. Sztywno, wyprostowany i zły. Wielu mężczyzn miękło w tym momencie. Ev zdawała się jednak być absolutnie nieświadoma zagrożenia, w jakim znajdował się jej mały, kremowy kark.

– Nie ma mowy.

– Dlaczego jesteś taki uparty? – zawołała zbulwersowana fotografka wyraźnie tracąc cierpliwość.

– Bo to nie ty będziesz świeciła gołym tyłkiem, klęcząc u stóp jakiegoś na wpół rozebranego faceta!

– Ach, czyli twoje męskie ego cierpi? – zapytała złowieszczo Ev, mrużąc oczy. Blake jednak nie wymiękł pod jej ostrym niczym laserowy nóż spojrzeniem.

– To nie ma nic wspólnego z ego – parsknął. – Za to ma wiele wspólnego z niechęcią do robienia z siebie idioty!

– Ta okładka ma symbolizować bardzo wiele i mam zamiar to uwiecznić na niej. Ma się wyróżniać! Ma być wyjątkowa do cholerki! I niech mnie diabli, jeśli nie osiągnę tego efektu! – Ev zacietrzewiła się na całego, a Harry prawie zrejterował z pola bitwy. Doprawdy nie wiedział, co począć w całej tej sytuacji.

Zazwyczaj opanowany, chłodny Blake poczuł jak krew zaczyna niebezpiecznie pulsować w żyłce na jego czole. Jego opanowanie i stoicki sposób wyszło właśnie ze studia z głośnym trzaskiem drzwi, zostawiając mu tylko furię.

– Sama wymyślasz i projektujesz te cholerne okładki, możesz zmienić koncepcje, nawet sto razy – stwierdził stanowczo, rzucając jednocześnie ostrzegawcze spojrzenie w stronę niemęsko chichoczącego Harry'ego. Facet po prostu prosił się bicia.

– Nic nie będę zmieniać! – Evette uparła się stając w takiej samej pozie jak Blake. Wyglądała nie mniej imponująco i Victoria przezornie umknęła z pola walki, zostawiając Harry’ego samego z walczącymi przyjaciółmi.

– To może się zamienimy, jak jesteś taka cwana? – Blake parsknął jej w twarz. Ta nawet nie mrugnęła okiem, tylko starła się z nim niczym szarżujący byk.

– Przestaniesz zachowywać się jak uparty chłopiec? – zapytała złośliwie. Wiedziała, że wjeżdżanie na ambicje Blake'a zawsze skutkowało… do tej pory przynajmniej. Ewentualnie pozostawało jej zawsze jeszcze błaganie. – Małego klapsa się boisz?

– Nie, nie da rady tym razem. Nie kupuję tej podpuchy. – Blake stanowczo potrząsnął głową. Nie miał zamiaru dać się zmanipulować tym razem. Właściwie za każdym razem nie miał zamiaru, ale tym razem postanowił postawić się i wytrwać. Sama myśl o tym, co proponowała jego przyjaciółka miał ochotę zapaść się pod ziemię. Dłonie Harry'ego na jego tyłku… odpadały! Stanowczo.

– A może da się to dorobić jakoś graficznie? – Wtrącił Harry nieśmiało, ale jedno spojrzenie przymrużonych oczu Evette sprawiło, że wycofał się pośpiesznie, rzucając Blake’owi przepraszające spojrzenie. Nie chciał się narażać żadnemu z nich, zwłaszcza że on nie miał absolutnie nic przeciwko pomysłowi fotografki.

Jasne, na pewno ci przykro! Już ci wierzę. O niczym innym nie marzysz tylko, żeby położyć łapska na moim tyłku, pomyślał cynicznie Blake. Praktycznie zszokowany tym, że myśl o tym nie szokowała go tak bardzo, jak był przekonany, że powinna.

– Blake taki jest plan na dziś i mam zamiar go wykonać. Czy ci się podoba czy nie. To praca. – Evette oświadczyła w końcu poważnie, bez mrugnięcia okiem patrząc w oczy Blake'a. – Jesteśmy przyjaciółmi, ale to nie zmienia faktu, że należy mi się szacunek, jako pracodawcy. Nie musi ci się podobać moja koncepcja. Możesz zaprotestować, możesz odejść. Nie odbieram ci prawa wyboru, ale tu chodzi o wykonanie zlecenia, którego się podjęłam, wiec tak jak ja szanuję twoją pracę, ty szanuj moją. Ja nie mówię ci jak masz robić to, w czym jesteś najlepszy, ty zawierz mi, że ja wiem, co robię, bo to moja praca! Nie robię tego, aby zrobić ci na złość albo żeby zabawić się twoim kosztem. Nie traktuj, więc tego personalnie.

Blake'a i Harry'ego zatkało. Obaj spojrzeli na nią w zaskoczeniu. Jeszcze nigdy nie widzieli jej tak poważnej, spiętej i zdeterminowanej. Chłodnym spojrzeniem lustrowała swojego długoletniego przyjaciela, właściwie nie pozwalając nic wyczytać z jej zamkniętej nagle, prawie kamiennej twarzy. Równie dobrze mógłby oddzielać ich metrowy mur i nie było możliwości, aby argumenty Blake'a go sforsowały.

Blake zdusił pierwsze słowa cisnące mu się na usta. Z doświadczenia wiedział, że w złości nie najmądrzejsze słowa ślina na język przynosi. Stłumił je więc z przekleństwem, z irytacją, i z mdlącym nagle uczuciem. Rzadko, kiedy ścierali się z Evette, bo ich charaktery były zbyt odmienne i akceptowali to w sobie. Kiedy jednak już doszło do spięcia, to klękajcie narody. Blake nie do końca był pewien czy chce takiej konfrontacji w obecności Harry'ego. Bądź, co bądź obcego człowieka. Powołał się na wszystkie pokłady chłodu i rezerwy, jakie miał, aby nie ulec złości.

 Kobieta z wyprostowanymi sztywno ramionami i zadartym podbródkiem, odwróciła się na pięcie i sztywnym krokiem wyszła na zaplecze. Zabrała ze sobą połowę powietrza z pomieszczenia, a przynajmniej takie pozostało wrażenie po tym jak zamknęła cicho drzwi za sobą. Harry śledził badawczo jej każdy krok, próbując ogarnąć umysłem całą sytuację, której był świadkiem. Miał wrażenie, że wyładowania elektrostatyczne towarzyszyły każdemu jej krokowi, a napięcie w powietrzu można było butelkować.

– Upss… – skwitował w końcu, nie bardzo wiedząc, co powiedzieć. Miał nieprzyjemne uczucie, ciążące mu jak beton w brzuchu, że atmosfera w studio zmieniła się diametralnie i jeśli nic się nie odmieni, nie tylko nie wykonają pracy, ale było bardzo prawdopodobne, że przyjaciele się skłócą. Przez moment nawet źdźbło przerażenia, że nie będzie już dalszych sesji i powodów do spotkań z jego nowymi znajomymi, zakiełkowało w jego sercu, ale szybko zdławił je, jako idiotyzm. Miał inne dylematy na głowie w tym momencie niż jego samotne życie.

– Taa, lepiej bym tego nie ujął – mruknął Blake, pocierając twarz dłońmi. Nagle wyglądał na zmęczonego i starszego niż był. Harry stanął przy nim i lekko położył mu na ramieniu dłoń, w głowie przelatując wariację reakcji Blake'a. Ten jednak tylko westchnął ciężko. – Wygląda jednak na to, że będzie jak ona chce. – Posłał Harry’emu raczej cyniczny uśmiech i ruszył za Evette.

Nawet nie dziesięć minut później Evette wyszła lekko zaczerwieniona i nadal ponura, ale nie emanowała już chłodem. Najwyraźniej Blake był dobry w przepraszaniu i nie popełniał błędu większości mężczyzn. Nie czekał na eskalację konfliktu i kolejne etapy kłótni z kobietą, tylko od razu przepraszał. Harry był jednak święcie przekonany, że Blake sobie to odbije.

– Blake się przebiera w skórzane spodnie te, co ostatnio, ty zostajesz tak jak teraz.

Harry zastanawiał się skąd wzięła ultra cieniutką, przeraźliwie białą koszulę z długimi i luźnymi rękawami i niesamowicie ciasne beżowe bryczesy, ale nie śmiał ryzykować zadawania pytań. Zwłaszcza po tym jak bez ceregieli upchnęła go w nie – literalnie – i kazała zostawić koszulę rozpiętą. Delikatny materiał był jak pieszczota, chłodny i jedwabisty. Lekki dreszcz przemknął mu po plecach na pierwszy kontakt. Nie pomagało intensywne spojrzenie Blake'a, który chyba sobie nawet nie zdawał sprawy z tego, że się w niego wpatrywał, od momentu wyjścia z łazienki. Jego mina pochmurniała z każdym mijanym momentem. Harry nie był pewien czy nie słyszał zgrzytania zębów Blake'a, kiedy smarował oliwką szerokie plecy mężczyzny. Gdy miał wreszcie okazję położyć dłonie na jego wielkiej muskularnej piersi, kolana praktycznie ugięły się pod nim, a serce spłynęło mu do krocza pulsując w synchronizacji z jego budzącym się do życia członkiem. Jego współpracownik nie był jednak zachwycony zbyt powolnym, w jego opinii, aplikowaniem śliskiej substancji, bo odebrał mu butelkę z cichym warknięciem i dokończył przygotowania, stojąc o metr dalej. Rzucane z pode łba spojrzenia Harry’emu skutecznie zabiły jego erekcję. Facet był zdolny przeciąć stalową płytę jednym zerknięciem i mieszanina fascynacji, i strachu przepłynęły mu po plecach. Powinien się leczyć ze swojej chorej fascynacji i pociągu do wielkiego brutala, a jednak wsiąkał coraz bardziej i odwrót stawał się coraz mniej realny. Może gdyby sesje zostały zakończone niepowodzeniem miąłby szansę uratować się przed niebezpiecznym wpływem Blake'a? Strach przed każdą z tych opcji mroził mu krew w żyłach.

– Stańcie na podeście. Harry usiądź na krześle. – Evette zarządziła głośno, przyciągając ich uwagę skutecznie. Wskazała raczej wielkich gabarytów imponujący mebel z fantazyjnego ukutego żelaza i wróciła za aparat. Harry nie zamierzał pytać skąd brała te rekwizyty, choć wymagało nie mało wyobraźni i pomysłowości, aby coś takiego skombinować. Wcześniejsza kłótnia jednak trzymała wszystkich w napięciu i oczekiwaniu na kolejny wybuch. Mógł wręcz przysiąc, że to była cisza przed burzą. – Rozstaw kolana, stopy na zewnątrz. Blake klęknij między jego kolanami, zapnijcie obręcz łańcucha do kostki Blake’a. Obojętnie której. Harry przełóż go przez kolano, a Blake tyłek do góry. – Polecenia padały jak strzały z karabinu. Jakby Evette się obawiała, że w ostatnim momencie mężczyźni się rozmyślą. Na odwrót było jednak już za późno. – Harry wiesz, co robić – dodała cicho.

Blake zesztywniał. Z całych sił próbował nie reagować, nie myśleć i nie zastanawiać się nad całą sytuacją. Pewnie za dziesięć lat będzie się z tego śmiał. Tylko jego wnętrzności tu i teraz chciałby wypełznąć mu przez gardło.

Harry lekko drżącymi dłońmi zsunął skórzane spodnie Blake tak, aby odsłonić jego cudowny umięśniony pośladek i bez wahania wymierzył mu solidnego klapsa.

Odgłos uderzenia brzmiał przez chwilę w absolutnej ciszy jak wystrzał z armaty, tylko po to, aby nagle zniknąć w sztucznej paplaninie Victorii i jeszcze bzdurniejszych odpowiedziach Evette. Niezręczność całej sytuacji pokonała wszystkich.



***



Nie mógł oderwać oczu, zatem z fascynacją patrzył jak wszystkie pięć jego palców odbija się na opalonej skórze Blake'a. Miał nieprzepartą ochotę pogłaskać intensywnie czerwieniejące miejsce i poczuć rozgrzane teraz ciało pod palcami. Poznać gładką, smukłą skórę, perfekcyjnie pokrywającą muskularny pośladek. Zapamiętać reakcję mężczyzny na swój dotyk i zagłębić się w przyjemności na samą myśl, że może go dotknąć. Najbardziej jednak pragnął wymierzyć tej jędrnej krągłości kolejny klaps i patrzeć jak następny odcisk, pozostawiony przez niego, zdobi seksowny tyłeczek. Chciał go posiąść w najgorszy sposób. Chciał go naznaczyć, jako swój własny. Chciał…

Blake by go za to pewnie zabił.

Zesztywniały i milczący, klęczał między udami Harry'ego dręcząc go swoją bliskością i zapachem. Jego wielkie ciało emitowało niesamowite ciepło, które przenikało go na wskroś. Kusiło go, wołało, chciał się nim otulić. Było to nieziszczalne i głupie pragnienie. Słabość, z którą musiał walczyć.

Każdą komórką swojego ciała Harry wyczuwał, że praca w tych warunkach będzie koszmarem. Jego towarzysz nawet gdyby wykrzyczał mu prosto w twarz, co czuje i myśli, nie mógłby być bardziej oczywisty. Nie było, co się oszukiwać. Złość i rozczarowanie paliły go w gardle na samą myśl, że Blake w tak oczywisty sposób go odrzucał.

Podniecenie zabijało go swoją niesprawiedliwością. Jeśli się nie skupi na czymś innym niż wspaniale umięśniony i gładki tors Blake, teraz przylegający do jego ciała, to będzie miał problem z ukryciem swego zainteresowania, a upokorzenie prawdopodobnie zabiłoby go. Wkurzało go niewymownie, że musi je ukrywać. Że musi wypierać się samego siebie i tego, co dla niego jest jak najbardziej naturalne. Chciałby móc zwyczajnie powiedzieć mu, co czuje lub bez obaw zaproponować randkę. Nie wchodziło to w rachubę jednak. Dla mężczyzn takich jak Blake, niewiedza nie była żadnych wykładnikiem odmowy. Nawet, jeśli nie wiedziałby czyby mu się przypadkiem spodobało, to i tak nie wziąłby takiej opcji pod uwagę.

Złość jest dużo lepsza niż pożądanie, uznał Harry, spoglądając na pochyloną głowę Blake'a.

– Dobra, róbmy te fotki zanim ślad zniknie! – Komenda Evette wzięła go przez zaskoczenie i lekko zarumieniony oderwał spojrzenie od pięknych pośladków przykuwających jego wzrok. Nie całkiem nagie, kusząco okryte napiętą skórą spodni, wyprawiały szalone rzeczy z jego wyobraźnią.

– Jesteśmy gotowi – rzucił zduszonym głosem Blake. Dźwięki z trudem przedostawały się zza jego morderczo zaciśniętych zębów.

– Blake obejmij lewą ręką udo Harry'ego i prawą wyciągnij jakbyś chciał go złapać za kark. Twarz schowaj wtulając się w jego biodro. – Kiedy Blake rzucił jej drwiące i bardzo sceptyczne spojrzenie ponad ramieniem, Ev wyszczerzyła zęby w krzywym uśmiechu. – Nie powiedziałam, że to będzie zgrabne czy łatwe, przy twojej posturze. Masz się owinąć wokół niego i już.

– Fantastka – mruknął, dostosowując się jednak w miarę swoich możliwości do jej polecenia. Harry wstrzymał oddech. Nie mógł zapanować nad dreszczem, który pomknął wzdłuż jego ciała mierzwiąc mu włoski na karku. Wojownik jednak był zbyt spięty i zdenerwowany, aby to zauważyć. Klnąc i mamrocząc pod nosem wszelkie bluźnierstwa, jakie znał poprawiał się i niezdarnie umieszczał między kolanami Harry'ego. Jego ramię jak imadło oplotło mu smukłe, umięśnione udo praktycznie boleśnie.

Harry czekał wyprostowany i nieruchomy na to, aż klęczący model się usytuuje. Wiercenie i ocieranie wcale nie pomagało sytuacji, i jego złości. Czy w ogóle powinien się przejmować, że urazi męskie ego Blake'a? W końcu nie musiał się usprawiedliwiać, że był, kim był i reagował jak reagował. Jak miał nie reagować, kiedy każdy nagi skrawek ciała Blake'a był jak jedwabisty wabik i wiele wysiłku kosztowało Harry’ego, aby nie ulec pokusie i zwyczajnie nie pogładzić, pracujących pod cienką skórą mięśni. Aby nie chwycić jego idealnie krągłych pośladków w dłoń i nie zacisnąć na nich palcy. Lub nie wsunąć ręki pod krawędź pasa spodni w delikatnej i zmysłowej pieszczocie?

Kurczę! Miałem sobie tego nie robić!

Cały drżał wewnętrznie i obawiał się, że Blake to może wyczuć, tak ściśle opleciony wokół jego ciała był. Sztywny niczym posąg i zdenerwowany aż buchało z niego niezadowolenie, mimo wszystko obejmował go, praktycznie do niego przylegając. Gorący oddech mężczyzny parzył Harry'ego nawet przez cienką koszulę, kiedy oparł policzek o jego biodro. Siłą woli, Harry starał się stłumić dygotanie, ale to było tak absurdalne jak i niewykonalne.

– Dobra, złap go za tyłek! – wydarła się Evette, zapobiegawczo jednak się nie zbliżając do nich. Harry stłumił cichy jęk chcący mu umknąć. Skoncentrował się nad tym prostym gestem, jakby wymagał niebotycznego wysiłku. I tak w rzeczywistości było, bo drobniutkie kropelki potu wystąpiły nad jego górną wargą. Nie śmiał nawet się oblizać, bo obawiał się, że Blake to wyczuje i zinterpretuje dokładnie tak jak to robiła jego wyobraźnia. Wyciągnął drżącą dłoń przed siebie, starając się jednocześnie wyglądać na nieporuszonego i profesjonalnego do szpiku kości. – Tylko nie zasłaniaj śladu! – wrzasnęła, w momencie, kiedy zdecydował się w końcu położyć dłoń na obiekcie swojego skrytego uwielbienia. Obaj drgnęli. Przez moment nawet wydawało się, że mężczyzna zaprotestuje, ten jednak znieruchomiał jeszcze bardziej i czekał na ruch Harry’ego. Z zaciśniętymi zębami Harry w końcu położył dłoń na pośladku Blake'a, obejmując palcami napiętą skórę tuż przy wielkim odbiciu jego dłoni. Wszystko w nim zawibrowało z niezdrowej ekscytacji umiejscawiając się ostatecznie w jego kroczu. Wiedział, że od dziś ten kawałek ciała będzie jego uwielbionym marzeniem sennym. Piękne, umięśnione dzieło sztuki. Blake zaklął cicho, zgrzytając zębami i Harry był praktycznie przekonany, że to było tylko kwestią czasu jak jego towarzysz zwyczajnie zerwie się na równe nogi i wyjdzie.

– Możecie się wreszcie pośpieszyć! – wrzasnął niezadowolony Blake, ponownie się wiercąc. – To jest nie tylko upokarzające, ale i idiotyczne! Żaden Wojownik nie pozwalałby się obmacywać po tyłku, klęcząc na dodatek przed swoim agresorem!

Harry nie potrafił zdławić ironicznego parsknięcia.

– Owszem klęczałby, jeśliby sobie na to zasłużył byciem palantem i draniem! Czasem właśnie taki nadęty Wojownik potrzebuje przypiłowania rogów.

– To bajka! W prawdziwym życiu nic takiego nie zdarzyłoby się. Najprawdopodobniej skończyłbyś o głowę krótszy, a nie, jako obsesja mężczyzny, którzy walczy całe życie i żyje, aby walczyć! – Oburzony Blake chciał się poderwać na koniec tyrady, ale Harry unieruchomił go przygniatając go za kark do siebie z zadziwiającą siłą. Wkurzony nie na żarty wysyczał mu do ucha.

– W bardzo smutnym, jednowymiarowym świcie żyjesz…

Blake zdawał się gotowy i sprężony do skoku w ułamku sekundy, i na ułamek jej serce Harry'ego drgnęło z obawy, oblewając go falą słabości.

– Dobra! Świetnie! Tak jak teraz! – Krzyk zachwytu unieruchomił ich skuteczniej niż paralizator. Obaj jak na zawołanie wstrzymali oddech. – Tak jak teraz, przyciągnij go jeszcze trochę bardziej do siebie, pochyl głowę i patrz na niego, jakbyś na serio chciał się zemścić, za to co ci zrobił…  Był wstrętnym, okrutnym Wojownikiem, który zamiast cię kochać, pogardzał tobą, bo cię pożądał! Więził cię, bo cię pragnął i nienawidził, bo nie mógł przestać. Blake nie wymiękaj mi teraz. Nie ruszać się… – Evette poinstruowała ich stanowczo, chowając się za obiektywem i parokrotnie zmieniając pozycję, z której robiła zdjęcie.

– Nie ma problemu. – Harry nie mógł sobie darować sarkastycznej uwagi, choćby chciał. A nie chciał. Blake wręcz emanował z siebie niechęcią. To była jak szpila prosto w serce dla niego. Przecież nic mu nie zrobił. Nawet trzymając go za tyłek, był tak bezemocjonalny i bezosobowy, jak to tylko było możliwe, a Blake mimo wszystko zachowywał się jakby był tutaj za karę. Harry starał się zapanować nad swoją irytacją, ale i tak nie mógł sobie odpuścić złośliwości. Bez wysiłku podciągnął go do góry, tak, że mógł schować twarz w złączeniu karku i ramienia, ręki, którą Blake miał objąć go za szyję. Miał ochotę ugryźć go ze złości.

Evette zignorowała narastające napięcie i pstrykała z każdej możliwej strony, i pod każdym realnym, i mniej realnym kątem. Harry miał problem nadążyć za nią wzrokiem z nad ramienia Blake’a.

– Trochę w prawo… trochę w lewo, nie tak. Okej lepiej. Nie no, nie ruszaj się. Dobra, może być. W lewo….nie no w twoje lewo!  Cholera! – Komendy, które rzucała wydawały się sprzeczne i ostre, i obaj starali się jak mogli, aby za nią nadążyć, ale nic nie wydawało się jej satysfakcjonować. Każdy mięsień w ich ciele wydawał się drętwieć, a żar lamp ich palił i osłabiał.

Z każdym jednym kliknięciem, jej mina pochmurniała coraz bardziej. W końcu wyglądała tak, jakby miała nieodpartą ochotę cisnąć swoim ukochanym aparatem o ścianę. Sama musiała sobie zdawać z tego sprawę, bo aż za spokojnie odłożyła go na pierwszy dostępny blat i stanęła z dala od niego z dłońmi wspartymi na biodrach.

– Nie, nie, nie i jeszcze raz nie. – Wyrzuciła w końcu ręce w geście poddania.  – Wszystko jest źle.

Blake zaskoczony poderwał się i odsunął od Harry’ego, spoglądając na kobietę przez ramię. Jej mina nie zachęcała do komentarzy, więc przygryzł język, aby nie parsknąć na nią, że „przecież mówił”. Jeszcze chwila i poczuł, że krew go zaleje. Czuł się idiotycznie, miał problem z odnalezieniem się w tej sytuacji i bliskość Harry'ego doprowadzała go do szaleństwa. Był zbyt silny, zbyt męski i zbyt pewny siebie. To, co Blake’owi przychodziło opornie i z trudem, on robił jakby od niechcenia. Nie tylko nie peszyła go ta cała sytuacja, ale i wydawał się bawić jego kosztem. Miał tego dość!

Harry może jeszcze nie znał jej wystarczająco dobrze, ale miał pod dostatkiem zdrowego rozsądku i wiedział, że to jest odpowiedni moment, aby trzymać język za zębami. Bezpieczniej było poczekać, aż zakończy nerwowe krążenie po studiu i wyjdzie z nowym ‘genialnym’ planem.

Po kilku rundkach od ściany do ściany, Evette wzięła głęboki wdech i znów stanęła naprzeciwko nich z dłońmi wspartymi na biodrach.

Blake czuł każdą komórką ciała, że czekała ich tyrada. Nawet Harry poruszył się na krzesełku niespokojnie.

– To się w życiu nie uda. Ty Harry ciskasz błyskawicami i to nawet byłoby okej, gdybyś jednocześnie chciał go przelecieć. Mag owszem jest wściekły, ale ta wściekłość wynika właśnie z tego, że pragnie Wojownika. Gdyby zwyczajnie chciał go zabić za to, że jest palantem i tyranem, nie byłoby o czym pisać romansu! Mogę sobie wyobrazić, że nie łatwo osiągnąć taki efekt z kimś obcym i na dodatek niechcącym współpracować – rzuciła sucho i zimno. Jej wściekłość promieniowała z niej chłodnymi falami. Była naprawdę wściekła. Nie patrzyła w oczy żadnemu z nich, za to stanęła w defensywnej pozie. – Problem w tym, że ja wcale ci się nie dziwię, a przynajmniej nie tak do końca, że tak to odbierasz… Blake emanuje taką oschłością i wzgardą, że człowieka aż dławi. – Spojrzała wymownie na swojego przyjaciela, ale natychmiast przeniosła spojrzenie na Harry'ego. – Ja chyba bym go udusiła jego własnym ego gdybym była na twoim miejscu! – dodała, sarkastycznie na koniec wygłoszonego na wdechu wywodu. Kolejny głęboki wdech świadczył dobitnie o tym, że to jeszcze nie koniec. Blake aż zaparł się wewnętrznie, wszystko w nim się gotowało, a uczucie odrętwienia wypełniało jego pierś. Niemal paliło go od środka. – Blake ty! Ty… – zaczęła ostro. Jednak tak szybko jak się nabuzowała, równie szybko uleciała z niej cała złość, pozostawiając ją nagle zrezygnowaną i niepewną. Spojrzała na przyjaciela apatycznie, wplatając dłoń we własne włosy i ciągnąc lekko.

Pod jednym jej smutnym spojrzeniem, obaj mężczyźni poczuli się raptem winni i nieadekwatni, jakby zawiedli na wszystkich liniach.

Jakby skrewili i nie dawali z siebie dość, a przecież nie chciała nic, czego by się nie dało zrobić przy odrobinie wysiłku. Wszystkie dylematy nagle stały się dziecinne i bzdurne, i Blake poczuł się rozczarowany sobą. Złość i zdenerwowanie walczyły w nim z upokorzeniem, źródła, którego nie potrafił nawet zidentyfikować. Przecież się starał! On po prostu się do tego nie nadawał.

 Zanim jednak zdołał sformułować, choć jedno zdanie lub choćby zastanowić się nad tym, co powiedzieć, jego przyjaciółka westchnęła, mówiąc cicho.

– Blake, jeśli naprawdę nie chcesz tego robić, to powiedz. Nie mam zamiaru cię zmuszać… jesteś wolny, aby odejść w każdym momencie. Przecież wiesz, że nigdy nie chciałam…. – Wzruszyła niepewnie ramionami, urywając z wahaniem. Białe zęby zacisnęły się na jej podejrzanie nagle drżącej dolnej wardze. Nie potrafiła spojrzeć mu w oczy. Po prostu stała zrezygnowana, nerwowo trąc czoło.

Blake poderwał się na równe nogi. Teraz to już totalnie czuł się jak najgorsza kanalia i łamaga. Harry nie miał bladego pojęcia, co zrobić, więc stał jak sopel lodu, skostniały od środka.

– Evette… ja… przecież… ty. – Ostatkiem siły Blake zapanował nad palącą go irytacją i zdenerwowaniem. Nienawidził sytuacji, w jakiej się znaleźli, i fakt, że to po części była również jego wina, doprowadzał go do jeszcze większej wściekłości. – Mówiłem ci, że się do tego nie nadaję! Nie mogę tego… robić. Nie umiem udawać. To jest… ponad moje możliwości. Pozowanie z innym mężczyzną mogę zrozumieć, ale ty… Ty potrzebujesz kogoś, kto przekona patrzących na okładkę, że tych dwoje mężczyzn łączy namiętność i pasja! A to jest nieprawda. Mnie z żadnym mężczyzną nie będzie łączyć taka relacja i nie może, bo to jest fizycznie niemożliwe.

– Jasne… – Harry nie chciał się wtrącać, ale nie mógł zapanować nad własnym językiem. Jego towarzysze jednak zignorowali jego szpilę.

– Ten pomysł od samego początku był bez sensu! Powinnaś zatrudnić kogoś, kto ma pojęcie o tym, co robi i dla którego… to jest normalne – warknął Blake, ale nawet w jego uszach zazgrzytały okrutnie te słowa. Ale to nie było jego miejsce. To powinno być oczywiste dla każdego, pora była, aby jego przyjaciółka to sobie uświadomiła. Nie był głupi, wiedział, że wiele mężczyzn i kobiet robiło najróżniejsze rzeczy dla pieniędzy, ale on nie był jednym z takich ludzi. To po prostu nie leżało w jego naturze. Robił to, w co wierzył, że jest w stanie wykonać. Ani mniej, ani więcej. – Jeszcze nie jest za późno, abyś uratowała swój projekt. Za pieniądze, które mi oferowałaś z całą pewnością znajdziesz setkę chętnych. Ja nie mogę… – wykrztusił, choć było to dla niego upokarzające, aby przyznać. Harry i wszystko, co się wiązało z okładkami zwyczajnie go przerastało.

– Nie skrzywdziłabym cię za żadne pieniądze tego świata – przerwała przyjacielowi, zanim zdołał wykrztusić cokolwiek więcej. Nie było sensu w ciągnięciu czegoś, co było katastrofą czekającą, aby się wydarzyć. – Myślałam, wydawało mi się… nie wiem, że to świetny pomysł. Łatwe pieniądze dla kogoś, kto się zaharowuje na śmierć w niezbyt dobrze płatnej pracy… Przygoda, ekscytacja, coś wyjątkowego, bo Bóg mi świadkiem, że obojgu nam ich brak w życiu. – Gorący rumieniec zalewający twarz Blake'a i szybkie niepewne spojrzenie rzucone Harry’emu, mówiło jej więcej niż chciała wiedzieć. Znów sprawiła mu przykrość, a przecież chciała tylko mu pomóc. Zatroszczyć się o niego. – Wygląda jednak na to, że ta praca, …że nienawidzisz jej i nie tolerujesz… że nie jesteś w stanie zaakceptować Harry'ego. Mogę tego nie rozumieć, ale nie powinnam była cię do tego zmuszać.

Jak burza wypadła z przeraźliwie zimnego nagle studia. Nie dość szybko jednak, aby Harry nie dostrzegł w jej oczach łez zanim zniknęła za drzwiami.

Blake jak skamieniały tkwił przez kilka minut w miejscu, by w końcu jak automat zrzucić kajdany przymocowane do jego kostki i odwrócić się na pięcie, aby ruszyć do ubrań. Pięć minut później na sztywnych nogach nie mówiąc ani jednego słowa, wyszedł, po cichu zamykając za sobą drzwi.

Harry jak zahipnotyzowany patrzył na całą odgrywając się przed nim scenę i jedyne, czego pragnął to znajdować się jak najdalej stąd. Wszystko krzyczało w nim, aby się nie angażować. Aby nie pozwalać się wciągać w sprawy, które pewnego dnia obrócą się przeciwko niemu.

A miał prawie sto procent pewności, że tak właśnie się stanie.

Jego serce już się wyrywało, aby pobiec za Blake’m i przytulić do siebie z całych sił. Kryjąc przed całym światem i tym, co może go skrzywdzić.

Jego rozum jednak krzyczał, że jest idiotą.

Blake prędzej znokautowałby go, niż pozwolił się zbliżyć do siebie na wyciągnięcie ręki.

Rozdarty i wewnętrznie wstrząśnięty, Harry zaczął się ubierać. Nie miał bladego pojęcia, co ze sobą zrobić. Jak postąpić? Przecież nie mógł tak zwyczajnie wyjść. Nie do końca jednak był przekonany, że powinien pójść za kobietą. Tak na dobrą sprawę nie znali się wystarczająco dobrze. Nie byli przyjaciółmi jak ona i Blake. Nie żeby nie chciał ich obu poznać. Wyglądało na to jednak, że ta ważna dla niej praca wbiła klin między nich. Do rozpaczy go doprowadzała myśl, że pieniądze mają taką władzę nad życiem innych, często stawiając ich właśnie w takich beznadziejnych sytuacjach. W chwilach jak ta, wstydził się, że sam jest bogaty i mógłby prawdopodobnie obu im zagwarantować wygodne życie, dwoma podpisami.

Z głuchym westchnieniem wyrywającym się z piersi, Harry włożył buty i usiadł, cierpliwie czekając. I tak nie miał ważniejszego miejsca, aby być.

Może to właśnie on był przyczyną kłopotu? Może Blake wyczuł, że on go pożąda jak napalona nastolatka? Pewnie to jego prowokowanie i zaczepki przeważyły szalę. Będzie musiał przeprosić ich oboje. Zaproponuje, że odejdzie, jeśli to będzie miało pomóc. Choć w głębi duszy miał nadzieję, że nie będzie musiał tego zrobić. Z drugiej strony nie chciał wbijać między nich klina i niezgody. Nawet nie miał prawa. Do cholery chciał pomóc, nie zaszkodzić.

Oczywiście mógł zrozumieć, dlaczego Blake miał problem z całym tym pozowaniem, ale przecież nie zaszkodziłoby mu gdyby trochę wyluzował, prawda?

– Och! – Ev wypadła z zaplecza, zaczerwieniona od łez i z trochę opuchniętą twarzą. Najwyraźniej nie spodziewała się napotkać go, bo jej niebieskie oczy lekko rozszerzyły się z zaskoczenia.

– Chyba nie podejrzewałaś, że tak zwyczajnie wyszedłem? – zapytał z niedowierzaniem.

Evette wzruszyła lekko ramieniem, odwracając się bokiem, aby nie patrzeć Harry’emu w oczy. Jej nonszalancja jednak była kiepsko udawana.

– Przyznam szczerze, że się nad tym nie zastanawiałam. Jestem zbyt wściekła i rozczarowana, aby teraz logicznie myśleć.

Harry podrapał się po karku zastanawiając nad tym, co ma zrobić i czy w ogóle jest w stanie pomóc. Przecież oprócz zagrożonego zlecenia i niewykonanej pracy, jego nowi znajomi właśnie pokłócili się i nie wierzył, że to była taka zwyczajna kłótnia.

– Chcesz o tym porozmawiać? – zapytał z wahaniem. Która kobieta, kiedykolwiek nie chciała?

– Nie – zimne warknięcie spłynęło mu po kręgosłupie. Zamiast jednak skorzystać z okazji i zwyczajnie zwiać, zaczekał na to, co miało nie uniknięcie przyjść.

– Spoko.



***



– Nie chcę gadać o Blake’u – powiedziała stanowczo, trzymając się kubka z kawą jak ostatniej deski ratunku, trzy dni później.

Trochę trwało zanim Harry wyszedł z szoku, odbierając jej telefon. Po pierwsze nie spodziewał się, że będzie chciała umówić się z nim na kawę, a po drugie w życiu by nie podejrzewał, że tak długo jej to zajmie. Najwyraźniej miała twardszy charakter niż podejrzewał. Wcale go to nie uspokajało.

– Spoko. Nie musimy – odparł ugodowo, z nadzieją wpatrując się w swój kubek. Dlaczego wybrała „Po prostu kafejkę” było dla niego zagadką. Najwyraźniej lepiej się czuła na neutralnym gruncie.

Lokal obsługiwały dla odmiany tym razem kobiety. Bobbi – córka właściciela, która natychmiast mu się przedstawiła z radosnym uśmiechem, jakby promieniującym z jej wnętrza i Zoe –  starsza baristka, która jednym spojrzeniem mogłaby stłumić zamieszki. Jak widać, mały człowiek może być wielki duchem. Obie kobiety miały całkiem niezłą reputację, daleko je poprzedzającą. Sprytna, rezolutna Bobbi była wręcz wizytówką lokalu. Ludzie musieli ją kochać, bo nikt nie był w stanie oprzeć się jej energii i entuzjazmowi. Zoe zaś była poważana i traktowana z szacunkiem, tak że nikt nie śmiał sprawiać problemów na jej zmianie, kiedy Kafejka była pod jej pieczą. Pora lunchu zmieniła to miejsce w ul.

Jego nowa znajoma wyglądała za to jakby miała chmurę gradową nad głową. Jeden rzut oka na twarz Evette wystarczył Harry’emu, aby się wszystkiego domyślić.

Przez długi moment milczeli szukając odpowiedzi w ich kubkach wypełnionych po brzegi aromatycznym płynem. Świat wokół nich znikł, kiedy tak zwyczajnie pogrążyli się w swoich niewesołych myślach. Ev w końcu zaczęła się wiercić na krzesełku. Nawet jej ogniste włosy wydawały się bez życia tego dnia.

– Wiem, co sobie myślisz – rzuciła prawie oskarżycielsko, przyszpilając go spojrzeniem. Harry potrząsnął mentalnie głową, starając się zachować spokój i obiektywizm. Z tym, że nie było cienia wątpliwości w piekle, że nie miała pojęcia, co myślał i czuł, i definitywnie walał, aby tak zostało.

– Evette chcę pomóc, tak jak tylko mogę.

– Doceniam to, ale wierz mi, raczej nic nie da się zrobić – westchnęła cicho, jej smutne spojrzenie błądziło po wypełniającym się dość szybko lokalu.

– Mogę odejść – powiedział cicho, niepewnie, właściwie bojąc się własnej sugestii, ale czuł, że tak powinien postąpić. Oczy Evetty rozszerzyły się z zaskoczenia na ułamek sekundy tylko po to, aby zwęzić się groźnie.

– Zwariowałeś? – syknęła wściekła. – Nawet mnie nie denerwuj! Chcesz mnie dobić!

– Nie, ale, ale…

– Nie ma żadnego ale! Jesteś połową tego projektu! Równie dobrze mogłabym od razu zrezygnować. Nie umiem sobie nawet wyobrazić, żebyś nie był częścią tych okładek. – Evetta tak się zacietrzewiła, że Harry z całych sił musiał powstrzymywać uśmiech radości cisnący mu się na usta. W piersi buzowało mu przyjemne uczucie na myśl, że Evette chce go i ceni wystarczająco, aby na niego w tym momencie parskać jak wściekła kocica. Wyglądała imponująco i lekko przerażająco.

– Chcę pomóc.

– Więc mnie nie denerwuj jeszcze ty!

– Dobrze, dobrze – zapewnił ją unosząc ręce w geście poddania. – Na mnie możesz liczyć choćby nie wiem co. Nie odejdę i nie zostawię cię w kłopocie.

Kobieta wyglądała jakby wielki ciężar spadł jej z ramion, choć próbowała to zamaskować.

– Wiem, że stawiam cię w trudnej sytuacji i w ogóle…

– Przestań. Nie zapominaj, że to ja do ciebie przyszedłem, a nie na odwrót. Dla mnie to przygoda życia. – Uśmiechnął się szeroko, próbując uspokoić swoją towarzyszkę.

– Ja też tak uważam. Wszystko, co się wiąże z tymi książkami, tą historią i okładkami jest takie ekscytujące i fascynujące – rzuciła podekscytowana lekko Evette. Błysk w jej oku był oślepiający. – Nawet zaczęłam czytać takie książki. Wręcz sobie nie wyobrażasz, jakie to są podniecające historie – palnęła, uśmiechając się jakby lekko zażenowana przyznaniem się do nowej słabości.

Harry uniósł brew kpiąco.

– Zapewniam cię, że się domyślam – wymruczał sugestywnie, pochylając się w jej stronę. – Marzę, żeby przeżyć taką historię na własnej skórze, najlepiej właśnie z ucieleśnieniem seksownego, poważnego, twardego mężczyzny w roli głównej… – poruszył brwiami sugestywnie.  

– Kurczę, nigdy bym nie podejrzewała, że romanse mężczyzn mogą być takie pełne pasji i pożądania. Kto by przypuszczał, że ja heteroseksualna kobieta będę się emocjonować… no wiesz, seksownymi, namiętnymi przygodami mężczyzn – wyznała Evette z lekkim rumieńcem. Harry uśmiechnął się do niej pobłażliwie.

– Czasem po prostu wystarczy sprawdzić, aby się przekonać, zamiast zakładać coś z góry. – Na twarzach ich obu odbiła się natychmiast ta sama myśl. Blake.

– Czemu tylko Blake nie otrzymał memo o tym, że to może być wspaniałe przeżycie? – Ev pokręciła głową z smutkiem i niedowierzaniem.

Harry westchnął ciężko. Sam się zastanawiał nad niesprawiedliwością życia.

– Wiem, że to nie jest to, czego pragniesz – zaczął ostrożnie – i wierz mi, z całą pewnością to nie jest to, czego ja pragnę – dodał natychmiast – ale może warto pomyśleć o znalezieniu kogoś na miejsce Blake’a?

Złość i smutek błysnęły w niebieskich oczach, i natychmiast zniknęły, Harry widział jednak, jak wiele kosztuje ją sama myśl o tym. Jemu samemu serce waliło jak oszalałe. Tak bardzo pragnął spędzić więcej czasu z mężczyzną, który fascynował go na tak wiele sposobów, że wręcz miał ochotę się dla niego odsłonić i wpuścić go do swojego życia.  Ta opcja znikała w momencie, kiedy Blake odszedł bez oglądania się za siebie. Może tak było lepiej?

– Owszem, istnieje taka możliwość… – Evette praktycznie forsowała słowa przez zaciśnięte gardło. – Ale, ale czuję, że to byłoby…

– Nie fair?

Kobieta spojrzała na niego z uwagą. Jej blada twarz wydawała się zbolała. Bez słów skinęła mu głową. Co miała powiedzieć? Przecież nie sposób było wyrazić tego, co czuła. Nawet nie wiedziała tak do końca, co się stało. Nie rozumiała reakcji Blake’a. Nie spodziewała się jej.

– Nie wiem, co robić – przyznała. – Nie chcę znajdować kogoś innego! Chcę Blake'a! On jest idealny.

– Wiem.

– I ma w sobie więcej z Wojownika niż chce przyznać!

– Wiem.

– Dlaczego on tego nie rozumie?

– Nie wiem – odparł z cichym westchnieniem Harry. Pewnie w idealnym świecie, Blake zrobiłby sobie z nim zdjęcia, poznał go i zakochał się w nim. Ale żyli w podłym, ponurym świecie, gdzie miłość, uczucia i geje byli znienawidzeni, i poniżani. W takiej kolejności lub w kombinacji ich wszystkich. – Nie możesz go zmuszać… – powiedział tylko.

Parskając nieelegancko Ev rzuciła mu ironiczne spojrzenie.

– Wierz mi, nie ma takiej siły na tej ziemi, która potrafiłaby go zmusić do czegokolwiek, jeśli on tego nie chce.

– Domyślam się – Harry roześmiał się cicho. – Myślę, że to jedna z jego najlepszych cech.

– Och, tak. – Jego towarzyszka przytaknęła mu, lekko się rozpogadzając. – To jest jego wielka zaleta… po za momentami, kiedy upór wykorzystuje, jako wadę. Wtedy jest jak wielka drzazga w tyłku!

Nieboskim wysiłkiem Harry wywalił z głowy wszelkie skojarzenia, które mu nasunęły się po słowach jego towarzyszki. Podniecanie się w takim momencie byłoby szczytem głupoty. Ev obrzuciła go wymownym spojrzeniem.

– Nie chce nic mówić, bo to nie moja sprawa – zignorowała parsknięcie Harry'ego – ale wyobrażasz sobie pracować z kimkolwiek innym niż Blake? Znaleźć się w ramionach innego? Równie idealnego? – Nie czekała na jego zaprzeczenie, tylko kontynuowała, bo wiedziała, jaka byłaby jego odpowiedź. – Kogo z resztą mam wziąć na jego miejsce twoim zdaniem? – Ogarnęła lokal ręką. Masy studentów i stałych bywalców przepływała przez kawiarnię sprawnie i szybko. Harry podążył wzrokiem za ruchem jej ręki.

Było wielu przystojnych mężczyzn – choć nikt, kto dorastałby Blake’owi do pięt, jego skromnym zdaniem – ale rozumiał dylemat fotografki. Nie tylko ktoś musiał spełniać fizyczne warunki, ale jeszcze musiał zgodzić się na udział w tej dość kontrowersyjnej sesji. Nie co dzień ktoś wchodzi do studia wprost z ulicy proponując swoje usługi jak on to zrobił. Tutaj sytuacja była dużo bardziej skomplikowana. I trzeba byłoby powtórzyć pierwsze zdjęcia.

Z każdą minutą miał coraz mniej chęci na to.

Zrezygnowany rozglądał się po sali unikając patrzenia na Evette. Nie miał dla niej ani rady, ani słów pocieszenia. On też chciał Blake'a!

– Wojownik musi być potężny, silny i twardy – wymamrotała kobieta, śledząc jego spojrzenie. Kiedy zatrzymało się na dłuższą, pełną kontemplacji chwilę, na siedzącym tuż obok nich młodym blondynie ze strzechą potarganych włosów i z kubkiem kawy ściskanym w dłoniach, jakby miałby być jego ostatnim, dodała głośniej. – Ten nadaje się bardziej na Maga niż na Wojownika.

Zawstydzony Harry oderwał spojrzenie od przystojnego mężczyzny. Właściwie nie był w jego typie, ale wydawał się strasznie smutny. Piwne oczy spozierały, co chwila nerwowo z nad oprawek okularów, jakby się spodziewał czegoś lub na coś czekał. Bardziej jednak wydawał się być przerażony niż podekscytowany. I wyglądało na to, że ich rozmowa choćby częściowo do niego docierała, bo bardzo próbował nie słuchać.

Czując badawcze spojrzenie fotografki na swojej twarzy, Harry wbił w nią twarde spojrzenie.

– Nie nadaję się na Wojownika – oświadczył. Kobieta nadal jednak zerkała między nim a nieznajomym. – Wierz mi! We mnie nie ma nic z Wojownika!

– A we mnie nie ma nic magicznego – dorzucił nieznajomy, zanim zdołał się powstrzymać. Wielkie oczy rozszerzyły się jeszcze bardziej, gdy uświadomił sobie, że w ogóle otworzył usta, a ciemne rumieńce zalały jego szyję i twarz. – P-przepraszam – wykrztusił. Drżące palce zaplótł na kubku kawy. – Nie podsłuchiwałem, przysięgam.

Tsyk

– Wiemy – zapewnił go Harry, lekko kopiąc pod stolikiem Ev, która tylko parsknęła. – Nie przejmuj się. Tak tylko… rozważamy opcje.

– Dlaczego nie jesteś wielkim przystojniakiem, napakowanym jak sam grecki bóg? – Kobieta nie miała zamiaru tak łatwo spuścić go z haczyka, ale błysk uśmiechu w oku ją zdradził. Nieznajomy uśmiechnął się lekko, z wyraźną ulgą. Wyciągnął długie nogi pod stolikiem, opierając głowę o ścianę.

– Pewnie z tego samego powodu, dla którego wolałbym stać po przeciwnej stronie aparatu i raczej robić fotki niż do nich pozować – powiedział z rozmarzeniem. – Najwyraźniej niedane mi być seksownym herosem… i fotografem… też chyba nie…

Harry nie chciał dopuścić do ponownego pogorszenia nastroju, więc wychylił się, aby wyciągnąć dłoń do przywitania. Jeśli dobrze odczytywał spojrzenie Evette, miała zamiar go trochę po grillować, a potem pewnie adoptować, bo młody mężczyzna był słodki i uroczy. Równie dobrze mógł przynajmniej zacząć nową znajomość w kulturalny sposób.

– Cześć, nazywam się Harry Swan, a moja piękna towarzyszka to Evette Conti – wskazał kobietę. Ta najwyraźniej postanowiła się zrehabilitować, bo również potrząsnęła wyciągniętą dłonią ich nowego znajomego.

Oczy mężczyzny z okrąglały nagle, a wielki uśmiech wypłynął na jego usta. Widać wręcz było jak adoracja i uwielbienie rozświetliła jego całą twarz.

– Mój Boże to zaszczyt! – zawołał. – Niezmiernie miło mi panią poznać! Nazywam się Ryan Harmon! Uwielbiam pani Elementarną Kolekcję! – zawołał nie przejmując się wcale tym, że wzbudzają zainteresowanie.

Harry po raz pierwszy – i pewnie nie prędko się powtarzający – raz miał okazję zobaczyć jak rumieńce przyjemności wykwitają na twarz jego nowej przyjaciółki. To był interesujący widok. Wyglądała o lata młodziej i znów lśniła od środka, jak wtedy, kiedy pracowała.

– Wow, kiedy ktoś zacznie tak reagować z uwielbieniem na dźwięk mojego nazwiska? – wymamrotał uśmiechając się do niej lekko złośliwie. Ev jednak zignorowała go bezczelnie.

– Dziękuję – wyszeptała z nieśmiałym uśmiechem do Ryana. – Nie sądziłam, że jeszcze ktoś o niej pamięta. To stare dzieje.

– Och, studiuję fotografię i wybrałem sobie pani prace, jako temat mojej pracy konkursowej. Są fascynujące… – zaczął Ryan z entuzjazmem, ale uświadamiając sobie spojrzenia skupione na sobie, znów spłoną gorącym rumieńcem. – Przepraszam! Nie powinienem wam przerywać lunchu! – uśmiechnął się przepraszająco do Harry'ego, po raz pierwszy przyglądając mu się uważniej.

Harry potrafił rozpoznać to spojrzenie bez pudła, bo sam tak nieraz zerkał na mężczyzn, kiedy był dziesięć lat młodszy. Wówczas wydawało mu się, że jest subtelny, ale wybity ząb wyleczył go z tych złudzeń. Z lekkim uśmiechem, potrząsnął głową uspokajająco do sfrustrowanego młodzieńca.

– Mną się nie przejmuj. Sam chciałbym się dowiedzieć coś więcej na temat prac Evette, ale nie mam czasu – spojrzał wymownie na zegarek nad wejściem. Oboje jego rozmówców podążyło za jego spojrzeniem. Ev pisnęła, a Ryan zerwał się od stołu.

– Matko! Muszę lecieć – Ev wyglądała jakby jej koszulka zapłonęła, tak szybko się zbierała do wyjścia. Na odchodnym jednak spojrzała z żałością na Ryana. – Bardzo chętnie odpowiem ci na wszelkie pytania, jakie możesz mieć do mnie odnośnie moich prac – rzuciła pod wpływem impulsu. Uśmiech na młodej twarzy Ryana był bezcenny. Wyglądał jakby miał się zamiar przewrócić z wrażenia i Harry musiał stłumić śmiech, żeby nie urazić jego ego. – Wiesz gdzie mnie znaleźć, prawda?

Ledwie poruszający się z podekscytowania, zszokowany Ryan skinął jej głową, a Evette pochyliła się, aby cmoknąć Harry'ego w policzek i poleciała.

Wolno wstając Harry spojrzał na skamieniałego nadal mężczyznę.

– Przykro mi tak uciekać, ale mam nadzieję, że jeszcze nadarzy się okazja do pogadania – powiedział, wyrywając swojego nowego znajomego ze stuporu.

– Tak, Boże mam nadzieję, że tak! – zawołał Ryan entuzjastycznie lekko się rumieniąc. Szczupły i choć wyskoki, był i tak drobniejszy od Harry'ego. Z nieśmiałym uśmiechem uścisnął mu dłoń na pożegnanie. – Nie ma mowy, abym przegapił spotkanie z Evette Conti! A z tego, co zrozumiałem pracujecie razem…

Harry zdławił jęk w duszy, wymuszając uśmiech.

– Mam nadzieję, że tak zostanie – powiedział na odchodnym.

Bobbi nie mogąc dłużej wytrzymać prawie w podskokach przybiegła do nadal stojącego Ryana, odprowadzającego Harry'ego wzrokiem do drzwi.

– Wyglądasz jakby cię ktoś obuchem zdzielił – zagadnęła bez skrupułów jak to było w jej zwyczaju. – Chyba się nie zakochałeś? – zapytała przekornie. Jej uśmiech mógł oświetlić okolicę. Ryan potrząsnął głową z konspiracyjnym półuśmiechem, choć w innej sytuacji pewnie by zemdlał na samą taką sugestię.

– Nie, ale coś prawie równie dobrego.

Zwiał zanim miała szansę wytorturować z niego odpowiedź.



Rozdział piąty




Harry nie pojmował, dlaczego jego dłoń drżała, kiedy wybierał numer telefony Blake'a. Jego żołądek też wyrabiał dziś jakieś dziwne rzeczy. Nie pamiętał już, kiedy ostatnim razem go tak mdliło. Może to ta zimna lasagne od wczoraj?

Taak, jasneee…

Przecież obiecał sobie, że siebie nie będzie oszukiwał. Rozczarowanie sobą miało, więc gorzki posmak.

– Halo? – zachrypłe powitanie, zaskoczyło Harry'ego tak, że prawie upuścił komórkę. Kurczę.

– Eee… mmm… Blake? Tu Harry – odparł szybko, zły na siebie za piskliwą nutę, która wkradła się do jego głosu. – Harry Swan – dodał niepewnie. Przecież wcale nie było takie pewne, że mężczyzna poświęcił mu choćby myśl, a co dopiero go pamiętał.

– Nawet nie chcę zgadywać, skąd masz mój numer…

Tak, to by jasno określało ton ich rozmowy. Harry zebrał się w sobie, aby załatwić to, po co dzwonił. Zwłaszcza, że chciał sobie samemu udowodnić, że nie będzie zawsze zachowywał się przy tym człowieku jak napalony nastolatek, niepotrafiący się wydukać.

– Chciałbym porozmawiać. Czy jest szansa, że masz wolną godzinę żeby wypić piwo i zamienić kilka słów?

– Jestem zajęty.

– Rozumiem, ale to nie zajmie długo. – Harry nie zamierzał się poddać, lepiej, aby Blake to szybko pojął. – Sądzę, że to istotne dla ciebie i twojej przyjaciółki. Chcę pomóc. – O właśnie, spokojnie i na luzie. Harry przewrócił mentalnie oczyma. Przynajmniej był dumny z siebie, że nie błagał.

– Nie potrzebuję twojej pomocy, razem z Ev potrafimy załatwiać własne problemy – odparł Blake zimno, najwyraźniej dogłębnie urażony samą sugestią.

Nie mogąc się opanować, Harry parsknął ironicznie.

– Tak długo jak mój nagi tyłek będzie świecił na tych okładkach, to również jest mój problem – zauważył sucho. – Chcesz czy nie, jestem w to wszystko zaangażowany. Gdybym był wrażliwszy, twój brak chęci współpracy, odebrałbym bardziej osobiście – rzucił sarkastycznie, wkurzony coraz bardziej. – Jest jak jest, więc jedyna opcja, jaką masz, to zaakceptować fakt, że cała ta konfliktowa sytuacja między tobą i Evette dotyczy mnie tak samo jak i ciebie.

Cisza, która zapadła w słuchawce, nie wróżyła nic dobrego i zachwiała tą odrobiną wymuszonej pewności siebie, jaką Harry posiadał. Zły sam na siebie, zebrał się, aby powiedzieć mu przez telefon, co o nim myślał, nie zdołał jednak otworzyć ust, bo gburowaty mężczyzna warknął do słuchawki.

– Dobra. Szczerze mówiąc mam coś do załatwienia, ale ostatecznie możesz mi towarzyszyć. – Blake nie miał zamiaru ulec łatwo, ani stwarzać jakichkolwiek dwuznacznych sytuacji. Jego głowa cały poprzedni dzień robiła nadgodziny wymyślając niestworzone historie, scenariusze i opcje. Miał zamiar trzymać obie stopy na ziemi, pewnie i stanowczo. Czas było wrócić do rzeczywistości i Harry będzie miał okazję przekonać się naocznie, co jest jego rzeczywistością. – Załóż stare ubranie i spotkaj się ze mną pod studiem Evette. Zabiorę cię stamtąd za pół godziny. – Zakończył rozmowę zanim Harry miał okazję udzielić jakiejkolwiek odpowiedzi.

Przez dobrą minutę Harry patrzył na słuchawkę mrugając z zaskoczenia z głupawą miną na twarzy. Jakkolwiek spodziewał się, że ta rozmowa przebiegnie, to akurat nie przyszło mu na myśl. Dodatkowo musiał wreszcie przyjąć do wiadomości, że przekonanie Blake'a do czegokolwiek będzie praktycznie niemożliwe. Był to tylko kolejny powód, aby w pewien sposób podziwiać faceta.

Z głębokim westchnieniem rzucił telefon na stolik i ruszył do sypialni założyć coś bardziej pasującego do polecenia Blake'a. W domu zazwyczaj nie borykał się z zakładaniem czegoś więcej niż stary podkoszulek i sportowe spodenki, były jednakże tak znoszone, że nie nadawały się na wyjście. Właściwie nie pasowały też w otoczeniu eleganckich, drogich mebli i puszystych dywanów w jego ogromnym mieszkaniu, ale odczuwał niemal perwersyjną rozkosz ze swojego niewielkiego buntu. Łamanie konwenansów zawsze sprawiało mu bezsensowną radość i wywoływało wściekłość u jego rodziców. Człowiek powinien przecież doceniać małe przyjemności. A jeśli czegoś się w życiu nauczył, to tego, że nie dało się zadowolić wszystkich ludzi na raz. Za to wkurzyć można ich było praktycznie bez wysiłku.

Z cichym westchnieniem wszedł do wnętrza swojej garderoby, zniesmaczony widokiem równiutko pouwieszanych na wieszakach ubrań. Większości z nich nigdy nie miał na sobie. I niech dopomoże mu Bóg w walce z matką, ale nie zamierzał ich wkładać. Jego własnoręcznie zakupione jeansy i bluzy zapełniały dwie skromne półki i był absolutnie usatysfakcjonowany taką ilością. Szuflada skarpet i bielizny, kilka par adidasów i dwa paski uzupełniały jego garderobę. Całą resztę bez mrugnięcia okiem mógł oddać dla potrzebujących. Choć szczerze mówiąc brakowało mu imaginacji, aby wyobrazić sobie jakiegoś biedaka bez grosza na chleb w garniturze od Armaniego.

Szybko chwycił ubrania, starając się przewidzieć reakcję Blake'a. Cokolwiek zaplanował dla nich jego nowy znajomy, Harry miał przeczucie, że będzie potrzebował tak wiele ochronnych warstw jak to tylko będzie możliwe.

Z niesmakiem spojrzał na siebie w lustrze. Ubrania zazwyczaj kryły jego szczupłe, ale muskularne ciało i tego właśnie chciał. Cienka koszulka wisiała na nim, zmienił więc ją szybko na jeszcze większą, ale grubszą szarą bluzę z kapturem. Jeansy sprane i wytarte, były jego ulubionymi, toteż znosił je prawie na śmierć. To było ubranie dające mu komfort psychiczny. Jego zbroja. Przy przystojnym Blake’u będzie jej potrzebował na bank. Szybkim ruchem ręki przeczesał swoje rozczochrane włosy. Tak jak się domyślał po sekundzie wyglądały tak samo jak moment wcześniej, pokręcił więc głową nad swoimi niereformowalnymi falującymi bez składu i ładu włosami, z którymi niewiele dało się zrobić, zwłaszcza, kiedy padało. Sprzyjało to czasem planowi Harry'ego, aby nie ściągać na siebie uwagi, ale dziś czuł się jak niedbała fleja. Kopiąc się mentalnie i klnąc pod nosem, Harry wybrał okulary z fotochromem na wyjście i włożył je, odwracając się szybko plecami do lustra, aby nie patrzeć na swoją zwykłą, nieszczególną twarz. Nie było co oglądać. Czemu Evetta chciała go na modela, nie wiedział. Chyba tylko, dlatego że to nie twarz jej była na tych okładkach potrzebna.

Zdenerwowany i lekko roztrzęsiony w środku, szybko zgarnął do kieszeni klucze, portfel i komórkę. Do studia Evetty miał jakieś pięć minut, nie był jednak pewien czy Blake zdawał sobie z tego sprawę. To dzięki temu, że mijał jej studio, praktycznie codziennie, w drodze do mieszkania, miał okazję dostrzec ogłoszenie na szybie praktycznie natychmiast po tym jak je wywiesiła. Pod wpływem impulsu wszedł do środka, nawet nie wiedząc po co. Dziesięć minut później skrupulatnie obejrzany, zlustrowany i przepytany, godził się na nową przygodę w swoim życiu. Evette zwyczajnie nie dało się odmówić, zwłaszcza kiedy patrzyła na człowieka jakby widziała i wiedziała rzeczy niedostępne zwyczajnym śmiertelnikom. Te jej wielkie niebieskie oczy wydawały się wszystkowidzące. Gdyby Harry nie grał dla przeciwnej drużyny, z całą pewnością nie zrezygnowałby z szansy lepszego poznania jej. Niestety sprawy stały tak jak stały i nic się nie dało na to poradzić. Piękny, seksowany Blake bujał jego łódkę i pienił fale.

Drętwe poczucie humoru Harry'ego przynajmniej pomogło mu rozluźnić supeł w żołądku, kiedy czekał przy krawężniku. Biały poobijany pickup podjechał i Blake z kamienną twarzą skinął na niego, aby wsiadał.

– Cześć – padło, zanim jeszcze Harry zamknął drzwi. Przynajmniej nie dało się zarzucić Blake’owi braku kulturalny.

– Och, cześć… – Harry zapiął pas i spojrzał na swojego współtowarzysza. Mężczyzna siedział wyprostowany i sztywny, nie zwracając na niego najmniejszej uwagi. Wyraźnie zarysowana szczęka pracowała lekko, kiedy nieświadomie zagryzał zęby, najwyraźniej walcząc z irytacją. Harry jęknął w duszy odrywając od niego spojrzenie. Nie chciał być przyłapany na ślinieniu się. Z drugiej strony był absolutnie bezpieczny, bo Blake w ogóle nie spojrzał w jego kierunku. Z konfidencją i łatwością, wrzucił bieg i wmieszał się w uliczny ruch, płynnie mijając kolejne uliczki. Jego kamienna, zamknięta twarz nie zdradzała nic i Harry podupadł na duchu.

Stara sprana praktycznie do stopnia, w którym już nie było można zidentyfikować czerwono–czarnej kratki koszula, opinająca mięśnie pracujące przy każdym jego oszczędnym ruchu, sugerowała, że albo jedzie z pracy albo do pracy. Zwłaszcza, że ubiór uzupełniały robocze wytarte jeansy i wysokie czarne, skórzane buty.

– Dziękuję, że zgodziłeś się porozmawiać ze mną – zaczął w końcu konwersację Harry, kiedy stało się jasne, że Blake nie kwapił się do rozmowy.

– Jaki wybór tak naprawdę mam? – zapytał ironicznie mężczyzna, podjeżdżając pod wielki dom, w bogatej dzielnicy. Wokoło którego wyglądało jakby miała miejsce jakaś niewielka katastrofa. – Chodź. Mogę równie dobrze robić coś pożytecznego, kiedy ty będziesz gadał…

Wyskoczył z samochodu nie czekając jak zwykle na odpowiedź. Zapach Harry'ego wprawiał go w nerwowe drżenie, kiedy praktycznie czuł jego woń na języku. Męski, piżmowy i intrygujący. Blake spiął się jeszcze bardziej, wyrzucając sobie swoją słabości i pochopną decyzję o spotkaniu z Harrym. Potrzebował wprowadzić jak najwięcej przestrzeni między nimi. A najlepiej trzymać się z dala od niego. Niech mówi, co ma do powiedzenia i znika.

– Wow, co tutaj się stało? – Oczy Harry'ego z okrąglały zabawnie, kiedy wyśliznął się z samochodu i prawie biegiem pognał za znikającym za rogiem domu Blake’iem.

– Nic, remont. – Mężczyzna rzucił mu szybkie spojrzenie przez ramię lustrując jego obuwie i ubiór jednym szybkim spojrzeniem. Ostatecznie mogło być. – Uważaj i niczego nie dotykaj. Patrz też pod nogi – zakomenderował sucho. W końcu nie mógł pozwolić, aby coś się stało cennemu modelowi Ev. Wyjął notes i rozejrzał się wokół. Musiał zaplanować pracę.

– Co my właściwie tutaj robimy? – Harry zapytał, na serio zainteresowany. Może, jeśli pozna Blake'a lepiej, łatwiej będzie mu go zrozumieć, bo jak na razie, facet był jak nieprzenikniona ściana obojętności. Przecież istniał cień szansy, że okaże się być zwyczajnym palantem i jego zainteresowanie umrze śmiercią naturalną.

Jasneee…

– Ty będziesz gadał, ja pracował – stwierdził Blake, jakby to powinno być oczywiste. Spojrzał na niego też z kpiącym uśmieszkiem na pełnych różowych wargach, nagle drwiąc z niego w żywe oczy. Harry z trudem oderwał spojrzenie. Szczęściem od Boga, jego okulary zdążyły ściemnieć pod wpływem słońca i tamten nie mógł dostrzec głodu w jego spojrzeniu.

– Masz coś przeciwko, żeby mi tak, choć po krótce opowiedzieć o tym, co robisz? – zapytał, pod wpływem impulsu, nieśmiało Harry, wbijając drżące znowu dłonie w kieszenie jeansów.

Blake zaskoczony tak szybko odwrócił w jego stronę głowę, że cudem tylko nie skręcił sobie karku. Jego szare oczy podejrzliwie się zwęziły i Harry zrobił wszystko, co możliwe, aby wyglądać jak najpoważniej i niegroźnie. Gdyby wydał się zbyt chętny i zainteresowany, Blake uciekłby prawdopodobnie z krzykiem. Albo pogoniłby go na kopach.

– To, co widzisz tutaj, to produkt uboczny powstawania tych wszystkich wspaniałych domów – powiedział w końcu mężczyzna wzruszając lekko ramionami. – Brudna prawda o pięknie. – Wskazał na pojemniki po farbach, kartony i inne opakowania. – Mam umowę z kilkoma firmami remontowymi. Kiedy oni kończą, wkraczam ja z moimi pracownicami i sprzątam po nich. – Zirytowany dopisał coś do swojej i tak już niekrótkiej listy w notesie. Jego mina nie wróżyła nic dobrego i Harry cieszył się, że tym razem nie jest skierowana na niego. – Ta jednak właśnie firma zaczyna sobie pogrywać ze mną najwyraźniej.

– Och, tak?

– Tak. Zaczynają zostawiać po sobie coraz większy bajzel. Chyba za bardzo się przyzwyczaili, że mają jakiegoś idiotę, co zajmie się ich gównem – wycedził Blake kopiąc kupkę gruzu w kącie pod stertą folii. – Moja praca ma pewien zakres, wbrew temu, co im się wydaje. Uprzątam śmieci, pojemniki, opakowania. Sprzątam i myję to, co jest ubrudzone przypadkiem farbą i pyłem unoszącym się w powietrzu. Moje dwie pracownice, myją okna i podłogi. – Wyjaśnił, kiedy już przekleństwa przestały go dławić w gardle. Harry cierpliwie czekał, chodząc wolno po ogrodzie i przyglądając się wszystkiemu z ciekawością. Po jaką cholerę chciał to wiedzieć, Blake nie miał bladego pojęcia.

– A więc, to ty doprowadzasz miejsce budowy lub remontu do porządku, tak? – zapytał cicho, nie chcąc drażnić większego mężczyzny bardziej.

– Tak. Gratulacje, pojąłeś za pierwszym razem. – Blake prychnął i ruszył do domu, otwierając drzwi własnym zestawem kluczy. Wkurzony był sam na siebie, że zachowywał się jak pryk, wyglądało jednak na to, że nie wiele może w tej kwestii zrobić. Harry prowokował go poprzez oddychanie.

– Okeeej – Harry stanął w holu domu zaplatając przedramiona na piersi. Cokolwiek by nie robił, tylko pogarszał sprawę. Najwyraźniej będzie musiał odejść. Blake nie może wytrzymać na tym samym osiedlu, co on, mowy nie było, aby chciał z nim pozować. A szkoda. Choć może lepiej, jego sercu przestanie zagrażać poważne bezpieczeństwo. – Wróć do studia Evette i pomóż jej – wypalił, zanim udało mu się skonstruować bardziej dyplomatyczną wersję.

Blake wychodzący właśnie z salonu przylegającego do holu potknął się klnąc.

– Cholera! – Wyprostował się na całą wysokość, stanął naprzeciwko Harry'ego i również zaplótł ramiona na piersi defensywnym gestem.

Luźne ubranie nie krzywdziło jego wspaniałej sylwetki, w najmniejszym stopniu, doprowadzając Harry'ego do rozpaczy. Z całą siłą swojej słabej woli oderwał oczy od pięknych mięśni, pracujących pod ciemną skórą na potężnych przedramionach Blake'a i wlepił spojrzenie w jego oczy. Nie polepszyło to sytuacji ani o jotę, bo to były piękne oczy. Przenikliwe i lśniące wewnętrzną siłą.

Uff…

– Evette cię potrzebuje. Wiem, że nie jest to dla żadnego z was łatwe, ale potrzebujecie siebie nawzajem. Choćby, dlatego że jesteście przyjaciółmi – zaczął szybko, bojąc się, że Blake nie wysłucha go do końca, jeśli zawaha się choćby na sekundę. Oczy mężczyzny tylko spochmurniały. Piękne miękkie usta, zmieniły się w wąską, białą kreskę, a żuchwa znów ruszyła w powolnym zagryzaniu zębów. – Pomyśl, co ona teraz zrobi? Gdzie znajdzie zastępstwo? Co z okładką, którą zrobiliśmy? Będzie musiała wszystko powtórzyć! Przecież się przyjaźnicie, porozmawiajcie chociaż…

– Potrafię dogadać się z Ev! O to nie musisz się martwić. Pora jednak, abyście oboje pogodzili się z faktem, że ja się zwyczajnie nie nadaję się do tego! – Blake potrząsnął głową stanowczo. Miał dość tej rozmowy zanim jeszcze się dobrze zaczęła. Harry nie mówił nic, nad czym sam nie zastanawiał się jakieś sto razy. – Przecież to każdy głupi widzi. Nawet gdybym chciał jej pomóc… nie mogę… – powiedział zgrzytając zębami.

Harry zacisnął dłonie w pięści, wściekły i rozczarowany, tak mocno, że jego krótko przycięte paznokcie wbiły mu się w ciało. Tego się najwyraźniej nie da zrobić łatwą drogą.

– Nie chcesz czy nie możesz?

– A co to za różnica? Szkoda marnować czas mój i Ev. Twój również.

– Odejdę. Evette poszuka ci kogoś innego, skoro nie możesz pracować ze mną – wymamrotał pod nosem Harry, spuszczając wzrok na ziemię. Ledwie mógł zmusić usta do poruszenia się. Dlaczego to był trudniejsze niż nawet sam podejrzewał?

Blake zdrętwiał, lekko pochylając się w jego stronę, niepewny czy go uszy nie mylą.

– Słucham?

– Odejdę.

Powietrze wokół nich znieruchomiało. W ogłuszającej ciszy zabrzmiał ironiczny syk wyrywający się z ust Blake'a.

– Och, więc ty myślisz, że to chodzi o ciebie? – zapytał, z drwiną wpatrując się w Harry'ego i przyszpilając go do miejsca nieruchomym, zimnym spojrzeniem. Nie potrafił zidentyfikować uczucia wypełniającego jego pierś, na ciche stwierdzenie swojego towarzysza, więc tym bardziej się wściekł. Przecież to był świetny pomysł. Wręcz zajebisty. Powinien odejść, zniknąć. Zabrać problemy ze sobą. Czemu więc miał ochotę potrząsnąć Harrym? Biorąc się w garść zwalczył wszystkie irracjonalne uczucia mieszające mu w głowie i z uporem maniaka złapał się rozsądku. – Nie pochlebiaj sobie – parsknął mu prosto w twarz pochylając się nad nim jeszcze bardziej. Zaskoczona mina mężczyzny i zranione spojrzenie było jak gorące piętno na jego skórze, ale brnął dalej. – Ty nie masz z tym nic, absolutnie nic wspólnego.

Słowa cięły jak smagnięcie batem i Harry pod ich wpływem zrobił krok wstecz. Szybko jednak zapanował nad sobą zaciskając pięści tak mocno, że paznokcie wbiły mu się w dłonie, pozostawiając wewnątrz krwawe półksiężyce.

– Jasne. Znam takich jak ty – wypluł już na serio wkurzony. Pasywna, obojętna twarz Blake’a doprowadzała go do szału. – Taki męski, taki macho. Jaja ze stali. Za dobry dla reszty niedoskonałych ludzi! Szkoda, że wymiękasz jednak przy jednym geju! – Stuknął palcem w szeroką pierś znajdującą się tuż przed nim, a wolałby go zdzielić pięścią w arogancką twarz.

Oczy Blake’a zapłonęły wewnętrznym ogniem, kiedy właściwie naparł na niego całym sobą. Harry stał jednak twardo nie ruszając się o milimetr. Zwyczajnie wrósł w ziemię.

– Chyba pomyliłeś mnie z jednym ze swoich niedorobionych przyjaciół – wymamrotał przez ciasno zaciśnięte zęby Blake, patrząc mu w oczy ostrzegawczo. – Nic o mnie nie wiesz i mylisz się tak bardzo, że to aż śmieszne.

– Tak jak ty nic nie wiesz o mnie – odparował Harry buńczucznie, starając się ukryć jak wielkie wrażenie robił na nim jego oponent i jak bardzo jego kolana drżały, choćby z powodu samej bliskości w jakiej znajdowały się ich ciała.

– I chcę, aby dokładnie tak pozostało! – Blake rozwiał wszelkie wątpliwości Harry'ego jednym zdaniem.

Teraz to już było wyzwanie i Harry potraktował je personalnie.

– Twoje życie jest tak pasjonujące i ciekawe, że narzekasz na nadmiar przyjaciół? A może wręcz przeciwnie? Jesteś odludkiem nieprzystosowanym do życia w społeczeństwie?

Blake uśmiechnął się zimno i obojętnie, doprowadzając Harry'ego do szewskiej pasji.

– Jakby nie było, to i tak nie twój interes.

– Dlaczego? Czego się boisz? Mnie? Bliskości? Że ci zacznie zależeć? Przecież Evette musi cię cenić skoro jesteś jej przyjacielem i ufa ci niesłychanie. Całe życie masz zamiar uciekać, chować się i udawać, że świat nie istnieje? – zapytał z kpiną Harry, zadzierając podbródek. – Taki duży chłopczyk, a boi się, że położę znów na nim moje brudne, pedalskie łapska!? – wybuchnął, wściekły na brak reakcji swojego oponenta. Sam na siebie najbardziej. Powinien był trzymać się od tego człowieka z daleka. Egoistyczny fiut!

Bez zastanowienia się czy czekania na reakcję ze strony zszokowanego mężczyzny, stojącego chwilowo z rozdziawionymi ustami, odwrócił się na pięcie wypadając na zewnątrz.

Jak ma do cholery teraz wrócić do domu? – Kołatało się w jego skołatanej głowie. Ale ciśnienie krwi zagłuszało każdą jego rozsądną myśl. Nie wiedział czy bardziej jest wściekły, rozczarowany czy zraniony.

– Nie tak prędko kolego! – Blake prawie wyrwał mu łokieć ze stawu, tak mocno chwycił go i obrócił w miejscu, zanim jeszcze Harry miał możliwość zrobić dwa kroki. Sekundę później praktycznie naskoczył na niego z twarzą oddaloną od jego własnej o milimetry. Jego spojrzenie cięło niczym laser. – Jeśli to miała być prowokacja, to słabo ci wyszła. Zakładasz bardzo wiele wnosząc na bardzo słabych przesłankach. To może być bardzo niebezpieczne…

– Nie boję się ciebie – wysapał Harry. Niebezpieczny uśmiech Blake'a posłał dreszcz po jego kręgosłupie, który zakończył wędrówkę w jego kroczu. To na serio nie był odpowiedni moment, aby się ekscytować.

– Bardzo dobrze. W końcu z założenia będziemy trzymać się od siebie z daleka.

– Ale ja nie chcę!

Nie było pewne, który z nich był bardziej zaskoczony tym niespodziewanym, pełnym emocji stwierdzeniem, ale Harry zamierzał skorzystać z okazji, skoro i tak już zrobił z siebie idiotę. Obrócił ich jednym szybkim skrętem ciała i pchnął większego mężczyznę na ścianę tuż za nim. Blake nie zdołał zareagować na czas. Głośne sapnięcie wyrwało mu się z ust wraz z wypchniętym z płuc powietrzem, ale nie walczył z przypierającym go piersią Harrym.

– Chcę z tobą pozować. – Harry ujął Blake'a za kark i tym razem to on zbliżył do niego twarz niebezpiecznie blisko. Nic nie mogło mu umknąć, gdy świdrował go wzorkiem, unieruchamiając w miejscu. Źrenice mężczyzny rozszerzyły się tak bardzo, że praktycznie pochłonęły jego tęczówki. Szczęka pracowała niestrudzenie, kiedy zaciskał zęby do bólu. Harry skorzystał z jego zaskoczenia i wyszeptał cicho, i dobitnie. – Chcę zrobić te okładki. Chcę, aby na zawsze nas łączyły. Na zawsze będziesz moim Wojownikiem z którym nie mogę wygrać. Fascynujesz mnie, sprawiasz, że chcę cię lepiej poznać. Ja już nie mogą tak zwyczajnie wywalić cię ze swojego życia i udawać, że nie istniejesz. A ty możesz? Tak szczerze i naprawdę?

Chmura okryła twarz Blake i serce Harry'ego zamarło. Nie miał jednak nic do stracenia. Przecież jeśli Blake zdecyduje wykreślić go ze swojego życia i tak go straci.

– Nie potrzebuję cię – wyzgrzytał Blake. Kogo jednak bardziej próbował przekonać, Harry nie był pewien. Chciał jednak trzymać się nadziei i ją właśnie wybrał.

– Skąd wiesz? Dlaczego zakładasz, że nic nie mogę wnieść do twojego życia? Dlaczego nie bierzesz pod uwagę, że ja potrzebuję ciebie? – Potrząsnął większym mężczyzną i Blake w końcu zacisnął dłonie na jego bluzie przyciągając go do siebie jeszcze bliżej.

– Bo nie chcę. Rozumiesz. Wybieram nie myśleć o tym. Nie potrzebować. Ludzie są do dupy. Zawodzą. Kłamią i ranią. Po co mam się narażać? Moje życie jest idealne.

– A ja wybieram nie bać się, nie pozwolić się zastraszyć. Zaryzykować. Wybieram żyć, zamiast umierać siedemdziesiąt lat na raty. Po co twoja cała ciężka praca, poświęcenie, wysiłek jeśli nie jesteś w stanie… – głos Harry'ego zadrżał i musiał przełknąć, aby wydusić słowa. Blake wwiercał mu się spojrzeniem w czaszkę, jego szczęka znów pracowała i milczał jak grób, choć Harry czuł się jakby zaciskał potężną pięść mu na gardle. – Nie jesteś w stanie obdarzyć kogoś zaufaniem, uczuciem… miłością?

Niespodziewanie i gwałtownie Blake chwycił Harry'ego za przód koszuli, i mnąc materiał w dłoniach, przyciągnął go do siebie, tak że znaleźli się nos w nos.

– W prawdziwym życiu, miłość to wymówka. Seks to towar, a uczucia to ból. Nikt, kto ma choć odrobinę zdrowego rozsądku nie godzi się dobrowolnie na to, aby zostać użytym i wykorzystanym. A ty wręcz szukasz nie tam gdzie trzeba…

Harry parsknął, walcząc z nagle piekącymi go pod powiekami łzami.

– Bo jestem gejem? – zapytał zdławionym głosem. Blake na sekundę zerknął w bok, kryjąc myśli pod powiekami. Jego usta otwarły się i natychmiast zacisnęły w twardą linię, i nie dał się sprowokować do odpowiedzi. Jego przystojna twarz wyglądała jak wyciosana w kamieniu. – Jestem mężczyzną jak każdy inny i pragnę dokładnie tego samego, co każdy mężczyzna. Tylko żeby to dostać, czasem muszę użerać się z jakimś wrednym, twardym fiutem…

Ponętne wargi mężczyzny drgnęły niespodziewanie w nieoczekiwanym przebłysku poczucia humoru i Harry zachłysnął się powietrzem widząc błysk rozbawienia w chłodnych zazwyczaj oczach Blake'a. Ten mężczyzna nie przestawał go zadziwiać. Oszałamiać i kusić.

– Taak, mogę pojąć twój punkt widzenia. To fakt. Jestem wrednym fiutem i nie… Nie chodziło o to, że jesteś gejem. – Kłamca, kłamca. – Chodziło mi o to, że najwyraźniej wraz z Evette dostrzegacie we mnie coś, czego tam nie ma.

– Pozwól mnie to ocenić. Chcę z tobą pracować. Daj mi szansę. Przyrzekam, że nie będę czyhał na twoją cnotę.

Blake skrzywił się i potrząsnął głową starając się zapanować nad mętlikiem w głowie.

– Nie o to chodzi! – Upierał się, choć kłamał przez zęby. Harry go przytłaczał pewnością siebie i tym, że wydawał się, iż bez obaw mógłby sięgnąć po to, czego zapragnął w czasie, gdy Blake nie był pewien własnej reakcji, gdyby do tego doszło.

Harry ryzykując więcej niż miał odwagę, położył dłonie na szczupłych biodrach Blake'a i przycisnął go do siebie, uświadamiając większemu mężczyźnie, że nadal ściskał jego bluzę w wręcz brutalnym uścisku, trzymając ich blisko siebie. Nie dał mu czasu na reakcję tylko twardo spojrzał mu w oczy.

– Nie będę oszukiwał. Mógłbym próbować cię uwieść. Spowodować, że ciekawość by cię kusiła, wręcz zżerała. Ludzki umysł jest wielką zagadką. Prowokacja jednak zawsze działa. Ty w końcu też zacząłbyś się zastanawiać choćby podświadomie. Wiem, że mógłbym cię… zaciekawić i podpuścić. Sprowokować twoją męskość, wyzwać cię. Pokazać ci przyjemność, o której nie śniłeś, tak że zapomniałbyś, że jestem mężczyzną, bo po prostu pragnąłbyś więcej i więcej… – wyszeptał zdławionym, lekko zdyszanym głosem, czując jak jego podniecenie i ekscytacja rosła. Nie chciał panować na sobą, choć ten jeden raz. Blake wciągnął gwałtownie powietrze nosem, słuchając go jak zahipnotyzowany. Harry uśmiechnął się smutno. – …ale nie zrobię tego. To by nie było fair dla mnie. Miałbyś wymówkę, żeby mnie znienawidzić, bo to ja obudziłem w tobie dzikie żądze – powiedział z powagą, wolno sunąc dłońmi po silnych plecach Blake'a, delikatnie muskając ramiona, by w końcu zacisnąć ciepłe dłonie na nadgarstkach mężczyzny.

Przez moment Blake wyglądał jakby oczy miały mu wypaść z głowy, po czym nie mogąc nad sobą zapanować, wybuchnął śmiechem, prawie zginając się w pół. Równie wolno jak poprzednio Harry, ale skutecznie, ciągle się śmiejąc, Blake wyswobodził się z uścisku dłoni Harry'ego i klepiąc go lekko po piersi zrobił krok wstecz.

– Dzikie żądze, powiadasz? – Pokręcił głową lekko, ocierając kąciki oczu kciukiem. – Cóż… – zakpił.

Harry nie myśląc pchnął Blake'a ponownie na ścianę i przyparł do muru.

– Ja nie żartuję…

Blake uniósł dłonie w geście poddania wcale nie walcząc. Robił co w jego mocy, aby zapanować nad śmiechem, co najwyraźniej przychodziło mu bardzo trudno.

– Och, ja wierzę, że mówisz poważnie – przytaknął Blake, opierając głowę o ścianę i modląc się, aby odruchowo nie odepchnąć niższego mężczyzny. Inną opcją było przyciągnąć go do siebie i objąć drocząc się jeszcze bardziej z sfrustrowanym Harrym, a to byłoby szaleństwem. – Śmieję się, bo nie wierzę, że ty wierzysz, że dałbyś radę mnie uwieść.

Urażony do żywego Harry syknął przez zęby, chwytając Blake'a za kark i napierając na niego całym ciałem.

– Jeszcze byś się zdziwił – wyszeptał przysuwając do niego swoją twarz i prowokacyjnie patrząc na jego usta. – Póki płynie w twoich żyłach krew – przycisnął swoje budzące się do życia krocze do biodra Blake'a – wszystko jest możliwe. – Przez ułamek sekundy wtulił twarz w szyję większego mężczyzny, głęboko wciągając jego zapach. Westchnienie wymknęło mu się, sprawiając, że Blake znieruchomiał niczym statua, a drobne włoski stanęły mu na karku. Ciepły oddech owiał mu kark, kiedy Harry szeptał mu do ucha. – Wiesz o tym, prawda?

Walcząc z nagłym ściskiem w żołądku, Blake przełknął niespokojnie próbując odsunąć biodra od Harry'ego i oderwać spojrzenie od jego języka prowokacyjnie liżącego dolną wargę. Nie mógł znieść spojrzenia, skupionego na nim intensywnie mężczyzny. Jakim cudem znalazł się nagle w tej dwuznacznej, niepokojącej sytuacji nie miał pojęcia. Całe jego ciało wręcz wibrowało niespokojnie i czuł jak panika zakrada się do jego umysłu wraz z ciepłem i siłą ciała Harry'ego. Nawet jego zapach zdawał się wnikać mu pod ubranie.  

Stanowczo i niezbyt delikatnie odepchnął od siebie Harry'ego. To już nie było śmieszne.

Ten z krzywym uśmiechem odsunął się i skinął głową jakby wiedział coś, co umknęło Blake’owi.

– Dobrze, że nie mam zamiaru tego robić – powiedział tylko obojętnie. – Nawet, jeśli starczy ci odwagi, aby zaryzykować i zapozować ze mną do pozostałych zdjęć, nic ci nie grozi. W moich ramionach jesteś bezpieczny.

Blake chciał zareagować, ale był jednocześnie wściekły i zaskoczony, ostatecznie więc, praktycznie warcząc wymierzył w niego oskarżycielski palec.

– Nie pozwolę się zmanipulować w tak dziecinny sposób! Nie sprowokujesz mnie, aby uzyskać to, co chcesz.

– Nie pochlebiaj sobie!

Otwierane z trzaskiem drzwi poderwały ich na miejscu. Blake poczuł jak cała krew odpływa mu z twarzy, a nogi miękną w kolanach na widok, który ukazał się jego oczom.

– Cóż, my tu mamy? Sprzeczka kochanków? – Padło od drzwi, kiedy futrynę wypełniły sylwetki dwóch postaci.

Blake czuł jak jego oczy rozszerzają się z niedowierzania. Suchy śmiech i okrutnie wykrzywione gęby Lou i Bena zmaterializowały się przed nim jak koszmar na jawie. Niedowierzanie zwyczajnie go sparaliżowało. Intruzi stali w drzwiach z łyżkami do opon w dłoniach i szyderczym uśmiechem.

– Benny widzisz to samo, co moje piękne oczy widzą? Kto by się spodziewał? Nasz twardziel ma kochasia na boku, który go ustawia. – Roześmiał się paskudnie, wręcz rechocząc ubawiony, widząc jak sfrustrowany, aczkolwiek milczący Blake przymknął na chwilę oczy, by zwalczyć złość. Rosnąc w swojej arogancji i pysze, Lou wszedł pewnym krokiem do holu. – To miała być przyjemność, dać nauczkę Blake’owi pieprzonemu ideałowi Rattisowi. Teraz to będzie wręcz rozkosz rozwalić dodatkowo łeb jego jebanej dziwce na jego oczach – rzucił niedbale, uderzając metalem o dłoń. – Myślisz Benny, że wywrze to na nim odpowiednie wrażenie i nauczy na przyszłość trzymać nos z daleka od spraw normalnych, poważnych mężczyzn?

Benny truchtający tuż za nim potaknął entuzjastycznie.

– Lou, będziemy mieli ubaw!

Blake poczuł jak krew zamarza mu w żyłach. Absurdalność i niespodziewaność całej tej sytuacji wymiatała jego poczucie rzeczywistości. Miny jego agresorów żywo jednak świadczyły o powadze okoliczności, w których się znaleźli. Instynktownie stanął zasłaniając sobą Harry'ego. Mężczyzna parsknął z irytacją szczypiąc go w tyłek boleśnie i stając przy jego boku ze wściekłym sykiem.

– Nigdy więcej tego nie rób. Sam umiem się o siebie zatroszczyć – rzucił przez zęby, obrzucając jednocześnie ostrożnym, uważnym spojrzeniem intruzów. Sam fakt, że przerwali mu całkiem bliskie spotkanie z Blake’m było wystarczającym powodem, aby oklepać im michy.

– Harry! – zaprotestował mężczyzna wyraźnie spięty. Jego żuchwa pracowała, kiedy zgrzytał cicho zębami z wściekłości. Harry zignorował go jednak, ewidentnie szykując się na kłopoty.

– Och, nie kłóćcie się panienki. – Lou wtrącił, sucho się śmiejąc. – Kiedy z wami skończymy, nie będziecie się musieli martwić o siebie nawzajem…

Tego było po prostu za wiele dla Blake’a. Ten dzień z minuty na minutę zaczynał go wkurzać coraz bardziej, a to kłóciło się z jego spokojną, niekonfliktową, trzymaj-się-ode-mnie-z-daleka naturą. Furia w czystej postaci zaczęła wypełniać jego pierś i głowę. Ignorując protest Harry'ego, ponownie stanął przed nim i z żelaznym opanowaniem, które było absolutnie udawane, zimno zwrócił się do szykujących się do ataku na niego indywiduów.

– To jest bardzo, bardzo nierozsądne posunięcie – wymamrotał potrząsając głową, jakby litował się nad ich nieroztropnością. – Macie mnóstwo problemów, ale widocznie ogarnięcie tego przekracza zdolności waszego pojmowania. – Wsparł dłonie na biodrach, stając w lekkim rozkroku i kierując się bezpośrednio do nich. – Molestowanie nieletniej, groźby, wtargnięcie i próba napadu – rzucił tonem wyjaśnienia na użytek Harry'ego cedząc dobitnie każde słowo przez zęby. Gotowało się w nim coraz bardziej z każdym zdaniem. Ledwie potrafił wydusić z siebie słowa tak wściekły był. – Drogo to was będzie kosztowało. Teraz jeszcze wtargnięcie do cudzego domu, jakby brakowało wam kłopotów. Radzę wam dobrze. Wyjdźcie zanim wezwę policję i powiększę listę waszych przewinień o głupotę, atak i włamanie z bronią w ręku.

Intruzi źle przyjęli jego słowa, bo całe rozbawienie zniknęło z ich twarzy. Najwidoczniej nie spodziewali się oporu.

– To wszystko twoja wina gnoju! – Ben wyglądał przez sekundę jakby chciał się na niego rzucić, ale tylko zacisnął dłoń na swojej bresze, gdy wyraźnie brakło mu odwagi. Praktycznie dreptał w miejscu, ciskając się z furią. – Tylko twoja! Gdyby nie ty, nie mielibyśmy teraz problemów. Pożałujesz tego! Rozumiesz. Już po tobie! – wrzeszczał, zerkając na swojego towarzysza po aprobatę.

Louis jednak zajęty był ciskaniem nienawistnych spojrzeń w Blake'a i Harry'ego. Jego mały móżdżek musiał robić nadgodziny wymyślając jak się do nich dobrać.

– Gdybyś pilnował własnego tyłka, nie znaleźlibyśmy się tutaj teraz – rzucił siląc się na ironię, bacznie jednak lustrując hol i blisko siebie stojących mężczyzn. Samo patrzenie na nich przyprawiało go o mdłości. Chciał dobrać się do nich i ich wykończyć albo już przynajmniej sprawić, żeby już nigdy go nie zapomnieli. Żeby nauczyli się, że z nim się nie zadziera. – Kiedy więc się ockniesz w szpitalu, możesz podziękować sam sobie za to co cię spotkało. – Łyżką wskazał Harry’ego. – On z całą pewnością ci nie podziękuje, jak już z wami się zabawimy.

Harry spojrzał z niedowierzeniem na Blake'a lekko unosząc brwi, jakby chciał zapytać: „Oni tak na serio?”, ten jednak tylko wzruszył ramionami obojętnie, nie próbując nawet rozgryźć logiki ich napastnika.

Ben najwyraźniej podminowany, opluł się z amoku, prychając na brak oczekiwanej reakcji i strachu ze strony swoich ofiar. Ponad wszelką wątpliwość plan nie szedł zgodnie z jego założeniami, choć pewnie nawet wcale nie brał pod uwagę tego, że nie koniecznie może wyjść zwycięsko z całej potyczki. Twarz wykrzywiła mu nienawiść, a pierś zaczęła opadać gwałtownie od przyśpieszonego oddechu. Małe oczka zalśniły mu podejrzanie, kiedy strzelał nimi na prawo i lewo wyraźnie oczekując na jakiś ruch ze strony swojego towarzysza. Napięcie musiało jednak dawać mu się na serio we znaki, bo oblizywał wargi nerwowo, niezdolny zapanować nad sobą. Machnął w kierunku Blake'a i Harry'ego żelastwem.

– Myślałeś, że możesz nam namieszać i ujdzie ci to na sucho? To przez ciebie jesteśmy wyrzuceni z pracy i szuka nas policja! Ufff… – Lou zdzielił go łokciem w bok, starając się go uciszyć.

– Cicho bądź idioto – wymamrotał zgrzytając zębami i rzucając Benowi ostrzegawcze spojrzenie. Jego towarzysz wzruszył nieporadnie ramionami, najwyraźniej właściwie zganiony.

– No co? – odmruknął półgębkiem. Kiedy Lou spojrzał na niego jakby to jemu chciał przyłożyć prętem, spuścił głowę. – Sorry.

 Parsknięcie śmiechu Harry'ego przyprawiło Lou praktycznie o konwulsje, choć już był czerwony na twarzy i miotał się po holu. Wyglądał jakby miał za chwilę eksplodować.

– Zapłacisz nam za wszystko, a twój gach jest dla nas bonusem, na który sobie zasłużyliśmy przez to wszystko, co musieliśmy z twojej winy przejść! – zawołał z groźnym błyskiem maniaka w oku. – Rozwalę ci łeb, a na koniec wsadzę brechę w dupę, aby cię tak znaleźli – powiedział z arogancją i pewnością siebie, powoli i ostrożnie próbując zajść Blake'a z boku, ignorując przy tym Harry'ego, jako niegroźnego przeciwnika. Wolno i niepostrzeżenie zaczął się taniec między całą czwórką, kiedy próbowali oszacować swoje szanse w starciu.

– Oczywiście, że moja wina… – przytaknął Blake sarkastycznie, podświadomie szykując się na atak. Miał już dość tego wszystkiego. Wolałby wreszcie się z nimi rozprawić, zamiast czekać i podświadomie się zastanawiać, czy wyjdzie z tego starcia stojąc czy na noszach. – Fakt, że jesteście idiotami i bandziorami nie ma przecież nic do rzeczy w całej tej groteskowej sytuacji – dorzucił, praktycznie dławiąc się z wściekłości. Serce waliło mu w gardle z nerwów i strachu, choć miał nadzieję, że żaden z mężczyzn nie może tego po nim poznać. Jego głos był zbyt ochrypły, gdy wydobywał się z jego gardła, aby mogli usłyszeć w nim drżenie.

– Świetne posunięcie – wymamrotał pod nosem sarkastycznie do niego Harry. – Co się stało ze złotą zasadą „nie drażnimy wariatów”?

Blake rzucił mu spojrzenie od którego włosy stanęły mu na karku dęba, więc powstrzymał się od kolejnych komentarzy, nie spuszczając z oka podkradających się do nich bandziorów.

Niespostrzeżenie, prostując się na całą wysokość, Blake otarł wilgotne dłonie o swoje robocze spodnie.

– Wyjdźcie póki jeszcze możecie. Nie dolewajcie oliwy do ognia. – Zaproponował dumny ze swojego zimnego, opanowanego tonu. Harry niespokojnie poruszył się tuż za nim, próbując niepozornie podkraść się tak, aby ponownie stanąć przy jego boku. Blake skoncentrował się na zbirach, próbując nie myśleć o tym, co może się stać towarzyszącemu mu mężczyźnie w całym tym galimatiasie. A choć irytujący, nie zasłużył sobie na to, aby zebrać cięgi, bo znalazł się w niewłaściwym miejscu – czyli w jego towarzystwie – w nieodpowiednim czasie.

Na drabach najwyraźniej nie zrobił dobrego wrażenia swoim rozsądkiem, bo obaj jakby się zapalili od środka. Napiął całe ciało w oczekiwaniu na ich wybuch, już go właściwie widział oczami wyobraźni. Każda komórka ciała krzyczała mu i całą siłą woli musiał się powstrzymać przed tym, aby nie wycierać potu, który zrosił mu czoło. Strach mdlił go, choć próbował udawać, że nic nie czuje. Nawet nie miał odwagi spojrzeć na Harry'ego. Wystarczyło, że umierał z trwogi o niego.

– Zapłacisz nam za to skurwielu! – wrzasnął Ben pękając w końcu i nie wytrzymując niezdrowego podniecenia, które elektryzowało całe powietrze.

Blake czekał z żołądkiem w gardle i choć obserwował bez ustanku każdy ich ruch, praktycznie przegapił moment, w którym Lou zamachnął się próbując uderzyć go w głowę łyżką do opon. Zamach był potężny. Napędzany nienawiścią i rządzą zemsty. Przyjaciel Lou ruszył w jego ślady natychmiast, podwajając atak.

Czas stanął dla Blake'a, a przecież nawet nie powinien być zaskoczony.

Ułamek sekundy dzielił go od przeszywającego jego czaszkę bólu, gdy Harry poruszając się jak błyskawica odepchnął go w ostatnim momencie i waląc Lou w zęby, wkroczył w środek akcji. Krzyki i kopniaki poleciały zaraz po kontrataku mniejszego mężczyzny, kiedy jak bojownik rozdzielał ciosy na prawo i lewo, zasłaniając sobą, skamieniałego na mgnienie oka, Blake'a.

Facet definitywnie potrafił o siebie zadbać!

Nie było jednak czasu na myślenie. Blake ruszył jak wystrzelony z procy. Automatycznie i instynktownie. Wpadł między nich bez zastanowienia czy wahania, przerażony nie na żarty.

Grrrrhhh! – Jego ciało z cichym stukotem odbiło się o plecy wymachującego szaleńczo Bena w momencie, w którym spróbował go obezwładnić i pozbawić jego narzędzia. Żelastwo błyskało niebezpiecznie w słońcu i coraz częściej zaczynało trafiać celu. Harry nie był wstanie uniknąć zmasowanego ataku. Wiec ściągał uwagę napastników na siebie. To nie był dobry pomysł. Heroiczny, ale nie dobry i wiedział, że będzie siebie nienawidził za to kolejnego dnia, gdy nie będzie w stanie się ruszać. O ile przetrwa.

Każdy nawet, lekki cios zapierał mu dech w piersiach i tylko adrenalina pompowała mu krew do zdrętwiałych z wstrząsu członków. Ból rezonował przez jego tors i ręce, wyciskał łzy z oczu.

Ooogh cholera! – Prawie klęknął, gdy dobrze wymierzony raz spadł na jego plecy. Lata harówki i nieskończonych kontuzji przydały się jednak na coś. Zapanował nad sobą zanim jego twarz spotkała się z parkietem. Przełknął gulę krzyku przez zaciśnięte gardło i ponownie zmierzył się z zdeterminowanym, lekko szalonym Lou. Czuł jak jego nogi uginają się, choć nawet na sekundę nie przyszło mu na myśl się poddać. Dwóch wielkich robotników budowlanych było gotowych na wszystko, aby rozwalić mu łeb i tylko ta myśl kołatała mu się po głowie. Jego zmysły jednakże wyostrzone były jak brzytwa. Nawet na sekundę nie tracił z oczu Harry'ego, który również odbierał mu oddech, kunsztem, z jakim kopał tyłki ich napastnikom. Był pod wrażeniem. Był pod ogromnym wrażeniem i cieszył się, że nie miał czasu i sił, żeby analizować to nowe, niechciane i niespodziewane uczucie.

– Żyjesz? – Harry zerknął na niego przez ramię na sekundę. Jego ciemne oczy były zmartwione i lekko przerażone, twarz spocona i zarumieniona. Okulary stracił już dawno, a ich szczątki zgrzytały im pod stopami i Blake przez moment zastanowił się, czy jego towarzysz w ogóle widzi bez nich. Przestał jednak kłopotać się tym, gdy Lou znów spróbował rozpłatać mu głowę.

Byli budowlańcy parli jak tarany, zdeterminowani zadać tak dużo bólu i szkód jak tylko im się udało. Ich potężne ciała działały jak buldożery, próbujące zrównać wszystko z ziemią. Spoceni, plując i sapiąc machali wielkimi pięściami, nie bardzo wiedząc czy atakować Blake'a czy broniącego go zaciekle Harry'ego. Brakowało im finezji i prawdziwych umiejętności, ale tym groźniejsi byli. Walili bowiem na oślep, gdzie popadnie, klnąc niczym banda pijanych marynarzy, tocząc pianę z ust jak wściekłe psy. Ich twarze spływały potem, który pryskał na prawo i lewo, przy każdym ruchu.

 – Skręcę wam wasze pieprzone karki, cioty! – Lou zamachnął się z całych sił i chybił potykając się, co sprawiło, że wpadł z impetem na Harry'ego, któremu tym razem nie udało się odeprzeć ataku.

Blake miał wrażenie, że słyszy krew pulsującą mu w uszach, że ciśnienie rozsadzi mu czaszkę. Po uderzeniu w szczękę miał mroczki przed oczami, potrząsnął jednak tylko głową, aby w niej przejaśnić. Cała nienawiść i strach była obecna w każdym ciosie, jaki wysyłał w rozlane twarze, czy miękkie brzuchy swoich przeciwników. Krew z rozbitych nosów i rozwalonych warg przyprawiała go o mdłości.

Harry śmigał mu przed oczyma, osłaniając się zaciekle, choć trudno było się bronić przed błyskawiczne i ze świstem przecinającymi powietrze prętami. Co rusz z krzykiem obrywał, nie poddając się jednak ani na moment. Widok ten wywoływał przedziwne sensacje w duszy Blake’a. Nie chciał jednak nazywać ich po imieniu. Nie chciał podziwiać Harry'ego. Sfrustrowany i zmęczony, uchylił się przed lecącym w jego stronę ciosem i pociągnął za sobą Harry'ego, odskakując w bok.

– Spadaj! Już! Uciekaj! – wysapał. – Zanim ci się coś stanie.

Harry parsknął niekulturalnie, odgarniając z twarzy rozczochrane włosy i rzucając mu kpiące, zdeterminowane spojrzenie. Jego jasny łuk brwiowy wydawał się puchnąć na oczach. Wściekłość podskoczyła u Blake'a z szybkością rakietową. Nikt nie miał prawa wciągać Harry'ego w jego wojny.

– Jebańcy!

Ben skorzystał z okazji i zaatakował uderzając mniejszego mężczyznę w lewy bark. Odgłos był głuchy i obrzydliwy. Wszystko rozegrało się zbyt szybko, aby Blake dał radę zareagować, tym bardziej, że osłupienie spowolniło jego ruchy. Okrzyk bólu Harry'ego wyrwał go jednak z marazmu, równie skutecznie jak porażenie prądem. Mężczyzna zwinięty w pół zatoczył się, jęcząc i klnąc, łzy spłynęły mu po policzkach.

Blake nie czekał. Nie myślał. Wściekłość wybuchła w jego głowie jak bomba. Zapominając o swoich odartych kostkach wymierzył imponujący cios w twarz Bena, praktycznie ścinając go z nóg i rozbryzgując krew na wszystkie strony.

– Skurwysynu! Zabiję cię! Słyszysz? – Wściekł się Lou, przeskakując leżącego przyjaciela. Z morderczą miną naparł na Blake'a. Oczy płonęły mu jak u szaleńca i nie było nawet cienia wątpliwości, że miał zamiar przynajmniej spróbować zrealizować swoją groźbę. Nie zdołał jednak dopaść spiętego, przygotowanego na dalszą bójkę Blake'a, bo Harry jednym potężnym kopniakiem w szczękę położył go na podłogę.

Cisza, która nagle zapadła wokół nich, byłaby ogłuszająca, gdyby nie nagły i intensywny strumień przekleństw sypiących się z ust przytulającego do piersi rękę Harry'ego. Zły, cierpiąc niemiłosiernie ocierał mokre policzki ze złością. Żołądek Blake'a wywinął fikołek, gdy wzdrygnął się zaskoczony. Napięty był jak cięciwa z nerwów i bólu, a dramatyczny rozwój akcji i tempo zmian, jakie następowały po sobie, tylko popychało go na krawędź. Za chwilę poleje się wiele krwi i to nie będzie ani jego krew, ani Harry'ego, to było więcej niż pewne. Harry zatrzymał go jednak lekkim uściskiem dłoni na przedramieniu, kiedy już gotów był ponownie rzucić się na leżących napastników.

– Nie wstawajcie! – wychrypiał Harry ostrzegawczo, dysząc ciężko. Jego spojrzenie było niczym stal. – Albo przysięgam ta ciota skopie wam dupy i bratków nasadzi.

Tym razem serce Blake'a stanęło. Zdumiony spojrzał na leżących na podłodze, na Harry'ego, na jęczących, rozłożonych bandytów, by znów z niedowierzaniem wbić spojrzenie w swojego przyjaciela.

– No co? – Harry uniósł brew buńczucznie, nadal lekko się słaniając na nogach. – Znudziła mi się ta zabawa. Dzwoń po policję zamiast tak stać!

Krztusząc się, Blake stłumił słowa cisnące mu się na usta. Najwyraźniej cierpiący Harry był cierpki i cięty. Zanim jednak zdołał wyłowić telefon komórkowy z kieszeni spodni, dwójka nieproszonych gości pozbierała się w trybie przyspieszonym z podłogi i rzuciła do drzwi nawet nie oglądając się za siebie. Groźby i przekleństwa jeszcze przez moment unosiły się za nimi. Blake nie potrafił uwierzyć w to co się działo. W pierwszym odruchu chciał pognać za nimi, ale Harry złapał go za dłoń i opierając się o niego ciężko jęknął.

– Zostaw ich. Daleko nie uciekną.

Rozdarty między chęcią przyłożenia komuś, a zakończenia całej tej groteski, stał przez moment niezdecydowany, co dalej robić. Po uciekinierach nie został jednak nawet ślad, w szeroko nadal otwartych, drzwiach wejściowych. Rozedrgany wewnętrznie i wykończony fizycznie, wziął głęboki oddech, aby się uspokoić. Jeden jednak nie wystarczył, trzy też nie. Gdyby nie przyciśnięty ciasno do jego boku, lekko sapiący Harry, chybaby w końcu zaczął hiper wentylować. Z westchnieniem spojrzał na niego, niejako zdziwiony, tym, że praktycznie nie zwrócił uwagi na to, że Harry ciasno ściskał jego dłoń i wspierał się o niego. Dopiero teraz Blake dostrzegł jak blada była twarz jego towarzysza. Klnąc pod nosem, objął go w pasie i skierował w stronę schodów, sadzając na nich raczej niedelikatnie.

– Siadaj – zakomenderował sucho, sam zaskoczony szorstkością własnego głosu. Grymas bólu, który próbował ukryć Harry, wcale nie pomagał tumultowi emocji pływających w jego wnętrzu. – Zaraz wezwę pogotowie i policję. Musimy zgłosić napaść i sprawić, aby zamknięto tych kretynów, zanim więcej ludzi ucierpi.

Niższy mężczyzna jakby zawahał się nagle. Cała sytuacja wreszcie dotarła do niego. Kuląc się lekko, potrząsnął głową.

– Nic mi nie jest. Nie potrzebuję lekarza – oświadczył stanowczo, starając się jednocześnie ukryć grymas bólu, gdy jego bark zaczął pulsować rytmicznie w takt bicia jego serca. Będzie potrzebował pół zamrażalki mrożonek na to. – Chyba właściwie powinienem się stąd zabierać. Wezwij mi taksówkę i znikam.

Blake zamrugał ze zdumienia.

– Co!?

– Nie chcę mącić jeszcze bardziej. Wiem, że ty musisz zgłosić to, że na ciebie napadli, ale ja tylko będę przysparzał problemów. – Harry starał się brzmieć bardzo opanowanie i przekonywująco, ale widział, że pogrąża się w oczach Blake'a.

– Właśnie zostaliśmy napadnięci i pobici – odparł ciemnowłosy mężczyzna chłodno, nie potrafiąc zamaskować niedowierzania w własnym głosie. – A ty chcesz tak po prostu wrócić do domu, jakby się nic nie stało?

Harry wzruszył zdrowym ramieniem i miał choć tyle przyzwoitości, aby zaczerwienić się po koniuszki uszu. Przyznanie, że nie chciał mieć nic wspólnego z policją, pewnie pociągnęłoby za sobą całą masę wyjaśnień, których zażądałby od niego Blake, a tego zdecydowanie wolał uniknąć. I tak już miał ciężko znaleźć, choć nić porozumienia między nimi dwoma.

– Przyznam, że nie cieszy mnie myśl o zeznawaniu, ciąganiu po sądach i cały ten bajzel związany z twoimi pseudo przyjaciółmi. Samo to, że molestowali jakąś biedaczkę i napadli na ciebie powinno być wystarczającym powodem, aby ich zamknąć na wieki, wywalić klucz i zapomnieć – zasugerował cicho, z niepewną miną. Łudząc się naprawdę mocno, że Blake połknie przynętę, haczyk i spławik, przy pierwszym podejściu.

Blake uniósł swoje wyraziste brwi do góry i spojrzał na niego z mieszaniną niedowierzania i irytacji.

– A tak na serio? – zapytał tonem niepozostawiającym pola do dyskusji.

Zrezygnowany Harry jęknął w duszy. Tak, właściwie to wcale się nie łudził, że pójdzie mu łatwo. Musiał jednak spróbować. Pociągnął za rękę zaskoczonego Blake’a, który usiadł raczej bez gracji na stopniu tuż przy nim i zaczął kapitulując.

– Wolałbym uniknąć bycia zamieszanym w to wszystko. Mam osobiste powody – przyznał cicho, nie mogąc się zmusić do spojrzenia na Blake'a. Ból, który rwał jego bark, tylko utrudniał mu myślenie. Bliskość mężczyzny, na którym mu zależało bardziej niż powinno, było jak tortura na całkiem innym poziomie. A na dodatek miał wrażenie, że kopie sobie grób z każdym kolejnym słowem. Nie żeby miał jakikolwiek wybór tak naprawdę. – Nie chcę być zamieszany. Nie chcę wnosić oskarżenia o pobicie, jeśli tylko mogę tego uniknąć. Nie chcę, aby mnie wiązano z potencjalnym procesem.

– Dlaczego? – Tylko tyle mógł wydusić z siebie Blake, ostro wpatrując się w lekko zaczerwienione oczy Harry'ego. Ich ciała były przyciśnięte do siebie na wąskich schodach, a ich twarze dzieliły centymetry. Burza emocji wirowała w jego obolałej głowie, a Harry dolewał oliwy do ognia swoim niespodziewanym, pokręconym zachowaniem.

Harry oblizał usta nerwowo, przeczesując drżącą dłonią włosy i jeszcze bardziej zwijając się w sobie.

– Moja rodzina raczej nie byłaby zachwycona, gdybym wywołał… – zawahał się starając się uniknąć słowa, które wydawało się być oczywiste – … zamieszanie. – Z mieszaniną nadziei i rozpaczy spojrzał w oczy Blake'a. W myślach błagał go o zrozumienie. Tak blisko siebie się znajdowali. Tak blisko. – Chciałbym pomóc… chciałbym móc…–  Opuszkami palców musnął wielki siniak formujący się na brodzie Blake’a. Mężczyzna syknął z bólu, ale zamiast się odsunąć tylko zmrużył oczy ostrzegawczo. – Potrzebujesz lekarza. I postarać się, aby ci dranie już nigdy nie mogli ci zagrozić.

– Zostaną ukarani, o to nie musisz się martwić! – wycedził Blake zimno, chwytając dłoń Harry'ego i przytrzymując ją lekko, aby przerwać, stawiającą mu włoski na karku, niewinną pieszczotę.

– Nie sądzę, aby to był najlepszy pomysł, dowody znajdujące się wszędzie wokół was są wystarczające, aby was całkowicie pogrążyć. Proszę nie pogarszać swojej sytuacji. – Zagrzmiał potężny głos od drzwi, przyprawiając siedzących mężczyzn o zawał serca praktycznie – Jest pan aresztowany panie Blake Rattis – dodał wchodzący do środka mundurowy policjant ze swoim partnerem zaraz na jego piętach. – Za napaść z pobiciem. 

***




– To nie było tak! – Blake zacisnął pięści, aby nie zdzielić uśmiechniętej pogardliwie gęby detektywa przesłuchującego go na komisariacie, powtarzając to samo zdanie po raz, wydawało się setny.

 Odprasowany na kant, gładko przylizany i perfekcyjnie wygolony ciemnowłosy policjant wprost czerpał przyjemność z dręczenia go i wcale nie ukrywał tego. Brązowe oczy mężczyzny, lśniące niezdrowym podnieceniem świdrowały go przez ostatnie kilka godzin, które wydawały się trwać całą wieczność. Każda reakcja Blake'a - czy to cisza, czy złość, czy zaskoczenie, wydawała się ekscytować go coraz bardziej, jakby bez względu na to, co Blake powiedział on i tak wiedział lepiej, i nie miał zamiaru dać się zwieść.

– Ach, czyli nadal zaprzecza pan, że wraz z… – Detektyw zerknął w dokumenty leżące przed nim i zmarszczył brwi. – …panem LeBrock zwabiliście podstępem panów Louisa Browna i Bennedicta Holta, do pustego na czas remontu domu i napadliście na nich?

– Po co mielibyśmy to robić? – odpowiedział Blake pytaniem na pytanie, bo nie potrafił sam wymyślić odpowiedzi na taką absurdalną sugestię.

– To proste, aby zemścić się za ich rzekome złe zachowanie w stosunku do jednej z pana pracownic?

Blake po prostu wpatrywał się w detektywa Allana Groovera pustym spojrzeniem czując, że jego rozum odmawia mu współpracy. Cóż miał odpowiedzieć na te nonsensowne oskarżenia?

Odstawiony w kajdankach na komisariat, rozdzielony z Harrym bez wyjaśnień, mega szybko opatrzony przez paramedyków, którzy zjawili się jak z czystego powietrza i przesłuchiwany jak w tanim kryminale, Blake miał wielką czarną dziurę zamiast mózgu. Nie był już nawet w stanie powtarzać faktów i zdarzeń, które miały miejsce. Zbyt był wyczerpany i obolały. Powoli zaczynało mu być zwyczajnie wszystko jedno, co myśleli detektywi.

– Czyżby pytanie było dla ciebie za trudne? – zapytał arogancko policjant najwyraźniej nie mogąc się doczekać odpowiedzi od zmarnowanego, wykończonego psychicznie i fizycznie Blake'a. Trochę niższy i szczuplejszy wydawał się nadrabiać miną fakt, że potężny mężczyzna siedzący z zaplecionymi na piersi ramionami deprymował go swoją niewzruszoną postawą.

Blake nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, jakie fluidy wysyłał. Z całą pewnością jednak kompleksy detektywa były na samym dole listy jego zmartwień.

– Spokojnie Allan! – Wtrącił wchodzący do pokoju przesłuchań drugi z detektywów dręczących Blake’a. Z przyjemnym uśmiechem na przystojnej twarzy postawił kubek kawy przed sztywno siedzącym podejrzanym. Jego jasnoniebieskie, bystre oczy omiotły sylwetkę Blake'a skrupulatnie i wprawnie. Odgarniając blond grzywkę z czoła zwrócił się do swojego partnera. – Napij się kawy stary. Z pewnością przyda ci się przerwa.

Blake miał ochotę przewrócić oczami.

Dobry gliniarz i zły gliniarz. Pewnie teraz miał się otworzyć, ciesząc się, że ktoś stoi po jego stronie i potraktuje go przyjaźnie. Zimno, bez mrugnięcia okiem obserwował jak Groover wychodzi z pokoju mamrocząc pod nosem coś o zniewieściałych, miękkich facecikach, co pewnie przyprawiłoby Harry'ego o apopleksję. Może powinien nasłać blondyna na homofobicznego detektywa?

– Rozumiem, że cała ta sytuacja wydaje się panu w tym momencie… – zaintonował Mason Wright ciepło i swobodnie z wyrozumiałym uśmiechem na wąskich ustach. Wkurzając tym bardziej Blake'a swoją obłudą.

– Absurdem, niedorzecznością, komedią? – Dokończył usłużnie, aczkolwiek raczej sarkastycznie, wypowiedź policjanta.

– Cóż…

– Będę powtarzał do znudzenia, bo inaczej najwyraźniej się nie da – powiedział Blake grobowym tonem, pochylając się w stronę detektywa. Ich spojrzenia starły się w nieruchomym boju. – Zostałem napadnięty wraz z Harrym Swan’em przez Lou i Bena, ex pracowników Saton Construction. Możecie to bardzo łatwo sprawdzić. Nie znam żadnego LeBrocka! Nie było z nami nikogo takiego. Cokolwiek twierdzą ci szaleńcy, to jest po prostu ich sposób na wywinięcie się z kłopotów.

Ta wybuchowa wypowiedź najwyraźniej przyciągnęła uwagę detektywa, bo spojrzał na niego uważniej lekko przechylając na bok głowę.

– Może zacznijmy inaczej – zaczął ponownie Wright, zerkając do pozostawionych przez Groovera dokumentów. – Skąd pan zna Harry'ego …Swana?

Nie mogąc uwierzyć własnym uszom Blake wlepił spojrzenie w siedzącego naprzeciwko niego mężczyznę.

– Jakie to ma znaczenie?

– Próbuję ustalić konotacje, jakie łączą waszą czwórkę. Przecież zależy panu, aby udowodnić, że nie napadł pan Holta i Browna?

– Niczego nie muszę udowadniać – Blake miał dość całej tej rozmowy. – Ja miałem dobry powód, aby znajdować się tam gdzie byłem, oni nie. Harry towarzyszył mi, ale nie ma nic wspólnego z pozostałą dwójką.

– Ofiary twierdzą, że zostali tam zwabieni.

Blake parsknął prawie opluwając detektywa, który nawiasem mówiąc przyjął to bardzo dobrze, ocierając się po prostu elegancką chusteczką.

– To jest niedorzeczne! Jak i po?

– Żeby nauczyć ich, ich miejsca? Trochę potrząsnąć. Pokazać, kto tu rządzi. Zniechęcić do… podrywania młodych kobiet? – zapytał prowokacyjnie detektyw, w dalszym ciągu przyjaźnie się uśmiechając.

Para niemal poszła z uszu wściekłego Blake'a. Ściany małego pokoiku praktycznie zaczęły zamykać się nad jego głową, a jego własna twarz straszyła go z weneckiego lutra. Biorąc głęboki oddech i rozwierając praktycznie na siłę zagryzioną szczękę, Blake wbił spojrzenie w Wrighta.

– Molestowali nieletnią…

–… która nie złożyła jak na razie zawiadomienia o przestępstwie.

– To tylko kwestia czasu.

– Póki co nie ma sprawy.

– To oni chcieli się zemścić!

– Pana słowo przeciwko ich słowu.

To był koszmar na jawie. Jakiś absurd. Blake po prostu nie wierzył własnym uszom. Dzień, w którym jego największym zmartwieniem było znalezienie się zbyt blisko kuszącego go Harry'ego zmienił się w jakiś surrealistyczny żart. Ciężko opadł na oparcie prawie krzycząc z bólu, kiedy jego plecy zaprotestowały. Przełykając łzy cierpienia, jednym ruchem ściągnął z siebie koszulę, zerwał się z miejsca i odwracając się do zaskoczonego detektywa plecami, pokazał mu wielki siniec przecinający całe jego plecy.

– Zostałem zaatakowany i pobity. Raczej nie odwracałbym się plecami do kogoś, kogo rzekomo chciałem obić. Te łyżki do opon należą do nich. Mieli szczery zamiar rozwalić mi głowę. Niewątpliwą niespodzianką z pewnością było dla nich to, że nie byłem sam, nadal jednak ich to nie powstrzymało. Tylko cudem udało nam się wyjść z całej tej bijatyki na własnych nogach. Gdyby nie Harry z całą pewnością spełniliby swoje groźby – rzucił sucho i groźnie, ponownie siadając na krześle. Sam zaskoczony własnym wybuchem.

– Pana słowa właśnie wyjaśniły obecność pana LeBrocka na miejscu zdarzenia! – Wright wydawał się być absolutnie nieprzejęty dramatycznym wystąpieniem Blake'a, tylko radośnie zapisał coś w notatkach. – Potrzebował pan wsparcia, aby poradzić sobie z ofiarami…

Blake prawie nie słyszał dalszej części wypowiedzi detektywa. Nie potrafił po prostu ogarnąć tego, co się na około niego działo. Po prostu nie mógł, inaczej zwariowałby. Miał ochotę walnąć czołem o blat stolika oddzielającego go od detektywa, bo nie sądził, że zdzielenie Wrighta pomogłoby jego sytuacji.

– … Harry LeBrock jest znany z tego, że potrafi o siebie zadbać. W końcu uczył się samoobrony od dziecka. Jego rodzice…

– To by było na tyle detektywie Wright! – Wysoki, starszy pan wpadł do pokoju przesłuchań, z pewnością siebie i autorytetem praktycznie unoszącym się wokół niego w powietrzu jak chmura ekskluzywnych perfum. Elegancki, drogi garnitur i czarna aktówka wręcz krzyczały: Adwokat! Choć siwe włosy i dystyngowany sposób poruszania się, skojarzył się Blake’owi raczej ze starodawnym angielskim lokajem. Lekko zasuszona sylwetka i pomarszczona twarz nijak nie pasowała niemniej do kategorycznego tonu, którego używał mężczyzna, przerywając wypowiedź detektywa stanowczo i bezwzględnie w momencie, w którym zaczynała stawać się interesująca dla Blake’a. Skinieniem głowy przywitał się z nim, ale po za tym zignorował go całkowicie, skupiając uwagę na protestującym detektywie. – Postanowieniem sędziego Cartiera pan Rattis jest wolny, aby odejść. – Rzucił dokumenty pod nos zaskoczonego i bardzo niezadowolonego Masona, i nie czekając na reakcję, chwycił Blake'a za łokieć wyprowadzając go z komisariatu kilka sekund później.

Mężczyzna był w stanie takiego szoku, że mógł jedynie dać się kierować nieznajomemu, nie będąc nawet w stanie wyartykułować jednego pytania z miliona krzyczących w jego głowie. Jak otępiały dał się wyprowadzić z budynku, bo co jak co, komisariatu miał dość na całe życie i zdecydowanie nie miał ochoty zostawać tam dłużej, jeśli nadarzyła mu się możliwość ulotnienia, czy to przez przypadek, pomyłkę czy ślepe szczęście. Martwić się o to wszystko będzie za zamkniętymi drzwiami swojego mieszkania, z dala od przesłuchujących go detektywów, szczęśliwie nawalony jak magazyn Argosa.

Zdenerwowany Harry z dłońmi głęboko wciśniętymi w kieszenie jeansów, stał oparty o bok samochodu Blake'a, który nie wiadomo jakim cudem, znalazł się na parkingu przed komisariatem. Chociaż Blake już niczemu się nie dziwił. Postanowił, że cokolwiek jeszcze miałoby się wydarzyć przyjmie to po męsku, na klatę. Miał niejasne przeczucie, że odpowiedzi na wiele jego pytań trzymał Harry, z tym, że nie był pewien czy chce je znać. Twarz blondyna była wystarczająco kredowobiała, aby prześwitywać przez pasma włosów, które opadały mu na opuchnięte czoło. Wiercąc się niespokojnie, najwyraźniej zbierał odwagę, aby spojrzeć na Blake’a. Przynajmniej z bladym uśmiechem skinął głową starszemu panu, który nadal towarzyszył mu jak milczący cień.

– Dziękuję – szepnął do niego, z wdzięcznością.

– Paniczu Harry – zaczął cicho mężczyzna, ale Harry przerwał mu z cierpiętniczym jękiem.

– Nie teraz Martin, proszę cię – rzucił błagalnie, nerwowo spozierając na Blake'a, którego kamienna mina nie zdradzała nic. – Wszystko wyjaśnię, obiecuję.

– O tak, to by się zgadzało – wtrącił Blake ponuro i groźnie, przyszpilając, zarumienionego nie wiadomo czemu, Harry'ego wzrokiem. Ze skinieniem głowy zwrócił się do starszego pana. – Dziękuję za pomoc, choć nie wiem, dlaczego ją otrzymałem. To będzie leżało w gestii Harry'ego, aby mnie oświecić. Blake Rattis – przedstawił się grzecznie wyciągając dłoń na powitanie – …panie…

– Martin Benton – odparł mężczyzna, kłaniając się raczej sztywno. Na jego poważnej twarzy nie drgnął nawet jeden mięsień. – Do usług. – Ponownie się kłaniając pożegnał się dość chłodno, rzucając spojrzenie Harry’emu, którego Blake nie potrafił rozszyfrować.  – Panowie wybaczą.

Sekundę później nie było po nim śladu, tylko lśniący Bentley wyjeżdżał z parkingu.

Okej, oficjalnie mózg Blake wyciągnął białą flagę i poddał się.

– Jadę do domu napić się czegoś, co mnie sponiewiera, ale pozwoli mi zapomnieć o dzisiejszym dniu – powiedział nie patrząc na niepewnie przestępującego z nogi na nogę Harry'ego. – Przy odrobinie szczęścia nie będę pamiętał jutrzejszego dnia również. Masz pół godziny zanim to nastąpi. Niech to będą, więc dobre wyjaśnienia.

– Popieram plan! – Zagrzmiał kolejny głos tuż za plecami Blake'a, po raz nie wiadomo, który tego dnia, zaskakując go tak, że żołądek podjechał mu do gardła. – Ale może dałoby radę zawiesić go na jeszcze kilka minut? – zapytał Jared Saton, pojawiający się znikąd, czyli pewnie z komisariatu, za ich plecami, z niepewnie drepczącym i równie zakłopotanym jak Harry, Seanem Hudsonem i podejrzliwie lustrującym Blake'a, Noelem Kellettem praktycznie przyklejonymi do jego boków. Cała trójka wyglądała fascynująco. Z drugiej strony jednak w towarzystwie imponującego swoją wielkością i siłą Jareda Satona, każdy wyglądałby korzystniej. Nie szkodziło im wcale to, że Sean i Noel byli bardzo przystojnymi mężczyznami, najwyraźniej dozgonnie oddanymi szefowi, bo trwali przy jego boku jak przymurowani. Każdy z nich miał inne stadium stresu i zmartwienia wymalowane na twarzy.

Podjęcie decyzji nie zajęło Blake’owi dużo czasu. Otworzył drzwi auta spoglądając na nowoprzybyłych.

– Jaasneee… mowy nie ma. – Wskoczył do środka i usiadł opierając z westchnieniem głowę o oparcie. Oczy same mu się przymknęły na moment, bo nie był w stanie całkiem zwalczyć obezwładniającego go zmęczenia. Drzwi pickupa zostawił jednak szeroko otwarte, dając do zrozumienia zebranym, że mają się streszczać, jeśli chcą porozmawiać.

Jared roześmiał się cicho pod nosem. Jego poważna zazwyczaj twarz, rozpogodziła się na moment i można by przez pomyłkę uznać, że nie był taki straszny jak się wydawał. Szare oczy jednak nadal nieruchomo wpatrywały się w obitego, zmęczonego Blake'a, próbując prawdopodobnie wywnioskować, jakiego był nastawienia i jak dalej postępować. W końcu wzdychając cicho, przeczesał swoje czarne włosy dłonią wprowadzając w nich artystyczny nieład. Szerokie ramiona opadły z rezygnacją.

– Przykro mi stary, na serio…

– Przestań. Nie ma o czym mówić, po prostu trzeba zapudłować tych idiotów. – Blake nie miał ochoty słuchać usprawiedliwień, które notabene w ogóle były nie na miejscu, bo żaden z nich nie ponosił odpowiedzialności za działania i postępowanie dorosłych, samodzielnie podejmujących decyzję mężczyzn, bez względu na to jak kiepskie to decyzje były. Jedyni winni właśnie próbowali pogrążyć ich wszystkich wraz ze sobą.

– Mimo wszystko… – Imponujący mężczyzna zmarszczył swoje wyraziste brwi ze zmartwieniem obserwując obie ofiary całej napaści. – Nawet nie jestem pewien, co tak naprawdę się stało. – Kciukiem wskazał za siebie na komisariat. – Panowie detektywi nie byli zbyt pomocni i oprócz tego, że zadali nam mnóstwo pytań nie na temat, to byli raczej lakoniczni w udzielaniu informacji. Ale to nam się zdarza raczej często ostatnimi czasy – stwierdził cicho, nieobecnie spoglądając na swoich przyjaciół.

Sean drżącą dłonią odrzucił swoje długie włosy na plecy jakby zbierając się na odwagę, żeby się odezwać, Noel jednak zganił go szybko wzrokiem, głaszcząc jednocześnie po plecach uspokajająco. Podświadomie Jared przysunął się do nich bliżej, jakby sama jego obecność miała dawać komfort psychiczny całej trójce. Blake nawet nie chciał tego analizować, a podejrzenia, które już wcześniej zakradły się do jego umysłu, pogrzebał pod stertą wszystkich innych, które określał: Wszystko, co się wiąże z Harrym, NIE TYKAĆ!

– Mnie nie pytaj. W jednej chwili… – „Harry mnie doprowadza do szaleństwa sobą, swoimi słowami, bliskością, odwagą” udało mu się zdławić w ostatniej chwili i wychrypiał tylko. – … dwóch drabów próbuje nam rozwalić głowy zardzewiałą łyżką do opon, a w następnej jestem aresztowany za to, że na to nie pozwoliłem. – Wzruszył ramionami, szybko żałując tego gestu, bo ból ściął mu krew w żyłach.

Zaskoczone miny bandy Satona byłyby zabawne gdyby nie to, że Blake raczej był na pograniczu łez niż śmiechu.

– Nas tylko poinformowano o tym, że nasi pracownicy mieli wypadek służbową furgonetką, kiedy to podobno uciekali przed człowiekiem, który ich zwabił, aby ich zabić. Najwyraźniej wyrwali się z twych rąk i w dramatycznej próbie odwrotu, wjechali w latarnię. Patrol ich zauważył zanim udało im się zwiać z miejsca wypadku, bo podejrzewam, że nawialiby gdzie pieprz rośnie. – Przemowa Jareda była poważna i raczej dość sarkastyczna, Blake jednak i tak wybuchnął suchym, jeżącym włosy na ciele śmiechem.

– Chryste. Tego bym nie wymyślił. Może za szybko ich zdymisjonowałem, jako idiotów.

– My wszyscy ich nie doceniliśmy – przytaknął mu ponuro Saton.

– Nie mam pojęcia, co mnie napadło, żeby ich zatrudnić. – Wtrącił po raz pierwszy zgnębiony Sean, wciskając dłonie w tylnie kieszenie swoich skórzanych spodni, jakby chciał zapanować nad ich drżeniem. Blake przez sekundę zastanowił się zaskoczony, czym facet tak się przejmował i gdzie się podziała cała pewność siebie i pogoda ducha tego mężczyzny. Jared i Noel szybko jednak postarali się, aby go pocieszyć.

– Sean, ostatnio jak sprawdzałem, nie byłeś wszystkowiedzącym – wymamrotał gburowato Jared, nie mniej jednak trącając swojego przyjaciela barkiem i unosząc kącik ust w uśmiechu, który dzięki jego zarostowi był raczej przerażający niż pocieszający. Nawet na sekundę nie spuścił go z oka, jakby chcąc się upewnić, że wszystko z nim było w porządku.

– Chciałby – parsknął Noel, bez żenady wtulając się w bok współwłaściciela Saton Construction i szczerząc do niego zęby jak wariat. – Całkiem by mu się w głowie poprzewracało.

– Jasne. – Sean przewrócił oczami, ale kącik jego ust drgnął lekko. – Musicie jednak przyznać, że nic by się nie stało gdyby…

– Nie wybieramy się do Gdybylandi – przerwał mu sucho Blake, ponownie tracąc zainteresowanie rozmową.

– Tak, właśnie skarbie, słuchaj ładnego pana – zawołał Noel całując policzek zarumienionego Seana, przytakując gorliwie Blake’owi. – Nie potrzeba nam więcej kłopotów. Czy raczej nie potrzeba ich Jaredowi. Trudno jednak winić kogokolwiek za to, co się stało. Co istotniejsze jednak, trzeba zrobić coś, żeby nie dać im kolejnej okazji do dobrania się żadnemu z nas do tyłka, zwłaszcza, że to nie będzie w żaden przyjemny sposób! – Rzucił mniejszy mężczyzną stanowczo, badawczo lustrując oniemiałego Harry'ego i zaczerwionego nagle Blake’a.

Jared spojrzał na niego z uwagą, najwyraźniej wcale niezaskoczony zachowaniem przebojowego przyjaciela.

– O tym nie pomyślałem Blondi. Jakoś powinniśmy postarać się, aby już nic nikomu się nie przydarzyło, zwłaszcza Blake’owi i jego przyjacielowi… – Nikt przecież nie kłopotał się oficjalnym przedstawianiem.

Ostatnie godziny były wycieńczające i Harry po prostu nie potrafił ustać dłużej spokojnie. Jego ciało krzyczało z bólu, a świdrujące spojrzenie Jareda i jego przyjaciół, onieśmielało go.

– Bez obawy. Poradzimy sobie. Wątpię, aby coś jeszcze nam groziło – oświadczył stanowczo. Choć może nie powinien podejmować decyzji za swojego przyjaciela? Niczego już nie był pewien.

Blake przyjrzał mu się uważnie, dostrzegając go w końcu skulonego nadal przy boku samochodu. Blada twarz i wielkie cienie pod oczami nie wróżyły dobrze i poczuł lekkie ukłucie wyrzutów sumienia, że tak ozięble i ostro go do tej pory traktował. W końcu jedyną prawdziwie niewinną ofiarą całego tego zamieszania był właśnie on. Pomrukując z niezadowoleniem zwrócił się do niego, cierpiętniczo wzdychając.

– Bierz swój chudy tyłek w troki i wsadzaj go do auta. – Nawet nie spojrzał na skonfundowanego Harry'ego tylko zwrócił się do Jareda.

– Nie jestem wstanie w tej chwili sklecić dwóch myśli do kupy. Jade się znieczulić. W razie czego masz mój numer.

Wielkolud skinął mu głową, bez słowa, zgarnął swoją tulącą się parkę i ruszył do swojego samochodu.

Blake odmówił nawet patrzenia w ich kierunku, bo samo myślenie o nich przyprawiało go o ból głowy.



***



Harry był zdegustowany sobą. Nawet w stanie w jakim się obecnie znajdował i biorąc pod uwagę jak podle się czuł, jego głupie serce biło w jego piersi jak młot z samej ekscytacji, że przekroczył próg domu Blake'a.

To powinno być karalne. To powinno być zabronione. A jednak ekscytował się jak gówniarz, choć facet wyglądał jakby chciał mu skręcić kark. Bez słowa wpuścił go do niewielkiego mieszkanka i ewidentnie miał w nosie, co Harry myślał o ścianach w kolorze magnolii, wypłowiałej kanapie i poobijanym stoliku. Nie żeby Harry miał coś przeciwko skromnym warunkom, w jakich żył jego ukochany. Wszystko było minimalistyczne i czyste, choć dobrze zużyte. Harry’emu wolontaryjnie ścisnęło się serce. Obraz jego własnego mieszkania, który mu przyszedł do głowy wręcz go krępował i w duszy cieszył się, że Blake nie nalegał na odwiezienie go do domu.

Egoistyczne pobudki tylko jeszcze bardziej skwasiły jego podły humor. Po prostu przerażała go myśl o wyjaśnieniach, których by musiał udzielić Blake’owi.

Ponury mężczyzna nawet na niego nie zwrócił uwagi tylko zwyczajnie wszedł do kuchni i otworzył lodówkę pozostawiając go na progu pomieszczenia, które najwyraźniej miało służyć za przedsionek, salon, jadalnie i cholera wie co jeszcze.

Syk piwa z otwieranej butelki wyrwał go w końcu ze stuporu. Chciał uciec i zaszyć się w domu, aby wylizać rany, a jednak dzielnie zrobił krok, aby przekroczyć próg kuchni i prawdopodobnie oberwać jeszcze bardziej. Odnieść rany, na które nie da się nakleić plastra czy przyłożyć lodu.

Zdejmując koszulę i rzucając ją niedbale na stół, Blake spojrzał na niego pociągając długi łyk z butelki. Złocisty płyn zasadniczo zniknął w kilka sekund. Jego silna szyja, wygięta delikatnie, pokryta zarostem, przyciągnęła uwagę Harry'ego praktycznie wbrew jego woli. Wolno poruszające się jabłko Adama Blake'a zahipnotyzowało go. Już czuł drapanie tego zarostu na swoich wargach.

Z głośnym stukotem butelka trafiła na stolik wypełniający i tak niewielką powierzchnię magnoliowej kuchni i oczy Harry'ego wolontaryjnie podążyły za tym oszczędnym gestem, a jednocześnie wprawiającym wszystkie mięśnie Blake'a w ruch. Dzikie pragnienie, aby dopaść do niego i musnąć palcami każdy z nich było wręcz obezwładniające. Szeroką, muskularną pierś, napięte bicepsy, płaski brzuch. Chciał pocałować każdy siniak, ustami potrzeć każde zadrapanie, schłodzić wilgotnymi pocałunkami każde stłuczenie.

W miejsce jednak wbijało go chłodne spojrzenie Blake'a, uważnie przyglądającemu się jego twarzy. Harry mógł przysiąc, że mimo iż nie odrywał wzorku od jego gwałtownie rumieniącej się twarzy, to i tak wiedział, że jego spodnie wypełniają się obscenicznie, dręcząc go ciasnotą, z powodu erekcji, którą wywołał w nim sam widok opalonej skóry Blake'a. Zdenerwowany splótł ramiona na piersi w defensywnej pozie. Nienawidził wstydzić się własnych uczuć. Nie potrafił ich ukrywać. Blake będzie musiał z tym żyć.

Och, on umrze tego wieczoru. To zaczynało być oficjalne.

– Nie będziemy opatrywać sobie nawzajem ran, masować obolałych mięśni. Nie będziemy kreować… – Oświadczył Blake sucho, totalnie zaskakując skołowanego Harry'ego. Stół dzielił ich jak przepaść. – …napięcia między nami. – Machnął pomiędzy nimi dłonią. Zaraz jednak znów chwycił się butelki z piwem jak koła ratunkowego. – Nic się nie zmieniło po za tym, że dostaliśmy bęcki od dwóch typów. Nie zbliżyliśmy się do siebie z powodu traumatycznych przeżyć! – wyrzucił z siebie w końcu grobowym tonem, nerwowo przesuwając wielką dłonią po swoich króciutkich włosach.

Harry i tego gestu nie przegapił. Właściwie udawał, że nie słyszał co do niego mówi większy mężczyzna. Milcząc patrzył jak kolejna butelka znika w gardle jego przyjaciela. Blake naprawdę chciał się znieczulić. Zresztą co miał powiedzieć? Nie chciał przypominać Blake’owi, że żądał od niego wyjaśnień.

Opierając się biodrem o mebel Blake znów zwrócił się do niego, nie mogąc doczekać się jakiejkolwiek reakcji.

– Nie proponuję ci piwa, bo mam za mało, abyśmy mogli się oboje upić. Nie chcę żebyś został, żebyś miał pretekst… – wymamrotał, starając się bardzo, aby nie brzmiało to jak usprawiedliwienie. – Właściwie nawet już nie chcę wiedzieć, co się stało na komisariacie. Nic nie chcę wiedzieć.

Kolana ugięły się pod Harrym, bo akurat tego w ogóle nie spodziewał się. Z tym, że wcale nie odczuł ulgi, której oczekiwał, a raczej rozpacz.

– A wiesz czego ja chcę? – zapytał cicho, ze spokojem, który nie wiadomo skąd się brał. Nie dał szansy Blake’owi, aby zaprotestował, tylko stanął przed nim, walcząc z potrzebą, aby wchłonąć, choć odrobinę ciepła, które z niego promieniowało. – Chciałbym, abyś zamknął się w końcu. Abyś wziął mnie za dłoń i zaprowadził do swojego pokoju. Żebyśmy zdjęli buty i skarpetki, i wpełzli na twoje niechybnie ogromne łóżko. Abyś opatulił nas kołdrą ciasno i szczelnie, tak żeby całe zimno i ból z naszych ciał wreszcie je opuściło. Żebyś leżąc za mną, wtulił mnie w swoją pierś i żebyśmy zasnęli trzymając się za ręce... – Harry ujął szorstki policzek znieruchomiałego Blake’a w dłoń i musnął kciukiem najpiękniejsze wargi, jakie w życiu widział. – Żebyśmy rano, kiedy się obudzimy, nie musieli być samotni w naszych pustych, zimnych łóżkach. Najwyraźniej chcieć a mieć, to dwie całkiem różne rzeczy.

Wyszedł zanim padło jakiekolwiek słowo więcej, ale dziwiło go niepomiernie, że był w stanie. Jego nogi wcale jakby nie były jego. Sztywne, drętwe szczudła, które go zabierały od człowieka, który zawładnął jego umysłem. Nie czuł bólu, ani chłodu wieczoru. W sumie nic już nie czuł.

Blake jeszcze długo patrzył na drzwi swojej sypialni, jakby pierwszy raz w życiu je widział. Nie myślał. Właściwie nie był w stanie wykreować, choćby jednej myśli. Jego mózg odrętwiał. Pozostawił go pustego niczym skorupa człowieka ubranego w skórę.

Tylko, czemu trapiło go przerażające przeczucie, że będzie mu śmiertelnie zimno rano, kiedy będzie wstawał?

W końcu zawsze było…



Rozdział szósty


Opuchlizna zaczynała przybierać piękny śliwkowo-bordowy kolor i Harry musiał powstrzymać się, aby odruchowo nie unieś brwi z zaskoczenia na własny widok w łazienkowym lustrze. Podejrzewał, że ten ruch nie pomógłby na złagodzenie rytmicznie pulsującego bólu, towarzyszącego mu przez całą noc i nadal prześladującego go po wstaniu. Jego lewy łuk brwiowy wyglądał imponująco. Podwoił swoja objętość i nadawał mu wyglądu zabijaki. Albo przynajmniej jakby właśnie został, niechętnym uczestnikiem bijatyki w barze i przetrwał. Nie wiedział czy powinien być z siebie dumny, czy zszokowany sobą, kiedy tak przyglądał się sobie. Na torsie miał bruzdy i zadrapania. Najgorzej jednak wyglądała jego lewa ręka tuż poniżej ramienia. Przez cały mięsień, aż po łokieć ciągła się wściekle czerwona bruzda. W pierwszej chwili, kiedy oberwał łyżką wydawało mu się, że cały jego bark został zmiażdżony. Dopiero paramedyk, który go opatrzył na komisariacie, a o wezwanie, którego postarał się Benton, do którego Harry zadzwonił zaraz jak tylko został zawieziony na komisariat, stwierdził, że to tylko silne stłuczenie. Bolało jednak jak sam skurczybyk. Miał niejasne wrażenie, że ten stan się utrzyma jeszcze kilka dni. Zrezygnowany związał włosy na karku i poddając się ruszył do kuchni, aby zażyć garść proszków przeciwbólowych. Jego ciało protestowało przy każdym kroku.
Może powinien wrócić do ćwiczeń?
Mógł udawać bohatera, mógł stawić czoła każdemu, komu wydawało się, że może nim pomiatać, z samego tylko tego powodu, że był gejem, ale jeśli chodziło o ból, to był do niczego. Wymiękał.
Dystyngowane pukanie do drzwi sprawiło, że skrzywił się mimo wszystko i ból posłał szpilę wprost w jego mózg, tak że oczy zaszły mu łzami. Nie musiał nawet się wysilać, żeby zgadnąć, kto stał za drzwiami. Ten, dyskretny aczkolwiek władczy sposób obwieszczania swojego przybycia miał tylko jeden człowiek. Nie mógł powiedzieć, że był choć w najmniejszym stopniu zaskoczony. Martin Benton był jak pitbull. Nigdy nie odpuszczał. I w przeciwieństwie do Blake'a miał zamiar wydusić z niego każdą najmniejszą informację, jeśli uznał, że była istotna dla - jak to określał - „pilnowania interesów Harry'ego”.
Nie musiał otwierać drzwi, bo Martin sam zawsze wchodził, więc nalał sobie kawy do kubka i czekał jak na ścięcie. Starszy mężczyzna pijał tylko zieloną herbatę, więc musiał się obyć smakiem. Harry nie posiadał jej ze względu na to, że nie znosił świństwa.
Zbierając się w sobie i usztywniając kręgosłup spokojnie wytrzymał skrupulatne spojrzenie swojego gościa.
Martin Benton nigdy się nie zmieniał. Zawsze wyglądał tak samo. Drogi konserwatywnie wyglądający garnitur, teczka i bezemocjonalna maska na twarzy. Odkąd tylko Harry go pamiętał nie postarzał się ani jeden dzień, a to było już dobre dwadzieścia lat.
Usiadł na hokerze przy wysokim blacie, gestem zapraszając adwokata, aby mu towarzyszył. Nie musiał nic mówić. Martin zacznie konwersacje, kiedy będzie gotów.
Przynajmniej aromatyczny płyn spływający mu do żołądka koił w pewien sposób jego napięte jak postronki nerwy. Pigułki też zaczynały działać i z wdzięczności miał ochotę jęknąć z ulgą.
– Jak rozumiem bierze pan pod uwagę fakt, że cała ta sprawa może szybko wypłynąć? – Prawnik usiadł i odkładając teczkę na blat, zwrócił się do niego wnerwiająco grzecznym tonem, jednocześnie besztając Harry'ego.
– Nic nie mogę na to poradzić. – Harry nie chciał się usprawiedliwiać, a jednak tak to zabrzmiało. Skrzywił się wewnętrznie łajając się za to, że nadal zachowuje się jakby miał siedemnaście lat, a nie dwadzieścia siedem. Jakby nadal był temperamentnym, nierozsądnym nastolatkiem.
– To jest dla mnie zrozumiałe – przytaknął spokojnie adwokat. – Nie mniej mam wrażenie, że to wszystko nie był całkowity przypadek…
Tego akuratnie Harry bał się najbardziej. Nie chciał musieć zdradzić swojego związku z Ev, Blake’iem i okładkami, Martinowi, mimo że mógł mu całkowicie ufać. Chciałby tę część swojego życia zachować tylko dla siebie. Obawiał się, że kiedy wtajemniczy go w to kompletnie, nie tylko spotka się z dezaprobatą, ale i straci swoją jedyną drogę ucieczki. Jedyną sposobność na to, aby być sobą. Być wolnym. Martin nie byłby w stanie tego wszystkiego pojąć, a Harry nie potrafiłby tego wytłumaczyć.
– Mój… przyjaciel został zaatakowany i jest niewinny. Jeśli będę musiał, będę zeznawał na jego korzyść. Wiem, że to może… – Zrujnować mój azyl, dać broń do ręki mojej rodzinie, zniszczyć moją jakąkolwiek szansę na bycie częścią życia Evette i Blake'a. Nawet nie był już dłużej pewien, która z tych opcji zasmucała go bardziej. – …przysporzyć mi problemów.
– Myślę, że to coś znacznie więcej. Oficjalne stanowisko w tej sprawie będzie… sabotażem naszych wieloletnich wysiłków, aby…
– Wiem! – Harry zerwał się z miejsca, niespokojnie ciskając się po kuchni. Sama myśl o tym burzyła mu krew w żyłach i skuwała żołądek lodem. – Wiem – dodał już spokojniej, choć dławiło go w gardle od tego stwierdzenia, a oczy podejrzanie piekły.
Czy to wszystko było tego warte?
Adwokat uniósł siwą brew wyczekująco, spoglądając na niego bezemocjonalnie. Jego mina nigdy nie zdradzała nic. Mógłby uchodzić za słodkiego, starszego pana, ale nieruchomość jego twarzy powstrzymywała ludzi, przed wyciąganiem pochopnych wniosków. Harry nigdy nie mógł zgadnąć, co mężczyzna myślał czy czuł. Wydawało się, że nic go nie poruszało, nic go nie szokowało i nic go nie złościło. To było niepokojące. Przyzwyczaił się do tego, ale w tym momencie przeklinał tę cechę swojego prawnika. Wolałby, choćby się domyślać.
– Tym razem warto – wymamrotał Harry twardo patrząc w oczy Bentona i jednocześnie myśląc o tym co sam powiedział Blake’owi. Nie chciał umierać na raty – chciał żyć. A żeby coś przeżyć trzeba czasem podjąć ryzyko. Wartościowe rzeczy zawsze mają swoją cenę. Nic nie ma w życiu za darmo.
Mężczyzna przyglądał mu się jeszcze przez kilka minut obojętnie, po czym musiał dojść do porozumienia z własnym wewnętrznym radcą, bo skinął mu głową i ruszył do wyjścia, zabierając po drodze teczkę.
– Nie będę wnikał w detale tak długo jak długo nie będą stwarzać realnego zagrożenia. Wierzę w twoją zdolność oceny sytuacji. Spróbuję wyciszyć całą sprawę, albo przynajmniej zapobiec jej wycieknięciu. Czy…?
– Tak. Traktuj Blake'a Rattisa jakby był twoim najlepszym, najważniejszym klientem. Jego problemy są twoimi problemami. – Bez wahania przytaknął Harry instynktownie wiedząc, o co pytał go starszy mężczyzna. Brak reakcji, świadczył tylko o tym, że jakąkolwiek odpowiedź by dał, nic by tamtego nie zaskoczyło. Wstrzymując oddech Harry dodał twardo, bojąc się konsekwencji decyzji, którą właśnie podjął. Nie było jednak innej opcji, tak jak sprawy aktualnie stały. – Jakby ktoś pytał jesteś jego obrońcą z urzędu.
Martin Benton parsknął pod nosem, unosząc kilka milimetrów kącik ust w półuśmiechu, szokując Harry'ego swoim rozbawieniem. Najwyraźniej ten człowiek miał jeszcze wiele w zanadrzu i nie śpieszył się z ujawnianiem tego.
Deprymowało to Harry'ego bardziej niż cokolwiek innego, pokrył więc zażenowanie skłaniając mu głową na pożegnanie.
– Martin… dziękuję ci za wszystko. Naprawdę doceniam to, co dla mnie robisz. Zawsze robiłeś. Jestem ci wdzięczny… – że pozwalasz mi być sobą.
– Nie dziękuj. – Benton położył dłoń na klamce, spoglądając na swojego gospodarza przez ramię. – Płacisz mi za to.
Można by te słowa odebrać na wiele sposobów, ale Harry dostrzegł błysk rozbawienia w oczach Martina Bentona, a to wiele znaczyło. Z całą pewnością oznaczało, że mimo wszystko łączyła ich dziwna, niecodzienna forma przyjaźni.

                                                                 *** 

Otwarcie oczu nie powinno być męką, a jednak Blake nie potrafił się zmusić do tego, aby uchylić powieki. Miał wrażenie, że pod spodem znajduje się tona piachu, trąc i kalecząc jego gałki oczne. Już nie pamiętał, kiedy ostatnim razem nie potrafił wstać z łóżka, tak bardzo bolało go całe ciało. Kiedy czuł się jak marmurowy posąg ważący tonę, przyciskany do materaca, zimny i sztywny. Bez życia.
Tym razem to jednak było coś znacznie więcej niż wyczerpanie i cierpienie spowodowane zbyt ciężką pracą. To jego psychika ciążyła mu jak ołów.
Leżał więc w swoim pustym, zimnym łóżku, walcząc o to, aby móc spojrzeć na swój odrapany, pełen zacieków i odpadającej farby sufit. Zajmował się sprzątaniem zawodowo, pomagał przy setkach remontów, kiedy musiał dorobić, a jednak jego własne mieszkanie wyglądało jak nora.
Dlaczego?
Dlaczego mu nie zależało? Czemu nie chciał mieszkać lepiej? Żyć lepiej? Bóg mu był świadkiem, że nie był aż tak biedny. Był tylko przewrażliwiony na tym punkcie. Ciułał każdy grosz, aby już nigdy nie być uzależnionym od kogokolwiek. Uważał z absolutnym przekonaniem, że to była najszybsza i najprostsza forma niewolnictwa.
Chcesz, aby ktoś cię posiadał? – Bądź od niego zależny finansowo.
Wolał pilnować się i być autonomiczny. To miało jednak swoja cenę. I swoje zalety.
Wysiłek fizyczny i ciężka praca nie pozwala na samotność, nie zostawia siły na tęsknotę. Nie przysparza też znajomości, przyjaciół, czasu na rozrywkę. Zresztą tylko Evette tolerowała go, jego dziwactwa i fakt, że był odludkiem nielubiącym ludzi. Harry powinien się z tym pogodzić.
Harry…
Ofiara własnej naiwności. Pogody ducha i łatwowierności. Blake nie chciał o nim myśleć. Usiłował nawet skierować swoje wędrujące, rozpasane myśli w innym kierunku, ale zdawało się, że jego umysł absolutnie nie zgadzał się z jego odczuciami i życzeniami. Mógł równie dobrze po prostu poddać się już na wstępie. Zawsze i nieodmiennie, prędzej raczej niż później, partner jego szalonej chwili słabości, wracał jak bumerang.
Ułożył się więc wygodniej, wkładając ręce pod głowę i spróbował przeanalizować wszystko, co mu się przytrafiło ostatnimi czasy.
Harry mu się przytrafił.
Facet wziął się znikąd. Jednego dnia wszystko było perfekcyjnie nudne i normalne, a następnego ON wparował do studia Ev, owinął ją sobie wokół palca i zażądał od niego przyjaźni. Przyjaźni! Z niewinnym spojrzeniem i tym zranionym, nieszczęśliwym wyrazem twarzy, jakby miał absolutne prawo domagać się tego. Jakby to Blake był nierozsądny i zachowywał się jak uparte dziecko.
 Ugh!
Nie potrafił go rozgryźć. Na pewno nie był interesowny. Zresztą jak miałby użyć Blake'a? Do czego? Potraktować, jako łatwy podbój, aby zabawić się z nim, nim i jego kosztem?
Praktycznie parsknął śmiechem, na samą tą myśl. Nie powinien sobie pochlebiać. Harry po prostu najzwyczajniej w świecie nie był przyzwyczajony do odmowy i to go pociągało w Blake’u najbardziej. Wielu mężczyzn przecież właśnie tak reaguje na wyzwanie. Na opór i myśl, że czegoś nie mogą dostać. Blake to tylko kupka mięśni i ciała, które najwyraźniej zwróciło uwagę Harry'ego.
Tak przystojny mężczyzna jak on, mógł z pewnością przebierać w kandydatach.
Natychmiast i bezwolnie, pogodna twarz Harry'ego stanęła mu przed oczami. Małe zmarszczki w kącikach oczu, kiedy się śmiał z Ev. Rozwiane długie włosy, opadające mu na ramiona, pełne blasku odbijanego słońca i targane przez wiatr, kiedy słuchał wyjaśnień Blake’a na temat jego pracy. Pełne, różowe usta rozciągające się w leniwym uśmiechu, pomimo że Blake warczał na niego w tym momencie. Właściwie dużo na niego warczał. I ignorował go albo raczej próbował. No i złościł się na niego. Praktycznie cały czas. Z powodem i bez powodu…
Zbuntowana pamięć Blake'a nie tylko te wspomnienia wyciągnęła z zakamarków jego umysłu. W ułamku sekundy i bezsilnie, znalazł się ponownie pochylony nad szczupłym, rozciągniętym ciałem Harry'ego. Znów czuł jego ciepło i zapach. Penetrowały jego umysł. Czuł jego ciężar napinający mu mięśnie i widział zaufanie w oczach drugiego modela. Byli tak blisko siebie. Czas zatarł wspomnienie odległości, bo nagle wydawała się niewystarczająca. Zatarł reminiscencję tego, co Blake wtedy musiał czuć. Po prostu musiał zapomnieć – nie było innej opcji – że nie ekscytowała go ich bliskość, bo w chwili obecnej czuł całkiem coś innego. Dziwna fala słabości przepłynęła mu przez ciało w momencie, gdy wyobraźnia podsunęła mu kolejny obraz. Oczyma duszy widział jak mężczyzna prowokacyjnie zlizuje kropelkę potu Blake'a. Dlaczego to był tak… erotyczny gest? Przecież nie wyobrażał sobie tego jak Harry liże jego ciało. Bo, że Harry mógłby to zrobić, bez mrugnięcia okiem czy zastanowienia skoro dla niego było to coś normalnego, było więcej niż pewne.
…i było bardzo niepokojące.
Już teraz nie pamiętał jak długo trwali w takiej pozie. Nieświadomie jednak wskrzesił uczucie tego jak ich oddechy przyśpieszały, zmieszały się, mięśnie drżały z wysiłku, a serca niespokojnie waliły. Wolno i prawie boleśnie. Światło lamp paliło go w plecy, a mimo to nie zwracał na to uwagi. Gdzieś w tle, stłumiony, cichy głos Evette towarzyszył im, ale i tak nie potrafiłby rozróżnić słów. W tamtym momencie i w tamtej chwili, był tylko on i Harry. Wojownik i zbuntowany Mag. Czemu wtedy tego nie zauważył? Echo uczuć, które im towarzyszyły mieszało się z tym, co teraz działo się w jego ciele i duszy. Spróbował przypomnieć sobie, dlaczego był wówczas taki wściekły? Czemu irytacja przypalała zakończenia nerwowe w jego głowie, tak, że ledwie mógł myśleć? Nie potrafił.
A przecież to miało znaczenie. Musiało. Jakoś musiał trzymać się swojego niezadowolenia i niechęci. Musiał nosić w pamięci to, że nie chce pozować. Preferował nie akceptować faktu, że nie ma prawdziwego, istotnego powodu, dla którego praca z Harrym była niemożliwa.
Skonfundowany bardziej niż kiedykolwiek w życiu, Blake usiadł na łóżku i skrył twarz w swoich szorstkich, spracowanych dłoniach. Kłamał Harry’emu.
Walka, w którą zostali wciągnięci zmieniła wszystko. Zbliżyła ich do siebie na poziome, którego nawet nie był wstanie ogarnąć umysłem.  Nagle czuł się odpowiedzialny za drugiego modela. Za jego samopoczucie i bezpieczeństwo. Za cierpienie i ból, który przeżył całkiem niezasłużenie. Nawet za to, że w jakiś sposób jego własna niechęć do dzielenia się sobą, raniła tamtego.
To był absurd.
Dlatego właśnie trzymał się od ludzi z daleka. Nie był rodzinnym, ciepłym typem. Sympatycznym i dobrym człowiekiem. Był egoistą. Nie krzywdził nikogo, ale też nie udzielał się społecznie w ramach dobra nadrzędnego.
Jego związki nigdy nie trwały długo. Kobiety, z którymi się spotykał wydawały się bardzo pochłonięte sobą. Zawsze szukały czegoś więcej i szybko znajdował się ktoś przystojniejszy, bogatszy, bardziej towarzyski.
Choć może to on był zaabsorbowany sobą? Chyba to była jego wina, że nie potrafił związać się z nikim, że nie potrafił darować swojej rodzinie, że nie był dla nich ważniejszy? Może jedyne, co wyniósł z domu to nie przejmowanie się uczuciami innych?
Czy nie to zarzucił mu Harry?
Że powinien zdawać sobie sprawę z tego, jaki impet ma na życie ludzi, z którymi się stykał? Samo myślenie o tym uszkadzało mu synapsy mózgowe.
Dźwięk telefonu był jak wybawienie. Zwolnił go z dalszego roztrząsania, co zrobić z Harrym. Przecież nie było możliwości, żeby się go pozbyć z jego życia? Harry z jakiegoś powodu chciał się z nim przyjaźnić i raczej mało go interesowała opinia Blake'a na ten temat. Co miał więc zrobić?
– Blake Rattis, słucham.
– Policja w moim domu!? – Susanne Cartright wrzasnęła mu prosto w ucho, ogłuszając go na moment. – To niedopuszczalne!
– Bardzo mi przykro pani Carthright – zaczął Blake tonem przeznaczonym dla wkurzających klientów, których miał ochotę udusić, ale nie stać go było, żeby ich obrazić. Nie miał za co przepraszać, a mimo to cedził słowa przez zęby bez mrugnięcia okiem. – Przepraszam, że państwa dom stał się miejscem przestępstwa…
– Nie obchodzą mnie tłumaczenia – syknęła przez zęby wściekła kobieta. – Moich sąsiadów też nie. Ich interesują tylko skandale i plotki, im gorsze tym lepsze. Ja sobie na to nie mogę pozwolić! – Wybuchła, zwalając bez skrupułów całą odpowiedzialność na Rattisa. – Jest pan zwolniony!
– Obawiam się, że nie może mnie pani zwolnić – odparł najspokojniej jak się dało w sytuacji, kiedy jego krew wrzała. – Jestem podwykonawcą Mal-Build. To oni mnie zatrudniają.
– Och, wierz mi. Już cię nie zatrudniają. Zwłaszcza, że się prowadzasz z tym, tym… homoseksualistą! – wyrzuciła z siebie z obrzydzeniem w głosie i pogardą, tak wielką, że wstrząsnęło to Blake’iem wewnętrznie. Cisnęła słuchawką z impetem wprawiając go w stan takiego zdumienia, że stał jeszcze kilka minut jak idiota z rozdziawiona gębą.
Czy jednak miał prawo się dziwić? To było do przewidzenia. Bogacze, których domami się zajmował, często byli w gorącej wodzie kąpani. Nie wiele było potrzeba, aby odstawili takie tantrum, że pięciolatek przy nich wydawał się być rozsądnym i spolegliwym dorosłym.
Po drugie jego życie w chwili obecnej znajdowało się na równi pochyłej i już go nic nie szokowało.
Tylko jedno mu nie dawało spokoju. Czego ta kobieta chciała od Harry'ego? Tego nie potrafił rozgryźć. Drażniło go to jednak wystarczająco, aby prawie całkiem wyprzeć z jego myśli złość i rozczarowanie kotłujące się w nim z powodu możliwej utraty pracy.
Co jeszcze go miało spotkać?
I dlaczego nie mógł winić Harry'ego?
Drgnął, kiedy jego telefon po raz drugi zadzwonił w jego dłoni. Prawie ze strachem spojrzał na wyświetlacz.
– Blake?
– Tak? – Nie powinien był odbierać, czuł to całym ciałem, ale musiał.
– Okładka wyszła – głos Evette zadrżał, a same słowa zabrzmiały jakby wyduszone z jej gardła na siłę.
Serce Blake’a zamarło.
– Jak to wyszła? – zapytał schrypniętym głosem, starając się odkleić język od podniebienia w zaschniętych nagle ustach.
– Po prostu zdjęcia się udały – wyszeptała. – Nie wiem, jakim cudem. Emocje, które z was buchają wręcz nadały życie drugiej okładce. Tą iskrę, bez której nie oddawałaby esencji opowiadania.
– To nie możliwe, przecież mówiłaś…
– Wiem, co mówiłam! Myliłam się jednak! Tam jest wszystko. Uczucia biją w oczy. Wciągają w historię, porywają. Patrząc odczuwa się… – wyrzucała z siebie z przejęciem w pośpiechu jakby bała się, że jej przerwie. – Czuje się… Żar, wściekłość, pasję… – zawahała się, ale tylko na sekundę dodając natychmiast twardo i z determinacją – …pożądanie…
Blake rozłączył się zanim wyrwało mu się coś, czego oboje mogliby nie zapomnieć do końca życia. Tylko jedna myśl szalała w jego głowie.
Harry.
Harry go pożądał. Przecież słowa Ev nie mogły znaczyć nic innego.
Tylko w takim razie co czuł on?


                                                                            ***




– Boże, mam to! Mam to! – wrzasnęła Evette na ile jej płuca pozwoliły, po krytycznym, skrupulatnym zlustrowaniu jego lekko nadszarpniętego w dalszym ciągu po walce ciału. Jakieś pięć minut wcześniej wszedł do studia swojej szalonej przyjaciółki, która teraz tańczyła po pomieszczeniu skacząc i wołając, jak wariatka. Mógł więc tylko stać z wysoko uniesionymi brwiami, rezygnacją wypisaną na twarzy i dłońmi wspartymi na szczupłych biodrach. – Mam, mam, mam, mam… Będzie idealnie. Wyglądacie idealnie. Normalnie orgazm!

On jednak nie słyszał, co tam mruczała pod nosem. Mózg zapętlił mu się powtarzając obraz Harry'ego, w momencie, w którym dostrzegł go ponad jej ramieniem, uśmiechającego się słodko, aż te jego cholerne dołeczki oślepiały, do szczupłego blondyna stojącego u jego boku. Oczy błyszczały mu, a małe zmarszczki utworzyły się w kącikach, kiedy tak spoglądał z rozbawieniem w dół na swojego trochę niższego towarzysza. Był beztroski, rozluźniony i wesoły, jakby się dobrze bawił. Nie to co w towarzystwie Blake'a. Nawet fakt, że miał nadal lekko pokiereszowaną twarz nie ujmował jego atrakcyjnemu wyglądowi. Nic nie mogło zmącić blasku z niego bijącego. Co podnosiło ciśnienie Blake’a jeszcze bardziej było to, że wydawał się być bardzo skupiony na rozmowie. Nawet nie dostrzegł jego przyjścia. Stał sobie tam gruchając z jakimś małolatem na potęgę. Dłoń niedbale wsparł na szczupłym biodrze pokrytym jeansami tak ciasnymi, że chyba musiał być wlany w nie, żeby je założyć, drugą ręką gestykulował zaś z przejęciem tłumacząc coś nieznajomemu. Blake widział jak smarkacz wpatrywał się w Harry'ego jakby był najlepszą rzeczą od czasu wymyślenia krojonego chleba, zamiast w ekran laptopa Evette. Jak odchylał głowę śmiejąc się ze słów swojego kompana, jak rumienił się, gdy Harry mrugnął do niego znad oprawek swoich okularów. Czyżby ocierali się o ciebie ramionami? Okulary obcego wcale nie kryły, z jakim przejęciem i uwielbieniem wpatrywał się w stojącego obok mężczyznę. Stojącego zbyt blisko, zdaniem Blake'a. O czym w ogóle szepczą, skoro to Harry teraz się zaczął rumienić? I te uśmieszki? Zęby na wierzchu i potrącanie się nawzajem łokciami?

Co tu do cholery się działo?

Harry chyba nie flirtował z gówniarzem? Przecież był z dziesięć lat starszy od niego! Po jaką cholerę się poklepywali po plecach jak starzy przyjaciele?
– Blake czy ty mnie w ogóle słuchasz? – zapytała go Ev pstrykając z frustracją palcami tuż przed jego nosem. Nie tylko była zirytowana, ale wyraźnie traciła cierpliwość. Nikt nie stawał między nią, a jej weną. Jej oczy penetrowały jego przegrzewającą się czaszkę.
– Nie – warknął zły jak niedźwiedź. Jego głos nabrał jakiejś głębszej chropowatej nuty, ale nie przejmował się tym w danym momencie. Zajęty był staraniem się, żeby zapanować nad emocjami wirującymi w jego duszy.
Jego przenikliwa, sprytna przyjaciółka uniosła brew wymownie i z domyślnym uśmiechem podążyła za jego wzrokiem.
– Chyba powinieneś poznać mojego nowego praktykanta – rzuciła niedbale, uważnie obserwując reakcję swojego przyjaciela. Blake nie dał się nabrać na ten akt i wielkie oczyska. Diabelskie błyski ją po prostu zdradziły za każdym razem gdy jej móżdżek łapał bezpośrednie połączenie z piekłem. Szatańskie pomysły szalały jej w głowie.
Tym razem nie odniosło to zamierzonego skutku, bo Blake ochłodził jej entuzjazm jednym spojrzeniem. Irytacja paliła go w żołądku, kiedy przyszpilił ją do podłogi wzrokiem.
– Co! Tu! Się! Do cholery dzieje?! – zapytał dosadnie, punktując każde słowo osobno. – Człowiek mrugnie i już wszystko znowu jest do góry nogami. Nie można spuścić cię z oka, bo nie mija pięć sekund, a ty zdołasz coś namieszać!
– Ja? – Zrobiła ogromne, niewinne oczy, które aż mieniły się na jej szczupłej twarzy. – Nie wiem, o co ci chodzi! – Wzruszyła ramionami nieprzejęta.
– Ev! – rzucił ostrzegawczo nieskory do żartów.
Kobieta zignorowała go jednakże bez skrupułów i bezpardonowo ciągnąc za nadgarstek zaprowadziła do, w dalszym ciągu dyskutującego, Harry'ego i jego nowego kolegi. Mogłoby się wydawać, że nawet wcześniej nie dostrzegli jego wejścia do studia, choć Ev krzyczała, a Vicky przyszła się przywitać z entuzjazmem dużo większym niż Blake się po niej spodziewał. W końcu nie było go chyba z tydzień.
– Panowie! – zawołała entuzjastycznie fotografka jak dumna łowczyni, ciągnąc za sobą swoją upolowaną ofiarę. – Blake wrócił!
– Hej… – Zaprotestował, aczkolwiek nie podejrzewał, iż to przebije się przez jej radosne trajkotanie. Przecież jeszcze jej nie powiedział, że się namyślił na dokończenie projektów. Najwidoczniej nie musiał. Sama jego obecność mówiła sama za siebie. Znała go zbyt dobrze, jak na jego komfort psychiczny, co zresztą w pewien sposób cementowało ich przyjaźń. Zresztą o czym tu było dyskutować? Obaj podświadomie wiedzieli, że nie potrafiłby jej zostawić. Nie umiałby spojrzeć sobie w twarz gdyby ją zawiódł, gdyby roztrzaskał jej marzenia na drobne kawałki jak zwyczajny drań. Była jedyną osobą na świecie, którą stawiał zawsze na pierwszym miejscu. Bo tylko ona stawiała go ponad wszystkimi innymi. W tym więc przypadku jego egoizm wynikał z tego, że musiał pielęgnować tę przyjaźń. Potrzebował jej do życia. To był jego link ze światem.
No i jeszcze był Harry. Z wyłączeniem faktu, że czuł się w stosunku do niego winny za to, że został pobity i wciągnięty z problemy, z którymi nie miał nic wspólnego, to jeszcze na dodatek ta obezwładniająca potrzeba, aby się o niego zatroszczyć konsumowała jego duszę jak kwas. Walka z tym była nie tylko bezowocna, ale i bolesna. Przynajmniej dla jego mózgu.
Cała trójka wpatrzyła się w niego z uwagą wstrząsającą jego nerwami. Tylko Evette uśmiechała się tak bardzo, że gdyby nie miała uszu, to czubek głowy by jej odpadł. Praktycznie podskakiwała w miejscu, kurczowo trzymając się jego ramienia, jakby w każdej chwili mógł odwrócić się na pięcie i wyjść, ponownie jej umykając. Ponownie zostawiając ją, aby stawiała czoło światu sama.
– Co ważniejsze, mam pomysł! – powiedziała, z wigorem przytakując sobie głową. Jej oczy lśniły podekscytowaniem. Harry rozdziawił usta wgapiając się w nią. Nieznajomy i tak cały czas wpatrywał się w nią jak w obrazek. Obaj wydawali się czekać z zapartym tchem na jej kolejne słowa. – Wiem, jaka będzie kolejna okładka. Wahałam się i zastanawiałam, ale do końca nie umiałam sobie jej wyobrazić. Ma tyle wyrażać… – westchnęła odlatując na chwilę, jakby już w głowie sortowała koncepty. – Tak czy inaczej – dorzuciła szybko, zanim Blake miał czas się odezwać – już wiem! Rozbierajcie się do pasa! – Zażądała z normalną sobie despotyczną nutką w głosie i przepadła bez wieści za drzwiami zaplecza.
Blake przez moment po prostu wpatrywał się tępo w miejsce, w którym jeszcze przed chwilą stała.
Nie, jednak nie był na to gotów. I tak, prawdopodobnie nigdy nie będzie. Czyli będzie ubaw po pachy.
Harry i, jak na to wychodziło nowy praktykant Ev, stali w niezręcznej ciszy i przestępowali z nogi na nogę nerwowo, nie bardzo wiedząc jak się zachować. Trochę zdezorientowani wymienili spojrzenie, ale ewidentnie unikali patrzenia na Blake'a. Wszystkie defensywne dzwonki odezwały mu się w głowie. Coś tu było bardzo nie halo. Harry po prostu nie był sobą.
Wszyscy trzej stali więc przez chwilę jak kołki w płocie. Blake sam próbował znaleźć coś błyskotliwego do powiedzenia, jednocześnie rozważając w tamtym momencie morderstwo na sto sposobów, miał jednak absolutne zero w głowie. Sytuacja nie mogłaby być bardziej groteskowa.
– Cieszę się, że wróciłeś.. – zagadnął w końcu Harry z wahaniem, wciskając palce, bo nic więcej się nie mieściło, w tylne kieszenie jeansów. Nagle cała jego poprzednia radość i pogoda wyparowała. Kiedy Blake w końcu przeniósł na niego spojrzenie, szybko opuścił powieki i zaczął się bujać na palcach stóp. Jego dyskomfort i niepewność działa Blake’owi na nerwy, co pewnie nie poprawiało sytuacji ani na jotę. Odchrząkując w końcu Harry wskazał nieświadomego napięcia między mężczyznami praktykanta. – To jest Ryan Harmon. Właśnie został zatrudniony przez Evette jako jej terminator – dodał tonem wyjaśnienia, spoglądając na niego nieśmiało.
Blake wkurzył się jeszcze bardziej.
O co tym razem chodzi? Przedtem był och-taki-pewny-swego, a teraz się rumieni i duka jak nastolatek? Gdzie się podziała cała jego charyzma i determinacja, z którą przypierał go do muru, i z którą walczył przy jego boku? Co się zmieniło? Czyżby w końcu zdołał go do siebie zniechęcić? Czy nie tego właśnie chciał?
Zmarszczył brwi poirytowany. Powinien wziąć się w garść. Przyszedł tu w konkretnym celu. Zrobić fotki dla Ev i mieć na oku swojego nowego przyjaciela. Czy będzie chętny czy nie.
– Witam. – Młody mężczyzna skinął mu głową i z lekkim uśmiechem uścisnął jego dłoń. Jego mała, wypielęgnowana ręka zniknęła w Blake'a wielkiej, spracowanej grabie.
Ciemne oczy Harry'ego nie opuszczały ich ani na sekundę, jakby chciał kontrolować ich zachowanie. Może podejrzewał Blake’a, że odgryzie chłopakowi głowę? Warknął zirytowany takim irracjonalnym zachowaniem, a uśmiech z twarzy Ryana zniknął natychmiast.
– Ryan, ten ponurak to przyjaciel Ev i drugi model Blake Rattis – kontynuował Harry z naciskiem, lekko gromiąc go wzrokiem i domagając się stosownego zachowania.
Tłumiąc cierpiętnicze westchnienie, Blake potrząsnął dłonią nowego pracownika z rewerencją i szybko go zlustrował. Sporo młodszy od nich obu i zdecydowanie zbyt szczupły mężczyzna miał w oczach coś takiego, że Blake miał ochotę go poklepać po ramieniu i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. Morze cierpienia hulało w tych piwnych źrenicach i wciągało człowieka. Tysiąc pytań wykiełkowało mu w umyśle tylko po tym jak raz spojrzał na Ryana.
Otrząsając się z tego zamroczenia, ponownie skinął głową na przywitanie i spróbował zlikwidować swoją ponurą minę, bo najwyraźniej straszył biedaka. Nie pomagało sytuacji to, że Harry stał nad Ryanem jak samozwańczy obrońca, aby go osłaniać przed dużym, złym Blake’iem.
Wymustrował grzeczne mruknięcie, które absolutnie nic nie znaczyło i uśmiech, ale chyba musiał uzyskać odwrotny efekt od zamierzonego, bo młody tylko przysunął się bliżej Harry'ego. Nie dokładnie to Blake chciał osiągnąć. Ale obiecał sobie, że będzie grzeczny. Przełknął irracjonalną irytację, rozeźlony z powodu tego rozdrażnienia na siebie samego jeszcze bardziej i zrobił jedyną rzecz, która przyszła mu do głowy. To znaczy jedyną rozsądną. Odwrócił się na pięcie i mamrotając jakąś wymówkę, odszedł na bok zdejmując swój czarny t-shirt. Nie wiadomo czemu wpadło mu do głowy, że czarna koszulka Harry'ego lepiej na nim leżała, choć była równie zwyczajna.
Harry nie wiem, co ty w nim widzisz… – szept Ryana dotarł do Blake’a, prawie pauzując go w pół ruchu. Zapanował jednak nad sobą w ostatnim momencie, nie przestając słuchać. – No znaczy się… Jest super gorący jak sam grecki bóg, ale Jezu… bardziej mnie przeraża niż podnieca…
Mnie przeraża to, jak bardzo on mnie podnieca – odszepnął Harry.
Parę sekund później podszedł do Blake'a i zaczął się rozbierać tuż przy nim, jakby robili to już setki razy. Kiedy jednak spojrzał ponad krawędzią brzegu koszulki w trakcie ściągania jej przez głowę, w oczy Blake'a, rumieńce zalały jego twarz aż po pierś. Niechybnie uświadomił sobie, że został usłyszany.
Blake miał niemiłe podejrzenie, że i jego twarz pałała czerwienią. Musiała biorąc pod uwagę to jak szybko waliło jego serce, pompując gorącą krew do jego głowy. Harry przełknął ślinę nerwowo, ostatecznie wzruszając ramionami obojętnie. Czas na zaprzeczanie minął najwyraźniej.

***

– Panowie, nie mam dla was łóżka – zawołała Evette, spoglądając na Blake'a wymownie – ale nie spodziewałam się, że… już dziś będziemy pracować… – wybrnęła sprytnie, najwyraźniej nie chcąc irytować swojego nieufnego przyjaciela.
Ogarnęła dłonią swoje znacznie bardziej uporządkowane niż ostatnio studio i wskazała podest, na którym piętrzyły się poduszki, satynowe prześcieradła i inne akcesoria. Wydawały się ciśnięte w kąt, jakby poddała się i zła odrzuciła pomysł, do którego skrupulatnie się przygotowywała. Fala mdłości ścisnęła żołądek Blake'a, bo pobladł po twarzy, ze zmarszczonymi brwiami śledząc każdy jej ruch. Na twarzy miał wypisane milion emocji. Czuł się na wpół upokorzony, na wpół zażenowany swoim tantrum. Teraz wydawało mu się, że zachował się jak gówniarz wypadając ze studia, kierowany jakimiś idiotycznymi przesłankami.
Harry oderwał oczy, znowu, od napinających się mięśni piersi i ramion Blake'a, kiedy tamten stał z założonymi ramionami i obserwował całą sytuację z ponurą miną. To chyba był jego stan naturalny i Harry powoli zaczynał się przyzwyczajać. Pięć milionów pytań kłębiło się w jego głowie, a on jedyne, co mógł to ślinić się i napalać na samą myśl, że znów będą pozować razem. Że znów będzie miał szansę go dotknąć, poczuć… wchłonąć zapach. Nawet już nie chciał wiedzieć: jak i dlaczego?
Klnąc w duszy swoje seksowne, aczkolwiek ciasne spodnie, Harry spróbował się opanować, bo groziło mu permanentne uszkodzenie ciała. Akurat tego dnia zachciało mu się zmieniać styl. Wyjść ze skorupy. Spróbować wybić sobie z głowy niedostępnego drania. Wojownika bez serca.
A on znów się zjawia jak znikąd. Wpada i ciska błyskawicami we wszystkich nic nie mówiąc, tylko stojąc jak posąg.
…ale też nie wychodząc.
– Tak czy inaczej materac się nada.
– Do czego? – zapytał Blake podejrzliwie, ale kobieta zignorowała go jak zwykle, z ciężkim westchnieniem poddał się więc, kręcąc tylko głową. Stanął z szeroko rozstawionymi stopami i dłońmi wspartymi na biodrach. Jego przymrużone oczy zdawały się dostrzegać wszystko. Potężna, umięśniona pierś opadała mu wolno, kiedy oddychał spokojnie. Nic nie wskazywało na to, że był spięty, ale mimo to Harry miał się na baczności. Podświadomość zmuszała go do tego. Nie chciał ryzykować, że uparciuch znów się rozmyśli, bo poczuje się zagrożony.
Ale… ach… te wszystkie cudowne muskuły napinające się pod jego ciasną, ciemno opaloną skórą. Doprowadzały Harry'ego do szaleństwa. Jego siła oddziaływała na wszystkich wokół, a on nawet nie zdawał sobie z tego sprawy. W ogóle nie orientował się jaki miał wpływ na innych. Był przystojny, twardy i niedostępny. Co gorsza nie próbując kusił. Poruszał się z gracją i zdecydowaniem. Jego ciało całe pracowało i Harry miał ochotę łasić się bezwstydnie do niego. Dotknąć i poczuć pod palcami całą tą ukrytą potęgę. Wchłonąć jej trochę dla siebie. Blake powinien się podzielić. Miał czym. Jego mięśnie wręcz tańczyły przy najmniejszym ruchu, przyciągały wzrok, kazały zastanawiać się człowiekowi jaki silny w rzeczywistości był.
W wyobraźni Harry widział jak się prężą, kiedy Blake się nad nim pochyla, kochając się z nim w splątanych prześcieradłach na materacu. Musiał potrząsnąć głową, aby wyrzucić tę erotyczną wizję z głowy. Tylko jak miał oderwać oczy od jego dumnej, silnej sylwetki? Długie nogi, proste, wręcz sztywne plecy i dumnie uniesiona głowa, to był bajeczny obraz. Para najcudowniejszych, jędrnych pośladków, w jakie Harry w życiu pragnął wbić swoje zęby, dręczyła go kusząc bezlitośnie, przy każdym najmniejszym kroku czy ruchu obiektu jego uwielbienia. Musiał odwrócić się i stanąć jak najdalej, bo dłonie same mu się wyciągały w stronę tego boskiego mężczyzny. Nie jego mężczyzny.
– Ruchy kochani – zakomenderowała Ev. – Nie mamy całego dnia. Już jest późno, a nie tęskni mi się do płacenia wam za nadgodziny – rzuciła z mrugnięciem oka, poganiając swoich pracowników. – Zresztą podejrzewam, że nie marzy wam się spędzanie tutaj piątkowego wieczoru. – Zdeterminowana przy pomocy Ryana i Vicky, zaczęła przekładać elementy w sobie tylko znany schemat. Szybko całość dekoracji zaczęła nabierać kształtu i wyglądu.
Harry miał wrażenie, że kolana mu miękną na samą myśl, że zaraz znajdzie się na tym pseudo łożu z Blake’iem. Miał przerażającą obawę, że nawet z wszystkimi ludźmi kręcącymi się po studio, nie będzie potrafił ukryć tego co czuje i jak wstrząsa nim sama bliskość drugiego modela.
W końcu Ev spojrzała na swoje gwiazdy z błyskiem w oku.
– Wiem, że jestem brutalem bez serca, ale wasze siniaki i obrażenia, będą pasowały idealnie – powiedziała z większym entuzjazmem niż Harry by lubił. Wręcz zacierała dłonie, mała zołza. – Kładźcie się. Widzicie nawet nie musicie się rozbierać – zażartowała, żeby rozładować atmosferę, bo żaden z nich się nie ruszył z miejsca, próbując psychicznie nastawić się na to, co mieli robić, aby ją zadowolić. – Łaskawie pozwolę zostać wam w spodniach – dorzuciła sarkastycznie, kiedy jednak Blake rzucił jej spojrzenie wyrywające ze skarpetek, wyszczerzyła zęby speszona. – Dobra, dobra. Jeden na prawym boku, drugi na lewym, ale w przeciwne strony, twarzą do siebie. Czy raczej brzuchami do siebie – z jakiegoś niewyjaśnionego powodu zachichotała i obaj mężczyźni przyszpilili ją wzrokiem. – Takie jing i jang. – Musiała dodać wymownie, a w umyśle Harry'ego wykwitł obraz pozycji 69. Jego wygłodniały mózg zaczynał wyrywać się z pod jego kontroli i dopiero mentalny kopniak sprowadził go na ziemię. Kobieta emocjonowała się coraz bardziej, tak przejęta swoim pomysłem, że nawet przestała droczyć się z nimi. – Chcę zaprezentować wasze w boju odniesione rany tak dobrze jak się tylko da. Harry twarzą do mnie, Blake ukryje twarz w twoim ramieniu, obejmując twoje biodra ramieniem i prezentując swoje posiniaczone plecy do nas, a twoją twarz na wpół ukrytą w jego barku, zakryjemy włosami. Obejmiesz go swoim poranionym ramieniem za szyję. Będzie idealnie. Krwawo, wzruszająco i męsko! Dalej, dalej… – zaklaskała w dłonie i poleciała ustawiać aparaty, nawet nie sprawdzając czy jej polecenia były wypełnione.
Oblizując spierzchnięte, suche usta, Harry zebrał się w sobie w końcu, aby spojrzeć w oczy Blake'a. Chciał go wyzwać, obudzić. Zażądać wyjaśnień. Nie spodziewał się jednak, że Blake będzie mu się intensywnie przyglądać. Nie dało się spokojnie wytrzymać takiego spojrzenia. Wirowało mu w głowie, kiedy tamten zwyczajnie zaglądał mu w duszę. Od nadmiaru emocji targającymi jego ciałem chyba musiał mieć halucynacje, bo wydało mu się, że dostrzegł w tych stalowoszarych oczach błysk rozbawienia. Jakby Blake widział jego emocjonalne turbulencje i go to bawiło.
Z nową determinacją i pragnieniem udowodnienia czegoś temu draniowi, Harry klęknął na materacu i wyciągnął do swojego Wojownika dłoń, unosząc brew kpiąco. Jeśli nawet Blake się zawahał, musiał to być ułamek sekundy, bo w następnej chwili już klęczał przed Harrym, prychając pod nosem.
Głupie serce Harry'ego drgnęło, kiedy Blake nie ujął jego dłoni, ale co właściwie sobie wyobrażał? Tym bardziej trudno było mu ukryć zaskoczenie, gdy Blake prowokacyjnie się uśmiechnął i delikatnie zdjął jego okulary, odkładając gdzieś po za zasięg jego wzroku.
– To ci chyba nie będzie potrzebne…
– Nooo, nie wiem – wtrącił Ryan, nagle pojawiając się jak spod ziemi, stając nieopodal materaca. Długim palcem stukał w bladoróżowe usta, przypatrując im się z zamyśloną miną. – Taki trochę geekowaty Mag, seksowny i nieprzeciętnie mądry… – Urwał gwałtownie, kiedy głowa Blake'a gwałtownie odwróciła się w jego stronę, a zimne spojrzenie wręcz wbiło się w jego pierś. – Mam robotę! – Ruszył jak oparzony, rozstawiając światła w przyspieszonym tempie.
Ev roześmiała się cicho, ale przezornie nic nie powiedziała. Harry miał ochotę potrząsnąć głową z niedowierzaniem. Zaczynał odnosić wrażenie, że bierze udział w jakiejś komedii pomyłek. Czy tylko on nie nadążał za rozwojem sytuacji czy zwyczajnie coś przegapił? Cicha, bezsłowna komunikacja między przyjaciółmi przyprawiała go o wstrętny, niechciany atak zazdrości. Zrezygnowany położył się na boku, czekając cierpliwie na to, co zrobi Blake. W końcu wszystko zawsze zależało od niego.
Większy mężczyzna wyraźnie zadowolony z tego, że przegonił ciekawskiego pomocnika fotografki, umościł się na boku podpierając głowę na ręce. Nie spuszczał Harry'ego z oka i ten nadmiar uwagi zaczynał go stresować i deprymować.
– Bliżej siebie kochani – rzuciła Ev sarkastycznie. – Owińcie się wokół siebie. Teraz macie większy problem niż bój między sobą. Teraz walczycie razem. O swoje życie! – dodała z naciskiem. – O uczucia, których nie możecie zwalczyć, więc uczycie się je akceptować. Pozabijalibyście się gdybyście mieli choć pół szansy, ale jesteście zazdrosnymi kochankami, nikt inny nie ma prawa tknąć was palcem. Należycie do siebie. Kiedy nie próbujecie się powybijać, to się bzykacie, w między czasie próbujecie przetrwać próby zamordowania was, przez wrogów, których lista zdaje się rosnąć, bo wielu najwyraźniej nie jest zachwyconych z tego, że się związaliście. – Unosząc brew w górę spojrzała na nich z zastanowieniem. – Mnie się osobiście wydaje, że tu chodzi o to, że razem macie zbyt wiele siły czy tam potęgi, czy coś. Tak czy inaczej razem macie takiego powera, że możecie poważnie skopać parę tyłków i wszyscy się boją. – Wyszczerzyła zęby. – W tej części, więc głównie próbujecie połapać się dlaczego, kiedy jesteście razem macie więcej… cóż wszystkiego. Tym razem żaden nie dominuje, próbujecie nauczyć się partnerstwa.
– Uwielbiam to, że twoje pomysły są realistyczne i łatwe w wykonaniu – zripostował Blake, rzucając jej spojrzenie przez ramię. – Twoja analiza powala.
Posłusznie jednak poczekał aż Harry uniesie się trochę i przerzucając swoje ramię przez jego biodro, dość drastycznie przyciągnął go do siebie. Ich ciała skrzyżowały się. Prawie kliknęły łącząc się w idealną całość. Biodro przy biodrze, brzuch przy rozpalonym brzuchu. Nagie piersi starły się, a ciało skleiło. Nawet nie było jasne, kiedy pot zrosił ich skórę, nagle napiętą i rozgrzaną lampami. Oddech utknął mu w suchym gardle na mgnienie oka. Zbyt blisko siebie się znajdowali. Włosy Harry'ego musnęły bok jego twarzy. Jedno zdradliwe pasmo bezceremonialnie zahaczyło mu się o zarost na policzku. Miał ochotę odchylić się i strząsnąć je z siebie, bo upojny zapach mężczyzny owładną nim, zmuszając do zapamiętania tej chwili jeszcze intensywniej. Nie drgnął jednak ani o milimetr. Miał zamiar wytrwać. Skupiając się na zadaniu opanował nerwy i spróbował rozluźnić mięśnie. Już zaczynały go palić, a jeszcze dobrze nie zaczęli.
Ich ręce wyciągnęły się automatycznie i bez problemu znalazły najlepsze ułożenie. Kto kogo obejmował nie było pewne. Pewne było jednak to, że Harry praktycznie się zachłysnął na pierwszy kontakt między nimi. Nie poczekał jednak na to, że Blake się rozmyśli, namyśli czy przemyśli sobie ich położenie, tylko sam objął go ciasno. Jedną dłoń wsunął pod ramię Blake'a, a drugim oplótł jego szyję. Szczupłe, ale silne uda mężczyzny służyły mu za podpórkę, więc postarał się, aby było mu wygodnie. Zwyczajnie przycisnął się do potężnego modela i wtulając mu swoja twarz w szyję wchłonął go, jego ciepło i zapach, ledwie tłumiąc chęć jęknięcia z rozkoszy.
Blake również poprawił się. Jeśli czuł dyskomfort, nie okazywał tego nawet drgnięciem jednego mięśnia. Odchylił nawet lekko głowę, aby dać mu więcej miejsca. Każdy jego oddech parzył skórę Harry'ego na karku. Szorstka dłoń w dole pleców posyłała ciarki i dreszcze przez cały jego organizm. Wewnątrz i na zewnątrz.
W tym momencie jednak trudno mu było się przejmować. Trzymał Blake'a w ramionach.
… i było znacznie lepiej niż potrafił to sobie wyobrazić. Zamykając powieki prawie do bólu wtulił twarz jeszcze głębiej w potężne ramię swojego kompana. W tym momencie było mu absolutnie wszystko jedno jak to odbierze. Potrzebował tej bliskości jak powietrza. Chciał się nacieszyć momentem póki trwał i zamierzał wykorzystać go do maksimum.
– Harry wsuń dłoń pod narzutę… – głos Evette wbił się między nich jak ostrze i obaj instynktownie zesztywnieli, zaciskając na sobie uścisk jak obręcz. Ten malutki gest posłał umysł Harry'ego w spiralną pogoń. Na szczęście kobieta nie dała mu czasu na rozmyślenia o tym, co każdy gest Blake'a mógł znaczyć. – Zasłaniasz imponującą szramę na plecach naszego Wojownika, który przecież tak dzielnie walczył o to, aby móc cię zatrzymać i nie zabijać – wyszczerzyła zęby po swoim komentarzu, pracowicie drapując na nich czekoladowobrązowe satynowe prześcieradła. Kremowe i złote poduszki znalazły się rozrzucone wokół nich. Harry jednak, nie wiele widział odmawiając oderwania policzka od szyi Blake'a. Silny puls mężczyzny go hipnotyzował. Zniewalał. Drażnił.
Czemu Blake się nie ekscytuje? Czemu nie czuje jak cudownie ich ciała pasują do siebie? Choć trochę jego puls powinien przyśpieszyć. Choćby z niechęci.
– Mamy tak siedzieć nieruchomo, aż nie na pstrykasz wystarczającej ilości zdjęć? – zapytał Blake sceptycznie, nieświadomie pocierając nieogolonym policzkiem o bark Harry'ego. Długi, pełny dreszcz wstrząsnął jego ciałem i już nawet nie krył jęku. Palące rumieńce zalały jego twarz, więc ukrył ją w ramieniu swojego ukochanego. To był koszmar. Wewnętrznie drżał. Miał ochotę łkać. Blake jednak zdawał się nie świadom turbulencji w jego duszy, bo lekko się poprawiając, jeszcze ich do siebie zbliżył. Właściwie przejął ciężar ich podpartych ciał na siebie. Wszystkie mięśnie pod dłońmi Harry'ego zmieniły się w stalowe powrozy.
Niech go licho, jeśli jego członek z entuzjazmu nie spróbował wypełznąć z jego morderczo w tej chwili ciasnych jeansów. W duszy zastanawiał się czy jakaś siła wyższa czuwa nad nim tam do góry i czy była, choć niewielka szansa, że Blake nie wyczuje jego erekcji wbijającej się mu w tym momencie w brzuch.
– Tak! O tak! Blake wspaniale – wrzasnęła niespodziewanie Ev, zrywając się z miejsca i pędząc do aparatów. – Nie waż się ruszać. Napnij mięśnie! Harry obejmuj dłonią jego głowę. Tył tak dokładnie rzecz biorąc, to miałam na myśli – zirytowała się trochę, gdy jednocześnie próbowali wypełnić jej sprzeczne polecenia, aby się nie ruszać i jednocześnie poprawić pozycję. – Złap go za czachę – zachichotała. – Twarz wtul między jego policzek, a ramię.
Harry posłusznie wykonał polecenie. Przez cały czas nie mógł jednak pojąć, że Blake współpracował… prawie chętnie…
– Ryan popraw mu włosy, tak, aby zakrywały twarz. Co najwyżej oko może prześwitywać między pasmami.
Młody mężczyzna rzucił się do wykonania jej rozkazu jak na zawołanie. Po kilku minutach poprawek, które nigdy go do końca nie satysfakcjonowały, Blake praktycznie warknął na niego, strasząc skupionego Harry'ego.
– Hej – mruknął z naganą w głosie do ucha swojego ogromnego, groźnego Wojownika.
– Niech już przestanie cię miętosić – burknął Blake, wcale nieprzejęty. – Ile mamy tak siedzieć jak on się bawi twoimi włosami? – dorzucił sarkastycznie, prawie drapiąc ramię Harry'ego zarostem, kiedy mówił.
– Już, już, Jezu! – Ryan odskoczył od nich z nerwowym chichotem, pędząc do Ev. – Ależ on zaborczy.
– Mhm… – odmruknęła kobieta z mrugnięciem oka. – I nawet o tym nie wie.
Bez względu na to czy starali się być subtelni, czy nie, obaj modele ich usłyszeli. Harry jęknął załamany. Ev na serio nie pomagała sytuacji.
Blake tylko parsknął pod nosem z irytacją.
– Co ostatecznie mamy robić? – zapytał gburowato.
– Macie udawać namiętny uścisk kochanków – odpowiedziała mu Evette równie drętwo. – Wydawało mi się, że to wyjaśniłam. Po prostu użyj wyobraźni!
Po prostu użyj wyobraźni. – Przedrzeźnił ją Blake cicho, zaskakując Harry'ego tak, że prawie się roześmiał. Nie miał jednak okazji, bo mężczyzna cały napiął się jakby podjął wewnętrzną decyzję. Chwilę później Harry był zgnieciony w gorącym, ale sztywnym uścisku. Wielka dłoń wplotła się w jego włosy. Blake sprasował ich ciała razem. Unieruchomił. Prawie odebrał dech w piersi.
Milion rozszalałych motyli zerwało się do lotu w jego żołądku. To było banalne stwierdzenie, ale jakże prawdziwie oddawało uczucie, które go zalało. Objęć jego ukochanego jednak nie można było określić, jako namiętnych. Raczej pełne determinacji. Pora była nauczyć czegoś tego uparciucha.
– Gdybyś był moim Wojownikiem, wiedziałbyś, co to żarliwość – wyszeptał ledwie słyszalnie do ucha swojego przyjaciela. Blake zamarł. Harry jednak nie miał zamiaru przestać. Obejmując jego głowę i pieszcząc lekko króciutkie włosy, otarł się o niego całym ciałem. Jego sutki stwardniały na tę niewinną pieszczotę i wcisnęły się w rozpaloną skórę Blake’a. Niewielki zarost na jego klatce przyjemnie je drażnił. Mamrocząc z przyjemności, przesunął usta tak, że znalazły się tuż za uchem większego mężczyzny, gdzie Harry wiedział, że znajduje się najczulsza skóra. Obejmując go ciaśniej jednym ramieniem i zaciskając palce drugiej ręki pod narzutą na udzie Blake'a, pochylił się nad nim, chuchając ciepłym oddechem w ten punkt. Blake zadrżał, a serce Harry'ego drgnęło z ekscytacji i podniecenia. Chciał usiąść na udach swojego mężczyzny okrakiem i wcisnąć swoją erekcję w jego brzuch, ale nie było mu wolno. Nie tego Ev chciała.
W głowie jednak miał tylko jedno pragnienie. Pchnąć Blake'a na plecy i wpić się w jego usta, aż obaj stracą przytomność z braku tlenu. Był tak blisko zrealizowania tej żądzy. Tak niewiele brakowało. Mógł to zrobić. Poznać jego smak. Zdusić protest językiem. Udowodnić jak wspaniale będzie, gdy już wreszcie rozwieje wątpliwości i niewiadomą. A potem…
…a potem niech się dzieje, co chce. Niech wszyscy diabli zerwą się z piekieł, nie dbał o to.
W sekundzie, w której jego pragnienie wygrało z rozsądkiem, Blake unieruchomił go i napierając na niego piersią, powstrzymał przed przewróceniem ich obu. Był jak stalowy posąg. Nie do ruszenia. Harry załkał z frustracji. Jego rozsądek próbował przebić się przez mgłę pożądania zasnuwającą jego umysł.
– Myślałem, że żaden z nas nie ma już nic do udowodnienia – wymamrotał równie cicho Blake, zaciskając palce w długich włosach Harry'ego. Równie dobrze mógłby go bezpośrednio ciągnąć za członek, bo niesforny organ drgnął, a jądra skurczyły się nieznacznie z przyjemności promieniującej w całym jego ciele. Blake musiał to wyczuć, bo Harry poczuł uśmiech na jego ustach przyciśniętych do jego ucha. Nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że tak blisko siebie się znaleźli. – Mag i Wojownik nie walczą już o dominację. A namiętność wiele ma obliczy – mruczał, ewidentnie muskając jego ucho gorącymi, wilgotnymi wargami.
Harry miał ochotę obrócić głowę i zawładnąć tymi dręczącymi go ustami. Tym bardziej, że mężczyzna uśmiechał się i on mógł to wyczuć. Nawet nie musiał widzieć, a wiedział. Serce praktycznie przestało bić w jego piersi w oczekiwaniu, co zrobi Blake. Musiał, bo to była arogancka prowokacja.
Blake owinął sobie pasma włosów Harry'ego wokół dłoni, ekscytując go jeszcze bardziej, jakby to w ogóle było możliwe. Zanim jednak zdołał zrobić cokolwiek, z głośnym pstryknięciem całe studio zatonęło w ciemnościach. Oślepli na chwilę, oszołomieni nową falą adrenaliny, którą wytworzył ich mózg reagując na szok.
Przez dobrą minutę lub dwie wszyscy zamarli czekając na cud, który się miał się zdarzyć. Nie nastała jednak nagła jasność i w studiu zapanował chaos. Nieznaczna poświata padająca z monitorów komputera i laptopa Ev dała im trochę światła i szansę na widzenie czegokolwiek, kiedy w końcu ich oczy przyzwyczaiły się do ciemności.
– Chłopaki ani ważcie się ruszać z miejsca. To potrwa tylko chwilę – wrzasnęła Ev, gdy tylko Blake się poruszył, aby wypuścić z ramion kurczowo go trzymającego Harry'ego. – Vicky! – wydarła się jeszcze głośniej, po tym jak mężczyźni posłusznie znieruchomieli.
Dziewczyna wypadła z zaplecza, przezornie trzymając się ściany.
– Ev! To nie ja, to twoja mikrofalówka. Ja tylko nacisnęłam przycisk i nagle BUM wszędzie ciemno!
– Vicky!
– Przepraszam? – wydukała dziewczyna z niewyraźną miną. Najwidoczniej przezorność wygrała u niej z chęcią sprzeczania. Pewne było jednak jak w szwajcarskim banku, że nijak nie poczuwała się do winy.
– Dobra, zaraz zobaczę co to może być – z westchnieniem Ev odłożyła aparat, którym najwyraźniej pstrykała fotki i wolno posuwając się w półmroku ruszyła na zaplecze. – Ani mi się ważcie ruszać z miejsca – rzuciła jeszcze przez ramię ostrzegawczo w kierunku swoich modeli.
– To mogą być korki – dodał Ryan usłużnie i poleciał za nią, aby najwyraźniej pomóc.
Vicky pomóc nie mogła, ale z przejęciem mamrotała pod nosem całą drogę na zaplecze, że nie miała z tym nic wspólnego.


***


– Blake? – szepnął Harry szturchając ramieniem ramię większego mężczyzny, kiedy siedzieli jak dwa durnie bok przy boku, czekając aż Ev uwinie się z awarią. Harry żałował, że nie może nadal obejmować go i tulić, ale nie zamierzał całkiem rezygnować z kontaktu cielesnego ze swoim bóstwem. Usiadł więc tak blisko jak tylko się dało, w sytuacji, gdy nadal byli zwróceni w przeciwne kierunki. Zasadniczo stykał się biodrem z udem Blake'a. Gorąco wydawało się potęgować z każdą chwilą, a ich bliskość oszałamiała go i dręczyła. Kiedy jeszcze podciągnął kolana pod brodę, był praktycznie cały przytulony do jego boku. Kątem oka mógł widzieć poważna twarz mężczyzny. – Blake?
– Hmmm? – odmruknął mężczyzna nie zwracając jednak na niego uwagi, po prostu śledząc sylwetki biegających po studio osób w pół mroku.
– No Blake? – Harry trącił go ponownie, lekko się ocierając.
– Hm? – jęknął Blake teatralnie z niecierpliwością, obracając jednak głowę w jego stronę i spoglądając mu w oczy. Znaleźli się dużo bliżej siebie niż obaj się spodziewali, bo Blake zamrugał zaskoczony, a Harry’emu zaparło dech. Wolno oblizując wargi, pozbierał się na tyle, że udało mu się wydusić kilka słów z zaciśniętego gardła.
– Czego się znów marszczysz? – wymamrotał z nieśmiałym spojrzeniem i lekkim wygięciem warg, spoglądając na niego spod rzęs.
– Hm?
– Od pięciu minut siedzisz jak posąg i marszczysz brwi, uważnie śledząc całe to zamieszanie – Harry wzruszył ramionami. – Momentami naprawdę wyglądasz jak groźny, niebezpieczny Wojownik.
Parskając śmiechem Blake obrzucił spojrzeniem pomieszczenie, ale nikogo już nie było oprócz nich. Najwyraźniej Ev konsultowała zwarcie z Vicky i Ryanem na zapleczu. Ponownie spojrzał w oczy Harry'ego.
– Nie bardzo.
– O czym myślisz w takim razie? – zapytał Harry poddając się i nie drążąc tematu. Blake ewidentnie nie chciał widzieć siebie jako silnego, dzielnego mężczyzny, z odwagą stawiającego czoła życiu. Ważne było, że inni właśnie tak go postrzegali. A już szczególnie w Harrym i Evette miał wiernych, oddanych wielbicieli. Kręcąc się lekko z podniecenia i ekscytacji, postanowił zagęścić atmosferę. Chyba nie byłby facetem, gdyby nie skorzystał z okazji. – Chyba nie podejrzewasz, że rzucę się na ciebie w ciemnościach i niecnie wykorzystam?
– Jaaasnee – rzucił ironicznie, mrukliwy mężczyzna, ale na sekundę jego spojrzenie uciekło w bok zdradzając go.
Harry wyszczerzył zęby w uśmiechu, ponownie szturchając swojego przyjaciela ramieniem. Każdy kontakt między ich ciałami sprawiał, że skóra mrowiła go, a dreszcz spływał mu po kręgosłupie.
– Przyszło ci to na myśl!
– Spadaj! – burknął groźnie w odpowiedzi. Z poważną miną zignorował Harry'ego i podciągając kolana do góry, wsparł na nich potężne przedramiona. Chcąc jednak coś udowodnić napaleńcowi nie odsunął się ani na jotę. Do zapachu Harry'ego już się przyzwyczaił. Do jego ciepła promieniującego z całego szczupłego ciała, też. O ile gorzej mogło być?
Zagarniając niesforne, opadające mu na oczy włosy za ucho, Harry ponownie spojrzał na Blake'a z wyzwaniem. Uprzednio upewniając się dyskretnie, że nadal są sami.
– A może nie lubisz ciemności? – wymamrotał złośliwie, trochę jakby pochylając się nawet w stronę ponuraka. – Jak chcesz, to cię przytulę, żeby było ci raźniej…  
Wyciągnął dłoń jakby faktycznie chciał objąć Blake'a za szyję, więc mężczyzna zareagował odruchowo, łokciem odtrącając jego ramię i trafiając w jego poturbowaną, obolałą rękę.
– Cholera! – krzyknęli unisono, kiedy Harry jęknął z bólu, przytulając odruchowo pokiereszowane ramię do piersi. Cała jego twarz wykrzywiła się, choć próbował to ukryć. Pot automatycznie spłynął mu po karku, a żołądek wywrócił się do góry nogami przyprawiając go o mdłości.
Klnąc w duszy litanię, której nie powstydziłby się żaden marynarz, zamknął na chwilę oczy, aby nad sobą zapanować. A miał nadzieję, że już było lepiej. No, przynajmniej wtedy, kiedy nikt go nie dotykał, nie patrzył na niego i w ogóle to nawet nie oddychał w jego kierunku. Wówczas były momenty, że udawało mu się zapomnieć, że dopiero kilka dni wcześniej został skopany.
– Przepraszam, to był odruch. – Blake na serio wydawał się być przejęty, bo przyglądał mu się ze zmartwioną miną, lekko kładąc dłoń na barku. – Wszystko okej?
Zlizując pot, który zebrał mu się nad górną wargą, Harry rozwarł zaciśnięte z bólu zęby, sycząc cicho.
– Nie, nie jest okej. Boli jak cholera!
– Przykro mi, na serio. – Blake brzmiał jakby był jednocześnie zmartwiony i zirytowany, nie jasne było jednak, na kogo bardziej. Na siebie czy na próbującego opanować falę cierpienia Harry'ego. – Przepraszam.
– Nie przepraszaj tylko całuj! – rzucił śmiertelnie poważnie Harry. Nie był w nastroju na wyrozumiałość. Wszystko co go ostatnio spotkało bezapelacyjnie przeważyło jego opanowanie i rozsądek, bo miał ochotę wybuchnąć. Zrobić coś. Cokolwiek, byle tylko wyrwać się z tego szaleńczego kręgu pragnienia i rozczarowania. Uodpornić się. Zrównoważyć szale.
– Co? – Oczy Blake’a praktycznie wyszły mu z orbit, a w szyi musiał przeskoczyć nerw tak szybko obrócił głowę, aby na niego spojrzeć.
– Popsułeś, to napraw!
– Co popsułem? – zapytał biedak słabo, niezawodnie próbując odnaleźć sens w żądaniach Harry'ego.
– Czułem się świetnie i było prawie zajebiście, teraz mam ochotę płakać. Całuj! – Bez ceregieli podsunął posiniaczoną rękę pod twarz Blake'a, którego oczy z okrąglały jeszcze bardziej. Harry jednak z surową miną wskazał palcem biceps. – Możesz zacząć tu!
Żaden przez długą chwilę nie był w stanie wydusić z siebie ani słowa, ale gdyby mogli przetwarzać napięcie, które między nimi zapanowało, mogliby śmiało nie tylko oświetlić całe studio, ale i cały deptak.
Harry miał nadzieję, że Blake widzi jego determinację i tumult emocji, który spalały go od wewnątrz. Miał nadzieję, że go sprowokuje, że wystraszy, może nawet wkurzy.
Nie spodziewał się, że masywny mężczyzna pochyli się i nie odrywając od niego spojrzenia, złoży delikatny pocałunek dokładnie w miejsce, w którym jeszcze sekundę wcześniej był jego palec.
Ogh… – Oddech utkwił Harry’emu w gardle i za nic nie potrafił przełknąć. Było mu jednocześnie słabo i gorąco. Bał się nawet wziąć głębszy oddech, aby nie spłoszyć Blake'a, który z wyzwaniem spoglądał mu w oczy. – Jeszcze tu – szepnął, wskazując miejsce obok.
Blake skrył drżący uśmiech, po raz kolejny przyciskając swoje usta do rozpalonej posiniaczonej skóry. Jego własne wargi z jakiegoś powodu wydawały mu się chłodne i suche. Bał się jednak je oblizać.
– Nie zapomnij tu, tu, tu i tu – dorzucił zdławionym głosem Harry, drżąc tak bardzo, że Blake bez problemu mógł to wyczuć. Nie żeby jednak istniała choć jedna rzecz, którą mógłby zrobić, aby to ukryć. Każda komórka w jego ciele śpiewała z zachwytu. Był tak podekscytowany faktem, że Blake go całuje, że miał wrażenie, że mu serce pęknie tak mocno łomotało mu w piersi.

***

Czy to była przekora, czyste szaleństwo czy jakieś nieodparte pragnienie Blake nie wiedział. Może mieszanina wszystkich trzech. Wiedział jednak, że chce widzieć twarz Harry'ego, kiedy znów i znów będzie muskał wargami jego skórę. Chciał się upewnić, że dobrze widział.
Delikatnie i z dużą troską, aby nie wyrządzić swojemu przyjacielowi kolejnej krzywdy, ujął go za przedramię i lekko się obracając w jego stronę, zaczął całować mały szlaczek w górę jego ręki od łokcia po ramię.
Czysta przyjemność radiowała wprost z jego ust w głąb jego wnętrza. Mrowiły go wargi od samego kontaktu między nimi. Krew falami przelewała się w jego żyłach wraz, z którymi rzeki przyjemności znajdowały drogę do każdego zakamarka jego napiętego ciała. Bliskość obezwładniała wszystkie jego zmysły. Było mu niewygodnie, bo jego ogromna pierś nie mogła wypełnić się powietrzem, którego najwyraźniej bardzo potrzebował. Inaczej czemu zaczynałoby mu się kręcić w głowie? Nie umiał jednak przestać. Jedno spojrzenie na twarz Harry'ego i musiał sprawdzić po raz kolejny czy to jego pocałunki, tak przecież niewinne, wywoływały w nim taką reakcję.
Ale przecież musiały, bo za każdym razem, gdy przycisnął wargi na sekundę dłużej mężczyzna odchylał głowę lekko, łapiąc łapczywy oddech. Ponętne, różowe usta rozchylały się przy każdym hauście, a język pojawiając się na sekundę zwilżał wyschnięte wargi. Powieki ciążyły mu tak, że ledwie miał je uchylone, wpatrując się w Blake'a z głodem, który wręcz przerażał. Ale czy mógł mu się dziwić? On sam czuł się przytłoczony napięciem. Zapach oszałamiał go, piżmowy i męski, a rozognione spojrzenie zapierało dech. Odzierało z opanowania.
Ostatecznie i on musiał zwilżyć usta, bo miał wrażenie, że stały się szorstkie jak papier i nawet jego język wydawał się zbyt wielki w jego jamie ustnej. Z wahaniem, ale też i z premedytacją, która całkowicie go ujarzmiła z jakiegoś nie do końca zrozumiałego dla niego powodu, wysunął go lekko, zwilżając wargi i jednocześnie zlizując cieniutką warstwę potu ze skóry Harry'ego. Mieszanina smaków obezwładniła jego kubeczki smakowe. Pod słoną otoczką, krył się Harry i jego gorąco. Czy pożądanie ma smak?
Bo jeśli tak, to smakowało jak Harry.
Nieświadomie przylgnęli do siebie bardziej. Ich ciała same szukały kontaktu. Instynkt brał górę nad przyzwyczajeniami, przeganiał strach i wahanie. Nawet na sekundę nie odrywali od siebie spojrzenia. Harry w zasadzie nawet nie mrugał, tylko zagryzał co chwilę dolną wagę, żeby stłumić ciche jęki. Ukryć je przez Blake’iem. A na to się nie zgadzał. Chciał wiedzieć wszystko.
Kiedy Blake zawędrował w końcu aż po jego ramię obsypując całą drogę małymi całusami, Harry odchylił głowę na bok, bez słów błagając o więcej. Siniaki nie sięgały jednak tak wysoko. Już dawno pręga się skończyła, usta Blake'a jednak same znały drogę. Jak mógł odmówić?
Po co resztą miał przestawać?
Małe wgłębienie w obojczyku jego przyjaciela wyglądało przecież tak kusząco. Wręcz przywoływało, aby je zbadał. Czy kiedykolwiek poświęcił tyle uwagi jakiejś części ciała innego człowieka? Nie potrafił przywołać w pamięci jakiejkolwiek równie intymnej chwili w swoim życiu. Harry wibrował w jego objęciach. Kręcił się i motał, aby tylko znaleźć się bliżej wędrujących warg Blake'a. Mięśnie drgały, napięte jak stalowe postronki, pod cienką opaloną skórą, za każdym razem, gdy go dotknął i Blake z nowo odkrytą fascynacją, obserwował każdy niuans.  W głowie miał chaos. Ale i bezsilność opanowała go tak niewyobrażalnie, że właściwie był bezwolny. Musiał całować Harry'ego. Nie mógł przestać. Harry tak pięknie na niego reagował. Podniecony i rozgrzany, był absolutnie uległy w jego uścisku, więc dalej testował swoje działanie na niego. Może to rozproszy go na tyle, że zapomni o bólu, który mu sprawił nieświadomie. W jego umyśle nie pozostało nawet najmniejsze wspomnienie o tym, że mieli towarzystwo. Jak miał zresztą myśleć o czymkolwiek innym, kiedy koniuszek jego języka pasował idealnie małym dołeczku na szczycie barku Harry'ego? Cichy, zdławiony, pełen emocji jęk jego Harry'ego trafił bezpośrednio w jego napięte nagle jądra. W którym momencie jego członek został bezpośrednio połączony z reakcjami Harry'ego, Blake nie potrafił sobie przypomnieć. Nie mniej jednak, nawet gęsia skórka, która obsypała całą pierś Harry’ego, obudziła w Blake’u pasję o istnieniu której nie miał pojęcia. Chciał przesunąć językiem po niej i sprawdzić czy dzięki małym wzgórkom jego delikatna skóra stała się szorstka, ale zapanował nad sobą w ostatniej chwili. Wielka erekcja, niekomfortowo stłamszona w jego jeansach uświadomiła mu, że sytuacja wymknęła mu się spod kontroli. Nie miał się podniecać. Nie miał ochoty przyznawać Harry’emu racji. Bał się zdradzić wątpliwości, które zasiały ziarnko niepewności w jego umyśle. Obawiał się, że mężczyzna bez skrupułów wykorzystałby to, wkradając się w jego życie jeszcze głębiej. Zbyt idealny był.
Przycisnął więc usta do jego obojczyka, kryjąc tym razem twarz w zagłębieniu jego szyi. Chciał się schować. Ukryć swoje rozszalałe emocje. Nawet nie zdawał sobie sprawy, że boleśnie zaciska palce na nadal przytrzymywanym ramieniu Harry'ego.
Ogh
Jęk Harry'ego zlał się w jedno z nagłym włączeniem lamp.
Ból przeszył oczy obojga mężczyzn, a zaskoczenie sprawiło, że znieruchomieli jak posągi. Po kilku sekundach, gdy szpilki jasności przestały wbijać się w ich gałki oczne, obaj otworzyli oczy z wahaniem, próbując odzyskać wzrok.
Tylko po to, aby przekonać się, że cała trója ich przyjaciół stała nieopodal materaca wpatrując się w nich z przechylonymi na bok głowami i szczękami na podłodze.
Coś więcej niż tylko światło wypełniło pomieszczenie. Napięcie można było jeść łyżkami. Blake powstrzymał dreszcz, ale Harry drżał przez moment prawie niekontrolowanie. Co obudziło w nim cały nowy zestaw doznać i emocji.
Bez pośpiechu i delikatnie Blake oderwał usta od ramienia Harry'ego, z trudem godząc się na to rozstanie. On zwyczajnie jeszcze nie był gotów. Powoli rozluźnił uścisk na przedramieniu swojego towarzysza, który najwyraźniej przerażony tym, że może go opuścić, przylgnął do niego prawie z desperacją. To nie mógł być koniec najbardziej podniecającego momentu w jego życiu!
Blake podzielał jego odczucia, a przynajmniej tak podejrzewał. Uspokajająco zacisnął na chwilę uchwyt, nie ważąc się jednak na niego spojrzeć. Za to z poważną miną i spokojem, o który nawet sam siebie nie podejrzewał spojrzał w oczy swojej przyjaciółki, wyzywając ją, aby się odezwała. Prowokując, aby skomentowała to co zobaczyła. A mianowicie, że jej wieloletni przyjaciel zwariował.
 Kiedy ciężka, przytłaczająca cisza przedłużała się niekomfortowo, Blake takim samym spojrzeniem obrzucił Vicky, której oczy przypominały spodki i Ryana, który wyglądał na podnieconego i zażenowanego jednocześnie.
Żaden z nich nie zebrał się na odwagę, aby skomentować niesamowity widok, jaki rozpościerał się przed nimi. Dwóch pół nagich mężczyzn w czymś co wyglądało na namiętny uścisk.
Evette w końcu przeczesując dłonią włosy i nerwowo pocierając kark zwróciła się do wszystkich.
– Eee… hmm… taaa… no tego. Moja mikrofala umarła na śmierć – rzuciła Vicky mordercze spojrzenie, ale dziewczyna tylko zachichotała nerwowo. – Więc musimy odłożyć zdjęcia na później.
Kiedy Blake i Harry spojrzeli na nią z wysoko uniesionymi brwiami, Ev pospieszyła z wyjaśnieniami, rumieniąc się lekko.
– Coś robi spięcie jak tylko włączę wszystko, co mi jest potrzebne do zdjęć. Elektryk musi rzucić na to okiem.
 Trochę niezgrabnie Blake poklepał Harry'ego po plecach i gramoląc się wstał.
– Zajmę się tym – zaproponował bezmyślnie, już gotów ratować przyjaciółkę z opresji. Kobieta szybko jednak pokręciła głową.
– Kocham cię skarbie niemożliwie, ale nie pozwolę ci się tknąć elektryki!
– Ev od tamtego wypadku minęło ze dwadzieścia lat! – Blake zaprotestował irytując się lekko. Raz człowieka kopnie prąd i już wielkie halo. – Pracowałem…
– Bla, bla, bla… – Ev zatkała uszy jak mała dziewczynka. – Nie dotkniesz prądu!
Tłumiąc uśmiech Blake uniósł ręce w geście poddania. Kiedy fotografka z uśmiechem przytaknęła, musiał dorzucić swoje pięć groszy.
– Pozwól mi jednak zadzwonić w parę miejsc i znaleźć profesjonalistę.
Widząc jego zdeterminowaną minę kobieta uznała aczkolwiek niechętnie, że nie wygra i zgodziła się, rzucając mu spojrzenie przez przymrużone powieki.
– Ale ja za to płacę!
– Ev!
– Bo sama naprawię!
Po raz kolejny Blake padł pokonany.
– Dobra, dobra…
Szybko i skutecznie Ev wygoniła Ryana i Vicky do domu życząc im udanego weekendu i choć ociągali się umierając z ciekawości, co zaszło między Blake’iem i Harrym, to jego kamienna mina zniechęciła ich skutecznie. Ryan miał nadzieję wszystko wyciągnąć z Harry'ego, Vicky z Ryana.
Harry niechętnie i z ociąganiem wstał z materaca. Nie chciał, aby ten wieczór się skończył, aby on i Blake znów rozeszli się w swoje strony. Nawet nie mógł o tym myśleć, bo gula dławiła go w gardle. Samo patrzenie na niego z oddali było udręką i rozkoszą w jednym. Czuł się jak patetyczny idiota. Jakby miał znów szesnaście lat i burzę hormonalną niepozwalającą mu myśleć.
Zrezygnowany zrobił krok w stronę swoich ubrań, nawet nie patrząc gdzie idzie. Zresztą prawie nic nie widział bez okularów, a nie miał bladego pojęcia gdzie się podziały. Głośne chrupnięcie zabrzmiało w ciszy studia jak wystrzał.
Nawet nie musiał patrzeć pod stopę, aby potwierdzić swoje najgorsze obawy.
Z gigantycznego podniecenia przeskoczył na szok, potem zażenowanie, a teraz będzie po omacku wracał do domu. Sam. Miał ochotę płakać.
Głośne przekleństwo Blake'a zwróciło jego uwagę. Stał z Ev nieopodal, ale nie był w stanie określić jakie mieli miny.
– Cholera, zapomniałem o twoich okularach. – Blake miał ochotę pluć sobie w brodę. Z ciężkim westchnieniem spojrzał na swoja przyjaciółkę zwracając się do niej spokojnie. – Zdzwonimy się, okej?
Kobieta otwierała i zamykała kilkakrotnie usta, aby znaleźć jak najbardziej skuteczny protest, ale jedno spojrzenie na poważną minę Blake'a i szybko się pożegnała.
– Harry w porządku? – Upewniła się tylko wręczając Blake’owi klucze do studia. Ufała mu nie zachwianie. Choć może nie tak bardzo z biednym sercem Harry'ego. Nie wiedziała jednak co zrobić.
– Eeee… tak – odparł lekko zdezorientowany, próbując zrozumieć co się właściwie stało.
– W takim razie czekam na telefon od was. Obu!
– Dobrze mamo. – Blake nie mógł darować sobie sarkazmu. – Nic nie grozi twojemu małemu, nieporadnemu, niekpiącemu tyłków dwóm drabom Harry’emu. Zajmę się nim.
Kobieta parsknęła śmiechem machając im na pożegananie a Harry zaprotestował, co Blake zignorował równie skutecznie jak Ev, kiedy to jej pasowało. W końcu uczył się u mistrzyni.
Szybko, jednym ruchem wciągnął na siebie podkoszulek i drugi podał Harryemu. Tak, kiedy tylko się zbliżył jego ciało wariowało z niecierpliwości i oczekiwania. Na co, nie miał bladego pojęcia. Bezradność jego wróg, sprawiała, że znów był w podłym nastroju.
– Masz – wcisnął ubranie w dłonie zaskoczonego Harry'ego i przyjrzał mu się uważnie. Bez okularów oczy mężczyzny były jeszcze większe, rzęsy dłuższe i a źrenice lśniły. – Nic nie widzisz, prawda?
Harry nie zamierzał ani zaprzeczać, ani potakiwać, zwyczajnie ubrał się i chciał wyminąć większego mężczyznę. Mógł równie dobrze próbować ominąć granitową górę.
– Odkupię ci okulary…
– Nie kłopocz się, mam ze sto par…
– Dąsasz się? – zapytał Blake zdziwiony suchym, chłodnym tonem swojego przyjaciela.
Ramiona Harry'ego opadły, gdy jęknął z rezygnacją.
– Nie, nie dąsam się.
– Czyli jednak.
Zniecierpliwiony, zmęczony i nadal roztrzęsiony Harry w końcu skonfrontował go stając z nim praktycznie nos w nos. No może nos w brodę. Nie mniej jednak spojrzał twardo w oczy Blake'a. Musiał tylko udawać, że może oddychać, że jego całe ciało nie mrowi i że nie ma jak żywo wyryte w pamięci każdego dotknięcia i pocałunku. Pikuś.
– Czego chcesz Blake? Bo ostrzegam, możesz dostać więcej niż dasz radę przełknąć…
– Co robisz dziś wieczorem?
– Mam randkę z tobą? – zapytał Harry pełen nadziei nawet nie ukrywając entuzjazmu.
– Świetna próba, ale nie. Mam zamiar przypilnować, żeby twój kościsty tyłek nie wpakował się w tarapaty.
Harry zmarszczył brwi i spojrzał na niego zirytowany. Po sekundzie zastanowienia ze śmiertelną determinacją chwycił wielkie dłonie Blake'a i położył sobie na pośladkach mocno przyciskając.
– Mam seksowny, twardy, mięsisty tyłek. Ciasny jak jasna cholera – wycedził sarkastycznie z wyzwaniem przyglądając się zaskoczonemu Blake’owi. – Teraz przynajmniej nie będziesz mógł go krytykować, skoro miałeś okazję przekonać się własnoręcznie. – Po ułamku sekundy namysłu on też złapał Blake'a za tyłek i mocno ścisnął dwie idealne, apetyczne półkule, jęcząc cicho. Cała krew na raz zdecydowała ruszyć u niego na południe, więc zrobił krok wstecz, nie chcąc wybić biedakowi oka swoim prężącym się w nie wygodniej ciasnocie członkiem. – Tylko fair było, żebym i ja sprawdził jaki ty masz tyłek.
Nie żeby o nim śnił, fantazjował i tworzył nieziszczalne plany z nim w roli głównej. Absolutnie. Ślinka napłynęła mu do ust automatycznie, kiedy pierwsze wspomnienie uderzyło mu wprost w jądra. Kolejny jęk wyrwał się z jego gardła zanim zdołał się powstrzymać.
Harry musiał się poddać. 
Był bełkoczącą, jęczącą kupką nieszczęścia sfiksowaną na punkcie faceta, który szybciej skopałby mu dupę niż skorzystał z niej gdyby mu ją nadstawił.

***



Dlaczego, dlaczego, dlaczego?

Po jaką cholerę go pocałował?

Nawet nie raz, a wielokrotnie.

Sunął wargami po napiętej skórze Harry'ego i zaczynała płonąć po każdym muśnięciu. A przecież sprawdzał. Sprawdzał wciąż i na nowo całując kolejny skrawek, każde zagłębienie i wypukłość mięśni.

Zanim więc przepalone obwody w jego mózgu, napięciem które wytworzyło się między nimi, odcięły całkowicie rozsądek od dolnych partii jego ciała już wiedział, że jest zbyt słaby, aby się nie poddać.

Samo przypominanie sobie, że niewątpliwie powinien być hetero nie trafiało nagle do jego przekonania. Jakie to miało znaczenie? Tu wcale nie chodziło o niego. Chodziło o Harry'ego. To wszystko była jego wina. Wszystko kręciło się wokół jego osoby. Gdyby nie on…

Blake mógł być sobie hetero do bólu, ale jego nieokiełznany Mag był słodkim, kuszącym, chętnym gejem. Wabił go i dręczył swoim pożądaniem, którego nie ukrywał. Fascynacją Blake'a osobą i tęsknotą w każdym spojrzeniu. Jak miał pozostać obojętnym? Jak miał zignorować skoro jego ciało wydawało się być dostrojone do potrzeb i pragnień Harry'ego?

Teraz też nie potrafił oderwać oczu od kształtnych pośladków wyprzedzającego go na stopniach mężczyzny. Nadal czuł je w dłoniach. Były idealne. Wypełniały wnętrze jego rąk jakby były dla niego stworzone. Dla niego i jego przyjemności.

Samo to jak Harry ruszał się płynnie i z gracją, wchodząc po schodach do swojego mieszkania było hipnotyzujące. Szczupłe biodra kołysały się prawie niezauważalnie. Przez jego absurdalnie wąskie spodnie widać wyraźnie było jak pracują mięśnie jego długich nóg. Intrygowało go irracjonalnie bardzo, czemu nie widać było linii bielizny Harry'ego i czy dałoby się wsunąć dłoń pod tak ciasno przylegający materiał.

Proste plecy mężczyzny ujawniały jednak to, że był spięty i nerwowy. Każdy gest go zdradzał. Dłoń miał kurczowo zaciśniętą na poręczy i wysoko zadarty podbródek, jakby już zawczasu stawiał czoła Blake’owi.

Rozważając jednak wszystko, co się zdarzyło w przeciągu kilku ostatnich godzin Blake postanowił posegregować swoje priorytety. Zdecydowanie zatem, pożądanie, które zaczął odczuwać do Harry'ego było numerem jeden na jego liście. Ekskluzywne mieszkanie w centrum, o pięć kroków od studia Ev, bogato urządzone wnętrza i drogie wyposażenie, były zaraz potem w kolejce na jego liście „słodki tyłek Harry'ego w ogniu, jeśli nie ma dobrego wyjaśnienia”.

Usiłując zapanować na złością i tysiącem innych emocji, Blake zrezygnował z rozglądania się po mieszkaniu Harry'ego. Nie chciał stracić z oczu najważniejszego problemu. Nie chciał się rozpraszać. Dać odwieść od swojego najważniejszego dylematu tymi pięknymi, nieufnymi oczami. Zwłaszcza, że pomimo tego, iż mężczyzna wpuścił go do środka bez słowa, to stał teraz, nerwowo zagarniając swoje blond włosy za ucho, unikając jednocześnie spoglądania na niego dłużej niż przez sekundę. Zresztą Blake’owi wystarczało jedno zerknięcie, aby zorientować się, iż po seledynowo kremowych ścianach salonu spływała gruba kasa. Zbyt wiele takich domów widział w swojej karierze, aby nie rozpoznać markowych rzeczy i modnego umeblowania. Nie miał najmniejszej wątpliwości, że kilka par drzwi, które wychodziły z salonu w różne strony, kryły za sobą równie bogate wnętrza.

Każdy kąt wręcz wrzeszczał: Wielkie pieniądze!

Szokowało go to, że nie wywarło to na nim tak wielkiego wrażenia jakby się mogło wydawać, ale z kolei miał pilniejsze sprawy na głowie.

Ostatecznie po kilku minutach stania w ciszy i kontemplowania siebie na wzajemnie, nerwy Harry'ego nie wytrzymały napięcia i wymuszając sztuczny uśmiech, zwrócił się do Blake'a jak najnaturalniejszym tonem. Co wyszło mu raczej średnio i migiem zdradziło jego wzburzenie.

– Dzięki za eskortę – powiedział, praktycznie wskazując mu drzwi. Nie chwycił za klamkę tylko dlatego, że był dobrze wychowany i za wszelką cenę chciał zachować choć odrobinę godności. – Mam mnóstwo okularów, tak że nie masz się co przejmować. Właściwie chyba zacznę znów nosić szkła kontaktowe – paplał nerwowo zaplatając i rozplatając dłonie. – Jak widzisz nic mi tu nie grozi. Do budynku wpuszcza odźwierny.

– Bardzo dobrze. – Blake zaplótł ramiona na piersi i wbił w niego spokojne spojrzenie.

– Nie chcę zabierać ci czasu…

– Nie śpieszy mi się.

Różowe usta Harry'ego rozdziawiły się na chwilę i z trzy razy odgarnął włosy za ucho, zanim do końca przeanalizował słowa Blake'a. Ostatecznie z mieszaniną determinacji i rezygnacji, wypuszczając wolno powietrze poddał się bez walki.

– Proszę rozgość się zatem… – wskazał kanapę. – Albo jeśli masz ochotę na coś do picia, to tam znajdziesz lodówkę. – Machnął nieskoordynowanie w bliżej nieokreślonym kierunku sugerując, iż tam znajdzie kuchnię. – Poczęstuj się. Ja idę założyć szkła kontaktowe. – Właściwie nie dał za dużego wyboru Blake’owi, bo bez słowa więcej zniknął za drzwiami, które Blake podejrzewał, musiały należeć do jego sypialni.

Nie więcej niż minutę zajęło Blake’owi podjęcie decyzji o tym, że potrzebował drinka. Ostatecznie choć jednego piwa. Wszystko gotowało się w nim i nie znosił tego uczucia. Emocjonowanie się na serio go irytowało. On zdecydowanie nie nadawał się do tego. Miał więc ogromną nadzieję, że znajdzie coś zdolnego go znieczulić, wyruszając na poszukiwanie kuchni. Po za tym, zajęte dłonie utrudniały zrobienie czegoś głupiego. Jak na przykład uchwycenie w garście i ściśniecie ślicznego, muskularnego tyłeczka Harry'ego, aby się upewnić, że był tak jędrny jak pamiętał.

Choć może powinien sprawdzić dla pewności, bo żaden facet nie powinien mieć tyłka tak idealnego.

Kuchnia oczywiście spełniała wszystkie jego wyobrażenia i jeszcze więcej. Nie mrugnął więc nawet okiem otwierając wielką dwudrzwiową lodówkę. Jego jedyne i priorytetowe zainteresowanie. Całą resztę można było oblać i podpalić. Chłód owiał jego rozpaloną twarz i trochę go to otrzeźwiło, więc przymknął na sekundę powieki z ukontentowaniem. Wnętrze było bogato wypełnione i mógłby bez spocenia się wykarmić wielką bandę ludzi, jego i tak interesowała tylko jedna rzecz. Ładne, równiutkie rządki przedrożonej marki piwa, które stały po lewej stronie jednej z półek. Ogromne westchnienie ulgi wymknęło mu się i echem odbiło się w pustej kuchni, wdzięczy był więc, że miał kilka minut samotności, zanim będzie musiał ponownie stawić czoło Harry’emu.

Musiał pozbierać myśli.

Jedyny problem z tym był taki, że nie wiedział właściwie co dalej. Co właściwie tutaj robił? Odstawił Harry'ego do domu bezpiecznie i bezproblematycznie, i powinien zwijać żagle zanim zrobi coś głupiego. Zostanie w jego mieszkaniu prosiło się o kłopoty. Nie był idiotą. Wiedział jak to wszystko może się skończyć, zwłaszcza jeśli sprowokuje swojego gospodarza. Skonfrontowanie go będzie równoznaczne ze skonfrontowaniem własnych refleksji, uczuć i wątpliwości. Będzie przyjęciem ich do wiadomości.

Pełne erotyzmu migawki ze sesji zdjęciowej, która zagotowała mu krew w żyłach, zalały jego umysł, gdy wędrował po mieszkaniu bez celu. Każdy dotyk, otarcie skóry o skórę wróciło do niego jak żywe. Czuł pracujące, napięte mięśnie i objęcia tak szczelne, że nie tylko otaczający świat nie miał szansy się między nich wedrzeć, ale też i rozsądek znalazł się gdzieś po za nawiasem. Pamiętał nagle każdy detal. Zadawanie sobie na okrągło pytań: dlaczego, jak i po co - nie zbliżało go ani o krok do odpowiedzi, to też poddał się.

Czy to miało zresztą jakiekolwiek znaczenie?

Był on i Harry. Na tym wszystko się zaczynało i na tym wszystko się kończyło. Egzystencjonalne pytania i psychologiczne rozterki nie miały w tym momencie znaczenia. Harry był mężczyzną. Fakt.

Ale jakim mężczyzną. Przystojnym z tą swoją niedbałą urodą, blond długimi włosami i uśmiechem, który odbijał się na całej jego twarzy, fascynującym z powodu wiecznej otoczki tajemniczości i prywatności, której strzegł tak zawzięcie i odważnym, bez obaw stawiając czoła niebezpieczeństwu, choć to nawet nie była jego walka. Nawet nie próbując potrafił wryć się człowiekowi w pamięć, myśli i emocje. To było w nim najlepsze. Po prostu był.

– Miałem nadzieję, że wyszedłeś – odezwał się Harry cicho, stając w progu swojej sypialni, odświeżony i przebrany. Znoszone spodenki i t-shirt obejmowały jego ciało jak wygodna, często używana rękawiczka. Na swoim terenie, w komfortującym, domowym ubraniu wydawał się odzyskać pewność siebie i determinację.

Blake był bardzo dumny, że nie wzdrygnął się na dźwięk jego głosu. Niby był przygotowany i spodziewał się, ale i tak był spięty wystarczająco, żeby jego wnętrze napinało się jak cięciwa. Wolno, zbierając się w sobie, odwrócił się do Harry'ego unosząc brew z ironią.

Mężczyzna opuścił na sekundę spojrzenie wkładając dłonie w kieszenie, nie dodał jednak nic więcej, zrzucając interpretację swoich słów na Blake'a. Gdyby nie fakt, że zagryzał wargi nerwowo pozostawiając czerwone ślady na delikatnej skórze, wydawałoby się, że jest absolutnie opanowany.

Blake zastanawiał się co z jego twarzy można było wyczytać. Bo były cholernie kontent gdyby ktoś mu podpowiedział, co czuje. W tym momencie był tak skołowany, że nie wiedział w którą stronę uciekać.

– Na dłuższą metę to i tak nic by nie zmieniło – oznajmił bardziej do siebie niż do Harry'ego, ale wydawało się, że mężczyzna i tak go nie słuchał.

– Myślałem, że mogę… – zaczął Harry cicho, wolno ruszając do kuchni. Nie sprawdzał czy Blake udał się za nim, zwyczajnie sięgnął do lodówki, wyłowił dla siebie piwo i wspierając się ciężko plecami o drzwi urządzenia, wypił pół butelki.

– Że co możesz? – pytanie się było idiotyzmem, ale Blake uznał, że nie pierwszym i nie ostatnim w jego życiu.

– Udawać – odparł jego przyjaciel spokojnie. – Wydawało mi się, że dam radę ukrywać przed tobą co czuję. Schować moje pragnienia i potrzeby, i zachowywać się jakbym nie wariował na twoim punkcie ilekroć jesteś w zasięgu mojego wzroku. Nie przewidziałem tylko, że to będzie takie…bolesne.

Opuszczając spojrzenie na podłogę Blake spróbował zaabsorbować słowa swojego gospodarza. W końcu nie mówił nic, czego sam podświadomie nie wiedziałby. Problem jednak był taki, że nie wiedział, co na to odpowiedzieć. Miał mu zabronić? Stwierdzić, że robi z igły-widły? Że nic ich nie łączy albo, że nie wie co gada? Co czuje?

Dotykało go gdzieś w środku to, że wzbudzał w kimś tak silne emocje. Wkurzało, że zmieniał się w głodnego uczuć napaleńca.

– Samo przebywanie w twoim towarzystwie zmienia mnie w chodzący wzwód. Myślę o tobie nie robiąc sobie nawet przerwy na jedzenie, a jak już jem zastanawiam się co sam lubisz, śpię wyobrażając sobie, że zasypiam z głową na twoim ramieniu z twoim wielkim, twardym członkiem zanurzonym we mnie po nasadę… – Harry nie przerywał sobie ignorując fakt, że oczy Blake rozszerzyły się komicznie, a ponętne usta rozchyliły się z szoku. – Kiedy cię nie widzę zastanawiam się co zrobić, aby cię zobaczyć i nie zrobić z siebie napalonego idioty, który ślini się ilekroć rzucisz choć jedno spojrzenie w moją stronę. Gdy jednak jestem przy tobie, zastanawiam się ile wytrzymam zanim będę musiał uciec, bo inaczej zrobię coś, za co skrócisz mnie o jaja. – Stwierdzeniu towarzyszyło cyniczne parsknięcie. Cokolwiek jednak jeszcze cisnęło mu się na usta zostało utopione w piwie. Najwyraźniej mężczyzna już żałował, iż rozluźnił żelazny zacisk na swoim opanowaniu.

Wspierając ręce na biodrach Blake spojrzał na jego zaczerwienioną lekko twarz, szybko opadającą pierś i zmarszczone brwi. Nie dał się nabrać na chowanie za butelką. Harry drżał na całym ciele. Czy był jednak przerażony, czy po prostu odwalało mu do końca, tego nie chciał nawet zgadywać.

– Rozumiem, że to wszystko moja wina? – zapytał prowokacyjnie nawet nie ukrywając ironii. Dumny, że właściwie dał radę wykrztusić cokolwiek. Harry jednak rzucił mu tylko wymowne spojrzenie i wrzucając butelkę do kosza, ruszył do telefonu na ścianie.

– Oczywiście, że twoja wina. Jesteś sobą. To w zupełności wystarczy.

– Nie przypominam sobie jednak, abym zmuszał cię do urywania tego co myślisz… lub czujesz.

– Bardzo dobrze więc. Dłużej tego nie zamierzam robić. – Spoglądając Blake’owi w oczy z wyzwaniem, Harry przyłożył słuchawkę do ucha. – Zamawiam pizzę z wszystkimi dodatkami. Masz dokładnie piętnaście sekund na zastanowienie. Zostajesz na kolacji. Nie miej złudzeń jednak, to będzie randka ze mną albo… – zawiesił głos wymownie – albo zamawiam tylko jedną pizzę… – oświadczył twardo.

W ciszy, która wypełniła kuchnię dało się usłyszeć jak zdenerwowana kobieta, w słuchawce, po raz któryś z kolei pyta Harry'ego co zamawia. Jakim cudem nie było słychać bicia ich serc, żaden nie wiedział. Jedna chwila nagle znaczyła tak wiele, że obaj bali się co przyniesie kolejna decyzja, którą podejmą. Na kogo spadnie większa odpowiedzialność, za to co im się przydarzy?

– Dla mnie podwójny ser – rzucił w końcu sucho Blake sięgając po kolejną butelkę piwa, jakby był u siebie w domu. Nie czekał, aż Harry zamówi, tylko ruszył do salonu, aby usiąść na drogiej skórzanej sofie. Była przepastna i wielka. Wchłonęła go w swoje objęcia i kusiła możliwością relaksu i odpoczynku, na który absolutnie sobie zasłużył. Cokolwiek się stanie, przynajmniej będzie mu wygodnie.

A jeśli pizza nie pomoże na jego roztrzęsiony żołądek, to już sam nie wiedział co dalej. Bo Bóg mu świadkiem, ale trzymanie się od Harry'ego z daleka nie pomagało też.

Zanim zdołał wypić połowę swojego piwa, Harry wszedł do salonu z determinacją wymalowaną na swojej przystojnej twarzy. Cień jasnego zarostu zaczął pokrywać jego wysuniętą w nieugiętym geście żuchwę.

– Pizzeria jest za rogiem, więc mamy ze dwadzieścia minut top… – rzucił podchodząc do Blake'a. Bez słowa pchnął większego mężczyznę na oparcie sofy i usiadł okrakiem na jego kolanach, zanim tamten zdołał wydusić choć słowo protestu. – Miejmy ten cholerny pocałunek z głowy i zjedzmy jak ludzie. – Objął twarz Blake’a w dłonie i zmiażdżył ich usta w głębokim, desperackim pocałunku jak zgłodniały człowiek. Nie było siły, która by go mogła powstrzymać.

Blake zachłysnął się oddechem, a jego stłumiony protest pozwolił tylko pogłębić Harry’emu pieszczotę. Zawładnął jego rozchylonymi ustami i wślizgnął się jeszcze głębiej w gorącą, wilgotną pieczarę. Obaj jęknęli. Oddechy zmieszały się, a wibracje, które pomknęły po ich złączonych wargach były jak pieszczota sama w sobie. Drgnięcia spenetrowały ich złączone usta i języki. Starli się więc splatając je ciasno i wpijając się w siebie z pasją, która zaskoczyła obu mężczyzn. To był refleks. Pierwszy kontakt i ich ciała przejęły władzę.

Podniecenie zasnuło ich umysły. Jakby lata głodu i niezaspokojonych potrzeb nagle skumulowały się w tym jednym pocałunku. Napięcie pompowało krew w ich żyłach. Dreszcze wstrząsały ich ciałami od środka. Huragan uczuć porwał wszystkie opory, choć Blake próbował zatrzymać tę chwilę tu i teraz. W obronnym geście chwycił biodra Harry'ego i praktycznie zmiażdżył delikatne kości w ciasnym uchwycie. Jęk bólu Harry’ego jednak tylko go sprowokował, aby wepchnąć głębiej język. Ukarać go ze to, że wszystko między nimi zmieniał. Harry jednak nie był nieśmiały. Nie był bezwolny. Nie przyjmował kary potulnie. Ssał i pieścił jego wargi jak opętany. Zgłębiał każdy zakamarek. Praktycznie miażdżył jego głową w własnym potężnym uścisku. Sapiąc głośno i jęcząc pieścił wnętrze jego ust jakby nie mógł się nasycić. Gorączka promieniowała na ich całe ciała z miejsc w których się stykali. Delikatny zarost na ich policzkach ekscytował i poruszał coś głęboko w ich wnętrzach. Nie było złudzeń, że to dwóch mężczyzn się całowało. Muskularnych, silnych, z naprężającymi się pod skórą mięśniami i praktycznie drastycznymi uściskami wielkich dłoni.

Nawet cień wahania nie towarzyszył temu pocałunkowi, więc i Blake się nie wahał.

Tak dawno nikt go nie całował. Nikt nie pragnął z wystarczającą desperacją, by wpić się w jego usta i przylgnąć całym ciałem, unieruchomić. Wystarczająco mocno, aby zdławić jego nieprzekonywujący protest i dać mu dokładnie to czego nie wiedział, że potrzebował. Krew buzowała mu w uszach, a oddech, który utknął mu w gardle skumulował wszystkie uczucia w piersi, to też prawie rozpierały go od wewnątrz. Wręcz bolało go jak bardzo pragnął Harry'ego. Bolało w całym ciele. Jego członek zbudził się do życia w ułamku sekundy, kiedy tylko zasmakował ust swojego przyjaciela i nadal tylko twardniał z każdym westchnieniem i mruknięciem. Samo to jak bardzo wił się w jego rękach, próbując jeszcze bardziej zbliżyć było ekscytujące.

Objął mniejszego mężczyznę w pasie i przyciągnął jeszcze bliżej do siebie, tak że Harry musiał klęknąć unosząc się z jego kolan. Zapach jego podniecenia stał się nagle tak intensywny, że w głowie Blake’a wirowało. Twardy członek mężczyzny wbijał się w jego pierś i duma wypełniła jego umysł. To on mu to zrobił.

Przeraźliwy dźwięk dzwonka do drzwi był jak nieprzyjemny zgrzyt na ich rozedrganych, rozpalonych nerwach. Nowa pasja wstąpiła w Harry'ego jakby się bał zakończyć ich pocałunek. Jakby chciał się nasycić na zapas. Jego ślizgi, gorący język naznaczył Blake'a, ale to wydawało się nie dość, bo tylko całował go mocniej i namiętniej.

Drugi dzwonek, sparaliżował ich umysły. Z jękiem rozpaczy, liżąc dolną wargę Blake'a, Harry oderwał się w końcu od niego. Miał minę rozdartą między rozkoszą nadal płynącą w jego żyłach, a rozpaczą. Z widocznym wysiłkiem wziął się jednak w garść i zeskoczył z kolan Blake'a.

– W samą porę – rzucił bez tchu, robiąc dwa kroki w stronę drzwi, tylko po to, aby wrócić z niepewną miną i znów zrobić dwa kroki w tył. Jego ciemne oczy lśniły, a opalone policzki mieniły się gorącymi rumieńcami. Nerwowo zaczesywał włosy za ucho i wydawało się, że pocałunek wstrząsnął nim równie mocno jak Blake’iem, bo stał niepewny, co miał właściwie zrobić.

Na obecną chwilę Blake spróbował stłumić idiotyczne poczucie dumy, że wytrącił mężczyznę z równowagi i udawać, że prawie nie eksplodował w spodnie, gdy mały tyłeczek Harry'ego tańczył na jego przekrwionej, twardej niczym stalowa rura erekcji.

– Harry – wymamrotał cicho, litując się nad motającym się przyjacielem. Kiedy rozpalone spojrzenie spoczęło na nim, długi dreszcz przebiegł mu po plecach. – Pizza… – dodał chrapliwie walcząc z sobą, aby wykrztusić te słowa, zamiast chwycić Harry'ego za rękę i ponownie pociągnąć na swoje kolana.

Oczy mężczyzny rozbłysły, a kolejny rumieniec wypłynął na jego szyi i policzkach.

– Pizza! Tak! Pizza! – Pstryknął palcami jakby go właśnie olśniło. Biorąc głęboki oddech rzucił Blake’owi szeroki uśmiech, nagle opanowany i pozbierany, i poprawiając bezwstydnie, obscenicznie wypychający jego spodenki sztywny członek, ruszył do drzwi. – Widzisz miałem rację. Teraz ty będziesz mógł się zrelaksować nie zastanawiając całą kolację, kiedy rzucę się na ciebie zrywając z ciebie całe ubranie plus skarpetki, a ja będę mógł wreszcie przestać się zastanawiać jak to jest pocałować cię… – stwierdził z całym przekonaniem dumnie się uśmiechając. Nie dał jednak Blake’owi czasu na zastanowię nie czy reakcję, bo z rozmachem otworzył drzwi i zaczął piszczeć.

Zanim zdenerwowany Blake zdołał się zerwać z kanapy, zapanować nad uginającymi mu się, drżącymi kolanami i popędzić, aby zobaczyć co się stało, Harry już był zgnieciony w ciasnych, zaborczych ramionach wysokiej, smukłej brunetki.

Gdyby ktoś zdzielił go w pięścią w brzuch, chyba byłby mniej zszokowany i obolały na widok mężczyzny, który przed paroma chwilami rozpływał się w jego ramionach, a teraz ze śmiechem i radością obściskiwał piękną kobietę, entuzjastycznie obcałowującą go i piszczącą z radości.

Złość, niepewność i duża dawka rozczarowania zburzyła krew Blake’a równie skutecznie jak pocałunki Harry'ego. Jego wieczór definitywnie nie tak miał się skończyć! Nie był do końca pewien jak miał się skończyć, ale na pewno nie z Harrym w ramionach kogoś innego.

Zaplatając ramiona ciasno na piersi, stłumił palącą potrzebą, aby ich rozdzielić. W końcu jedwabna, granatowa sukienka molestującej jego przyjaciela baby mogłaby się pognieść. A tak idealnie pasowała do ekskluzywnego mieszkania Harry'ego. Była perfekcyjna i piękna w tym swoim drogim stroju, obwieszona biżuterią z fryzurą prosto od fryzjera. Nie wiedział skąd to wiedział, ale miał cholerne przeczucie, że ta kobieta wiedziała jak zrobić wrażenie i była na to nastawiona całą sobą.

Ostatecznie po kolejnej rundzie pisków i śmiechów, Harry oderwał od siebie nieznajomą i przyjrzał jej się z aprobatą.

– Michelle nie widziałem cię wieki! – Pokręcił głową jakby niedowierzał oczom. – Wyglądasz jak zwykle cudownie.

Michelle pacnęła go ręką z kokieteryjnym uśmieszkiem na uszminkowanych ustach.

– A ty jak zwykle szarmancki. – Przylgnęła do jego boku i zadarła głowę, aby spojrzeć mu w oczy zalotnie. – Tak dobrze cię znów zobaczyć.

Wielki uśmiech wypłynął na usta Harry'ego. Kątem oka musiał jednak dostrzec Blake'a, bo rumieńce wypłynęły na jego policzki. Chwytając swoją znajomą za rękę pociągnął ją w jego stronę. Iskierki radości i zażenowania błyszczały w jego oczach, gdy stanął przy jego boku, prosząc go wzorkiem o wyrozumiałość.

– Blake chciałbym ci przedstawić moją… – zaczął z entuzjazmem, który zaczął znikać, gdy kobieta spojrzała na niego z uniesioną brwią, twardym wzrokiem. – …moją, moją… byłą-niedoszłą narzeczoną… że tak to ujmę – stwierdził z wahaniem, marszcząc brwi z zamyśleniem. W końcu doszedł do wniosku, że tylko wyjaśnienia go uratują. – Tak czy inaczej, to zamierzchła przeszłość, ale przyjaźnimy się i mamy wielki ubaw z tego. Blake to jest Michelle Belmont. – Z nadzieję i obawą zerknął na Blake'a i widząc jego ponurą minę, praktycznie uwiesił się na jego ramieniu, przylgnąwszy do jego boku. Chyba nie mógł dać wyraźniej do zrozumienia, gdzie leży jego zainteresowanie i uczucia. Nic nie mogło mu teraz stanąć na drodze do zdobycia Blake’a, nawet jego przyjaciółka. Zbierając się w sobie rzucił niepewne spojrzenie, stojącej nieopodal lekko zdenerwowanej kobiecie. – Michelle poznaj mojego przyszłego-bo-nie-tracę-nadziei chłopaka Blake'a Rattisa. – Kiedy oboje na niego spojrzeli wysoko unosząc brwi, wzruszył ramionami i wyszczerzył zęby w speszonym uśmiechu. – Opiera się, póki co…





Rozdział siódmy



Mięśnie Blake'a były zbyt ciasne, zbyt napięte, aby tak naprawdę potrafił się cieszyć joggingiem, nie mniej jednak i tak parł do przodu jak dobrze naoliwiona, idealnie zsynchronizowana maszyna. Pewne, równe oddechy, spokojny rytm i skupienie na własnym ciele. A przynajmniej walczył o to z każdym metrem, który pokonywał. Głuchy odgłos jego kroków na żwirowej ścieżce działał na niego zazwyczaj hipnotyzująco, tym razem jednak rezonował nieprzyjemnie w jego czaszce. Łydki, uda, brzuch były naprężone jak stalowe liny. Słońce było zbyt jasne, a wiaterek owiewający jego rozgrzaną skórę zbyt chłodny. Wkurzało go nawet radosne ćwierkanie ptaszków. Mijający go ludzie wydawali się gapić, to też miał ochotę warczeć na wszystkich, żeby się odwalili.

Irracjonalna złość i napięcie nakręcało spiralę stresu rezonując w całym jego organizmie. Ochoczo uderzyłby w coś z całych sił, by poczuć ból promieniujący z jego otartej pięści i wreszcie poczuć się znów pewnie. Znów we własnej skórze, uziemiony i realny. Bieganie po parku dawało mu zawsze czas na wyłączenie się, relaks i odpoczynek od codziennego życia, i był tanim sposobem na utrzymanie kondycji, pomimo całej tej ciężkiej pracy, którą wykonywał każdego dnia. Tego konkretnego dnia jednak wydawało się, że nic nie jest wstanie rozluźnić węzła zaciśniętego w każdym mięśniu jego ciała. Jego umysł też nie pomagał sytuacji.

Nic nie było wstanie oderwać myśli od Harry'ego i wieczoru, który jak idiota, spędził z nim i jego byłą–niedoszłą narzeczoną. Sama myśl o niej jeżyła mu włoski na karku. Bezdźwięczne warknięcie rodziło się w jego piersi instynktownie, ale klnąc w myślach, zdławił je z wysiłkiem.

Nie miał zamiaru się przejmować Michelle Jak–jej–tam. Co go obchodziła jakaś tam piękna, inteligenta, bogata kobieta, którą łączyła z Harrym wspólna przeszłość? I która bez dwóch zdań wątpliwości chciała ponownie zacisnąć na nim swoje pazury?

Och, mogła mamić tego biednego naiwniaka o swoich przyjacielskich, niewinnych zamiarach ile chciała, Blake jednak nie był tak łatwowierny.

Te gesty, te wspólne wspominki, śmiech z żartów, które rozumieli tylko oni, to subtelne wkraczanie między Harry'ego a Blake’a, nie zwiodły go ani na sekundę.

Szkoda tylko, że jego przyjaciel był zbyt dobry i zbyt ufny, aby dostrzec stalowy błysk w jej pięknych oczach. Dla niego była radosną ciepłą kokietką, która wpadła, aby powspominać dawne dobre czasy i przyjaźń, która ich łączyła kiedyś. Odnowić kontakt, bo zbyt się od siebie oddalili.

Dla Blake'a jednak była… rywalką, choć on nawet nie stawał do walki o Harry'ego. Był za niego odpowiedzialny. Musiał strzec jego bezpieczeństwa, nawet jeśli to jego serce, a nie ciało w chwili obecnej znajdowało się w zagrożeniu. Napad i bicie mogło być niebezpieczne, ale czy wpadnięcie w pułapkę takiej harpii było lepsze?

Furia na nowo wezbrała mu w coraz ciężej opadającej, od płytkich oddechów, piersi. Dłonie samoistnie zacisnęły mu się w pięści. Nawet nie widział już gdzie biegnie, choć jego nogi same prowadziły go w pamięci wyrytymi traktami. Przekroczył próg zmęczenia, po którym już tylko się pływa we własnej głowie, a reszta świata znika.

Czemu się przejmował? Czy nie chciał, aby Harry dał mu spokój? Czy nie lepiej było trzymać się z daleka, teraz kiedy miał realną szansę wymknąć się jego uwadze?

Nie, nie było lepiej.

Musiał z nim pracować, bo nic na świecie w chwili obecnej nie zmusiłoby go do rezygnacji ze zdjęć. Będą więc się spotykać czy chce, czy nie chce. Po za tym dopóki Lou i Benny nie są zamknięci na cztery spusty nie było mowy o tym, że spuści go z oka.

Nic jednak nie tłumaczyło jego zachowania poprzedniego wieczoru.

Nawet nie potrafił znieść zażenowania, które odczuwał ilokrotnie wspomniał sobie to jak uśmiechał się i udawał kulturalnego, przyjacielskiego, wyrozumiałego faceta, kiedy jedyne czego chciał to zacisnąć serwetę – którą Michelle położyła sobie z grymasem na kolanach, aby przyłączyć się do ich na szybko zmontowanej kolacji z pizzy, którą wcześniej zamówił Harry i sałatki z tego co się znalazło w lodówce – na jej szyi i patrzeć jak się dławi ich pizzą z podwójnym serem i wszystkimi dodatkami.

Słuchał ich paplania, opowieści z dawnych lat, przyglądał się rumieńcom coraz częściej zalewającym twarz Harry'ego i wtrącał, całkiem logiczne, grzeczne pytania w odpowiednich momentach. W głowie jednak triumfował cicho: to mnie pragnie, bo godzinę temu jego wielki, twardy członek wbijał się w mój brzuch, to mnie całował do utraty tchu, to o mnie myśli, kiedy tak zerka ukradkiem jakby się chciał upewnić, że nadal tu jestem. Możesz próbować ile chcesz, ale ja nie zniknę.

Jej aluzje, pytania osobiste i delikatne przytyki spływały po nim jak woda. W końcu Harry doskonale go znał. Wiedział o nim więcej niż jego własna rodzina. Nie miał złudzeń na jego temat. Co jak co, ale przecież upewnił się, aby Harry zdawał sobie sprawę z tego, że nie jest nikim więcej niż ciężko pracującym, borykającym się z problemami socjalnymi, prostym mężczyzną. Wytykanie jego wad Harry’emu prosto w twarz, przez sprytną, zdeterminowaną kobietę nic nie zmieniało między nimi. Zabawne jednak było wiedzieć o tym i patrzeć jak się wije próbując.

Obrzydzało go jak wiele satysfakcji odczuwał, kiedy po kolacji i kilku lampkach wina, którego Blake sam osobiście nie znosił, a do picia którego namówiła Harry'ego jego przyjaciółka, ponownie subtelnie dyskredytując go w oczach ich gospodarza, mężczyzna dość aluzyjnie zasugerował jej, aby zakończyć nurzanie się w przeszłości jak na jeden wieczór.

Pobudzenie i ekscytacja praktycznie biły z niego, i coraz trudniej było ukryć Harry’emu, że tak naprawdę chce zostać tylko z Blake’iem. Pierwsza ekscytacja dawno niewidzianą kobietą minęła i wróciło napięcie, i podniecenie, na samą myśl, że zostaną w końcu sami.

Blake nie potrafił przejść do porządku nad tym jak wielkim tchórzem się okazał. Wszystko skręcało się w nim i zawstydzenie płonęło na jego spoconej twarzy.

 Był za drzwiami z jakimś lakonicznym usprawiedliwieniem i żałosnym pożegnaniem na ustach, zanim Harry zdołał zaprotestować, zanim sam właściwie wiedział co robi.

Michelle nie protestowała. Uśmiechała się szeroko, przytulając do jego boku i entuzjastycznie wyrażając zachwyt faktem, że będą mieli dla siebie więcej czasu. Stali w otwartych drzwiach patrząc za nim. Zaskoczony, smutny Harry i Michelle ciasno przyciśnięta do niego, kurczowo trzymając się jego ramienia.

Do teraz wściekłość dławiła Blake'a.

Był wściekły, że chciał wrócić do mieszkania swojego nowego przyjaciela. Że nie został. Że nie wyszedł wcześniej.

Do furii doprowadzało go, że się przejmował, kiedy wolałby być obojętny jak zawsze.

Gardził sobą, bo wiele satysfakcji sprawiało mu, że nie zaprzeczył, kiedy Harry przedstawiając go tak otwarcie i bezczelnie oświadczył, że uzurpował sobie do niego prawo jakby już go zdobył i podbił.  

Dysząc ciężko wbiegł do swojego mieszkania. Pot lał mu się strumieniami po ciasnej, rozpalonej skórze. Słone krople spływały wzdłuż jego kręgosłupa, po jego czole i szyi. Zalewały oczy. Czarna koszulka nieprzyjemnie kleiła się do jego piersi. Czuł się wykończony psychicznie i fizycznie. Jedno spojrzenie na zegarek i już nawet miał niejakie wyjaśnienie swojego stanu. Biegał ponad godzinę, a to było zdecydowanie za długa na myślenie.

Zwłaszcza, że nie był bliżej znalezienia odpowiedzi na doprowadzające go szaleństwa pytania niż o piątej rano, kiedy w końcu poddał się i wstał po nieprzespanej praktycznie nocy.

Jedyny plus był taki, że o siódmej rano mógł prawdopodobnie bez problemu zadzwonić do firmy budowlanej Jareda Satona spodziewając się, że kogoś tam zastanie.  

W pierwszej kolejności jednak musiał spłukać z siebie pot, wątpliwości i stres. Może nie potrafił zapanować nad problemami, które piętrzyły się przed nim, ale zdecydowanie mógł zacząć je po kolei rozwiązywać.

A priorytetem zawsze była Evette.

Letnia woda pozwała na to, aby mógł dłużej postać pod prysznicem. Normalnie miał jakieś dziesięć minut i lepiej było dla jego własnego dobra, żeby zmieścił się w tych ramach czasowych, jeśli nie chciał, aby jego jądra były skurczone do wielkości orzechów włoskich przez cały dzień.

W tym momencie jednak potrzebował ochłody. Musiał ostudzić swoje ciało i umysł. Harry towarzyszył mu przez cały czas, kiedy się rozbierał z przesiąkniętych, cuchnących ubrań i kiedy wchodził do chłodnej, śliskiej kabiny. Nie odpłynął z wodą, choć Blake bardzo się starał, aby wyrzucić z umysłu jego twarz.

To była walka, której nie mógł wygrać.

Stał spięty i jednocześnie zrezygnowany z dłońmi sztywno wspartymi o białe, tanie kafelki. Po pochylonej głowie, karku i plecach spływały mu strugi wody, ale nie zabierały jego rozdrażnienia ze sobą. Nie miał nawet siły, aby się umyć. Mógł jedynie stać z szczelnie zaciśniętymi powiekami, walcząc, aby jego serce przestało tak szaleńczo bić w jego piersi.

Co miał począć?

Dlaczego Harry mu to zrobił?

Głowa pulsowała mu z bólu skumulowanego za jego gałkami ocznymi. Kark przypominał żelazny węzeł. Wszystkie mięśnie barków i pleców stężały mu do tego stopnia, że cierpiał przy najlżejszym ruchu. Im bardziej się opierał, tym więcej jego pamięć wyciągała szczegółów, aby go dręczyć.

Pamiętał te silne dłonie, które bez wahania zacisnęły się na jego ramionach. Nadal je czuł jak dotknięcie ducha. Miał wyryty w pamięci jego ciężar i wielkość. Harry zwyczajnie usiadł mu na kolanach. Tak po prostu. Zbyt był zaskoczony nawet by przełknąć ślinę. Szum krwi w uszach niczym teraz syczący prysznic zagłuszył słowa Harry'ego. Płomień w jego pięknych, brązowych oczach lizał mu skórę nawet przez ubranie. Był taki gorący.

Nagie pożądanie tego mężczyzny było przerażające. Z tym, że zamiast mrozić mu krew w żyłach, pozostawiało go bezbronnym, nieodpornym.

Jak miał pokonać go w grze zasad której nie znał? Nawet nie wiedział, że brał w niej udział.

Od pierwszej chwili wiedział za to, że Harry Swan to kłopoty na dwóch nogach. Wparował do studia Ev rozczochrany, nieporadny i taki pogodny, że aż zęby bolały. Potknął się i wpadł w jego życie. Błysnął wielkimi dołeczkami i oczami, i stwierdził, że chce się z nim zaprzyjaźnić. Tylko po to, aby odkryć bardzo szybko, że chce więcej. Ciągle więcej.

I najgorsze, że wcale nie obawiał się tego okazać Blake’owi. Nie miał dość instynktu samozachowawczego, aby ukryć swoje delikatne wnętrze, ani swoje gorące, głodne usta. Czy też namiętność buzującą mu tuż pod skórą.

Och, Blake doskonale pamiętał całe kilometry nagiej skóry Harry'ego, kiedy pozowali do zdjęć. Twarde mięśnie i smukłe ciało ciasno do niego przyciśnięte. Jeszcze lepiej pamiętał smak jego ust. To wystarczyło, żeby jego członek drgnął z zainteresowaniem. Poprzedniego dnia było to samo. Starczyło, że Harry napadł go i usiadł na nim bez chwili wahania czy dania mu możliwości obrony, a on się napalił jak nastolatek. Choć stojąc pod strugami coraz zimniejszej wody, która wcale nie umiała ostudzić jego budzącego się pragnienia, wcale nie był taki pewien czy by się bronił. Dawno nie czuł się w taki sposób. Właściwie nigdy tak się nie czuł. Taki pożądany. Taki upragniony. Silne uda obejmujące go jak imadło i zniewalające go pocałunkiem usta, teraz jak żywe były w jego wyobraźni. Głód Harry'ego odebrał rozum Blake’owi. Tylko takie było wytłumaczenie.

Nawet cień wątpliwości nie pozostawał, że Harry to mężczyzna a nie kobieta i że Blake'a podniecała ta różnica. Nie można było pomylić z niczym innym subtelnego zapachu jego wody po goleniu czy męskich dłoni o długich palcach. Emanowało z niego zdecydowanie mężczyzny, który doskonale wiedział czego chciał i w tym momencie to właśnie był Blake. Sama ta świadomość była upojna i podniecająca. Oddał więc pocałunek. Gorzej zapragnął go nie mniej intensywnie niż Harry. Inwazyjne pragnienia spenetrowały jego umysł i ciało. Każda komórka ożyła jak naładowana prądem, kiedy jedyne co mógł zrobić to wpuścić ten sprytny język głębiej do swych ust. Nawet teraz czuł go w sobie, na mrowiących go wargach. Długi dreszcz spłynął po jego ciele wraz z wodą. Bycie zdobywanym nagięło jego umysł. Chciał wrócić do tamtej grzesznej, niebezpiecznej chwili słabości.

Żałował, że nie miał okazji przekonać się dokąd by go to prowadziło, bo teraz był więcej niż pewien, że już nie będzie miał okazji się przekonać.

I to nie dlatego, że Harry był mężczyzną. Dlatego, że Harry nie był mężczyzną dla niego. Czy może raczej to on nie był dobrym kandydatem dla nikogo, czy to mężczyzny, czy kobiety.

Z westchnieniem przesunął dłonią po twarzy, swoich krótkich włosach i karku zbierając wodę, która ponownie natychmiast zalała jego oczy. Samotność nigdy nie uderzyła go mocniej niż w momencie, kiedy zatęsknił za tym czego nie będzie miał. Czego nawet nie chciał. To było szaleństwo. Realne jak pragnienie Harry'ego, jak jego pocałunki. Desperackie i głębokie. Blake praktycznie wił się obezwładniony przyjemnością, jaka mogłaby śmiało być opisana w jednej z książek Ev. Wątpliwości rozmyły się w jego umyśle jednak zanim na dobre zdołały się zagnieździć. Zwyczajne Harry wiedział o nim rzeczy, których on sam nie wiedział o sobie i swoim ciele. Mokrą, drżącą dłonią przesunął po swojej piersi, napiętym brzuchu i pobudzonej męskości. Nie spodziewał się, że jego podniecenie było tak silne. Nadal wydawało mu się, że to wszystko działo się tylko w jego głowie, a jednak właśnie zaciskał palce na sztywniejący, spragnionym dowodzie jego uczuć do Harry'ego. Automatycznie, od dawna zakodowanym ruchem przesunął po całej długości i przyjemność wstrząsnęła jego ciałem. Uda napięły mu się, a kolana lekko ugięły. Dotyk był doskonały, pieszczota porywająca, ale gorące, wilgotne usta Harry'ego byłyby niebiańskie. Ten sprytny, słodki język wwiercający się w szczelinę na pulsującym już czubku jego członka, pewnie odebrałby mu świadomość. Obraz Harry'ego na kolanach z tymi jego seksownymi ustami ciasno zaciśniętymi na jego twardym niczym stalowa rura penisie, wymrugujący wodę z swoich pięknych oczu i patrzący na niego z głodem, posłał ciarki wzdłuż jego kręgosłupa, kumulując się w jego od dawna zaniedbanych jądrach. To było zbyt intymne i zbyt pociągające, ale jego umysł sam wędrował gdzie chciał. Podsuwał możliwości, erotyczne wizje. Prawie zgiął się w pół, chwiejąc na śliskiej podłodze, więc wsparł się plecami o kafelki. Kolana drżały mu, kiedy dłonią zważył napięte, obolałe jądra. Tęsknota wyrywała kawałki jego duszy. Fantazje bombardowały jego myśli. Harry wiedziałby bez słów, czego pragnął, czego potrzebował. Umiałby mu dać więcej niż sam wiedział jak poprosić. Kolejne zaciśnięcie palców na członku i jego całe ciało podskoczyło z konsumującego go pragnienia.

Po raz kolejny podskoczyło gdy lodowata woda w jednej sekundzie ugasiła jego podniecenie, odebrała mu dech i otrzeźwiła zamglony umysł.

– Kurwa mać! – wrzasnął. Zawstydzenie sprawiło, że oderwał od siebie ręce jak przyłapany chłopiec w kompromitującej sytuacji. Nie czuł się tak głupio nawet podczas pierwszej masturbacji. Praktycznie wyskoczył z pod prysznica. Szorstki ręcznik był idealną karą dla jego ciała, tarł więc z całych sił, aż jego skóra była w końcu czerwona i na nowo rozgrzana.

Złość nosiła go. Prawie podarł czarny podkoszulek, kiedy próbował na siebie wciągnąć na siłę. Wilgotna skóra jednak to utrudniała. Z potarganymi starymi jeansami miał jeszcze większy problem. To wszystko sprawiało, że krew praktycznie buzowała w nim. Miał ochotę kląć i krzyczeć z furii.

Co on do cholery robił? Masturbował się pod prysznicem do jakiś popieprzonych fantazji o jakimś cholernym facecie. Powinien się leczyć! On do diabła nawet nie miał wyobraźni! Był tak przyziemny jak chodnikowa płyta!

Drżącą dłonią nalał sobie pełny kubek kawy i praktycznie wypił go na jedno podejście. Nie ułagodziło to jego nerwów, ale przynajmniej ugasiło jedno pragnienie. Drugi kubek był jak nagroda. Postanowił się więc nim delektować. Po za tym co się stało, to już się nie odstanie. Nie mógł też tak naprawdę winić Harry'ego za to, że wkradł się w jego najbardziej prywatny moment. Nie żeby aż tak często sobie dogadzał. Zazwyczaj nie miał na to sił, ani natchnienia. Czasem miał nawet podejrzenie, że jest zimną rybą z praktycznie zerowym popędem seksualnym. Harry trochę zatrząsnął tym przekonaniem. Przy nim najwyraźniej nie miął problemów z pożądaniem.

Otrząsając się wewnętrznie postanowił darować sobie dalsze dywagacje na ten temat. Harry miał Michelle, która cała piękna i idealna wparowała na nowo do jego życia, plus miał tajemnice przed Blake’iem. Nic dodać nic ująć.

Postanowił zająć się tym na co miał wpływ.

– Hallo? – Głos Jareda Satona był silny i władczy jak zawsze. Przynajmniej kimś nie targały wątpliwości.

Blake okiełznał swój rozpasany umysł, odchrząkując lekko, aby zapanować nad zaskoczeniem. Na wpół oczekiwał, że znów się natknie na jego ekstrawertycznego asystenta Noela.

– Witam, tu Blake Rattis.

– Och, cześć. Co słychać? Mogę ci jakoś pomóc? – Mężczyzna przywitał się dużo bardziej entuzjastycznie niż Blake mógł podejrzewać. – Obawiam się, że nie mam na razie żadnych wieści na temat Lou i Bena…

– Nie, nie. – zapewnił go natychmiast Blake czując się trochę głupio. – To nie o to chodzi. Mam raczej osobistą prośbę…

– Ach, nie ma problemu. Słyszałem jaki numer wycieli ci twoi kontrahenci. Bez problemu mogę dać ci kolejne zlecenie na naszej budowie.

Blake przeklął w duszy. Czy na serio chciał angażował praktycznie obcych sobie ludzi w jego prywatne sprawy? Zresztą i tak już przewijało się w nim ostatnio ich znacznie więcej niż mu to odpowiadało.

– Cieszę się niespodziewanym urlopem, zwłaszcza, że mam kilka spraw z którymi chciałbym się uporać zanim wrócę do pracy, ale dziękuję za ofertę – zapewnił cicho starając się opanować nerwowość i nie zdradzić jej w głosie. – Będę o niej pamiętał.

– Dobrze. Jeśli tak właśnie chcesz, nie ma sprawy. – Jared zapewnił go spokojnie i bez cienia wahania. – Co w takim razie mogę dla ciebie zrobić?

– No cóż… – Wahając się lekko Blake wypuścił powietrze z sykiem. Raz kozie śmierć. – Czy jest szansa, że mógłbyś podesłać mi kogoś zaufanego z własnej firmy do naprawienia elektryki w studiu mojej przyjaciółki, a kto nie zdarłby z niej skóry za usługę?

– Definitywnie mogę to zrobić. – Zapewnił go Jared natychmiast z powagą. Jego poważny głos prawie rezonował w jego wielkiej piersi. – Muszę tylko sprawdzić kto jest wolny i już dziś może stawić się pod podany przez ciebie adres.

– Tak „O”? – Blake nawet nie wiedział, że wstrzymywał oddech, dopóki musiał nabrać tchu, aby zadać pytanie. Szczerze powiedziawszy był zaskoczony, że tak łatwo udało mu się to załatwić. Kiedy postanowił spróbować i zapytać Satona właściwie nie wierzył, że miał wielkie szanse na powodzenie.

Szef Saton Construction roześmiał się cicho.

– Tak, tak „O”.

– Dziękuję w takim razie. Odwdzięczę się. – Był bardzo dumny z siebie, że udało mu się odpowiedzieć jak normalnemu, dorosłemu mężczyźnie, choć miał ochotę skakać z radości jak gówniarz. Jakiekolwiek plany miała Ev, będzie musiała je zmienić.

– Nie ma takiej potrzeby – odparł Jared spokojnie, czując chyba jednak, że duma Blake'a mogłaby tego nie znieść, dodał szybko – ale w razie czego licz na to, że się do ciebie stawię po dowód wdzięczności. – Obaj roześmiali się i Blake poczuł jakby połowa jego stresu wyparowała. Może posiadanie znajomych i śmiech go nie zabije? – Daj mi ten adres. Jak już będę wiedział co i kto, dam ci znać.





W dużo lepszym humorze wskoczył w samochód i ruszył do Evette. Jeśli miał odrobinę szczęścia uda mu się wywalić ją z łóżka i patrzeć jak ciska się po domu niczym zraniona lwica. Na osłodę i aby nie stracić jąder, które nadal z tęsknotą pulsowały za odmówionym im jakże drastycznie orgazmem, postanowił kupić świeże rogaliki na śniadanie i cynamonowe bułeczki. W końcu życie jeszcze mu się nie znudziło i lubił oddychać prostym nosem. Mógł się założyć, że leniuchowała dzięki nieprzewidzianej awarii. Zresztą nigdy nie była poranną osobą.

Praktycznie oparł się o dzwonek, kiedy nie wyłoniła się po pięciu razach jak go nacisnął. Pewnie jak nic chciała go zignorować i udać, że w ogóle jej nie było w domu. Blake jednak znał ją zbyt dobrze. Mógł wejść sam do środka, ale wyciągnięcie jej z cieplutkiej pościeli było o wiele zabawniejsze. W końcu drzwi altanki otworzyły się z hukiem i stanęła w nich rozczochrana, z ledwie otwartymi oczyma Evette. Gotowało się w niej. Za duża koszulka wisiała na jej jednym ramieniu, a męskie bokserki, które kiedyś ukradła Blakeowi ledwie trzymały się jej bioder.

– CO?! – wrzasnęła na swojego przyjaciela, rządna krwi.

– Cześć. –Wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu. Upss, wkurzyła się.

– Co ty tutaj do cholery robisz o tej nieboskiej godzinie!? Zwariowałeś? Czemu nie leżysz przyszpilony do łóżka Harry'ego z jego fiutem zanurzonym po jądra w twoim tyłku!? – zapytała tak cierpkim tonem, że Blake'a zatkało. Tysiąc obrazków typy XXX rate przeleciało mu przez umysł. Prawie jak idiota polazł za mamroczącą jakieś obraźliwe wyzwiska Ev.

Kobieta podeszła do kanapy i wygrzebała ze stosu kocy, i poduszek książkę, na okładce której Blake zniewalał Harry'ego. Praktycznie cisnęła ją w pierś swojego wielkiego przyjaciela.

– Masz jeśli nie wiesz co robić, przeczytaj to. Dostałam w podzięce, zanim jeszcze się ukazała na rynku, z dedykacją, więc ma do mnie wrócić. Czytałam do piątej rano…– Zignorowała głupią minę Blake'a i ruszyła do schodów. – Facet, mówię ci nic nie wiesz o życiu – parsknęła pod nosem. – Żaden kurwa z nas nic nie wie. Są rzeczy które ci się nawet nie śniły. – Ziewnęła szeroko, prawie wyrywając sobie żuchwę z zawiasów. – A teraz spadaj wkurzać kogoś innego.

Ocknąwszy się jakimś cudem ze stuporu chwycił w pasie wspinającą się po chodach kobietę i okręcając wokół własnej osi postawił na podłodze i z lekki pchnięciem posłał w stronę kuchni.

– Nic z tego koleżanko. Ruszaj się. Jemy śniadanie i jedziemy do studnia czekać na elektryka, który naprawi ci prąd.

– O nie!

– O tak!

Nadąsana, prawie tupiąc Ev wparowała do kuchni włączyła ekspres do kawy i usiadła przy stole z nadąsaną miną. Każdą próbę rozmowy ignorowała dopóki Harry nie postawił przed nią parującego kubka i stosu drożdżówek. Ostatecznie po długim czasie patrząc na niego przez zmrużone groźnie powieki, zapytała nadal cięta jak osa.

– Gadaj sadysto co zaś wykombinowałeś?

– Tsyk, tsyk… nie mam pojęcia o co ci chodzi. Masz awarię, która wymaga naprawy. Tym właśnie się zajmiemy.

Kobieta obrzuciła go długim, przeciągłym spojrzeniem, w końcu szczerząc za wiele zębów w przerażającym uśmiechu, pochyliła się w jego stronę.

– Ja wolę zająć się czymś innym…

Ton jej głosu postawił na skórze Blake'a wszelkie włoski w stan alarmu.

– W to nie wątpię – przyznał zrywając się z miejsca z wymuszonym uśmiechem. – Zajmiemy się jednak tym co najistotniejsze.

– Elektryk może poczekać. Twoje prawie nieistniejące życie towarzyskie nie.

Spinając się wewnętrznie, aby nie zacząć warczeć Blake wsparł się o sosnowe meble kuchenne Ev.

– Nie ma o czym mówić – oświadczył stanowczo, nie licząc wcale na to, że ją tak łatwo spacyfikuje. Zresztą gdyby próbował, odniósłby odwrotny efekt. Lepiej było po prostu przeprowadzić rozmowę kontrolowaną.

– Właśnie o tym mówię.

– Sarkazm? O ósmej rano? – Udał zgorszenie. – To wcześnie nawet jak na ciebie.

– A ja się dziwię, że po tylu latach nadal próbujesz takich tanich chwytów, aby mnie zbić z tropu.

Tym razem Blake roześmiał się szczerze.

– Nigdy się nie poddam.

– Ja też nie… – Usiadła podciągając kolano pod brodę i przyszpilając go spojrzeniem. – Sam mi opowiesz czy mam to z ciebie wydusić? Wyszedłeś wczoraj z Harrym ze studia. Nie dobijaj mnie. Zwłaszcza po tym jak was przyłapaliśmy, kiedy obśliniałeś go od łokcia po migdałki.

– Wcale nie!

– Chcesz mnie wykończyć? Przecież to najlepsza, najbardziej podniecająca rzecz, jaka ci się przytrafiła od ja wiem… piętnastu lat! Nie drażnij mnie tylko gadaj!

– Evette to nie tak. – Blake zaprotestował znów siadając. Z westchnieniem skrył twarz w dłoniach. Ukrywanie czegokolwiek przed jego przyjaciółką nie tylko było bezcelowe, ale i niebezpieczne dla zdrowia. – Ja nie rozumiem, że w ogóle nie rusza cię sam fakt, że zadaję się z facetem!

Szybka jak wściekła kobra, Ev zerwała się z krzesełka i palnęła go ucho.

– Auuuu! Za co to? – zapytał urażony, trąc obolały organ.

– Za głupotę! A teraz przestań ściemniać i mnie drażnić!

– Co mam ci powiedzieć? Harry jest mną zainteresowany i tego nie ukrywa, to fakt. To jednak nic nie znaczy.

– Oczywiście, że to coś znaczy! Wiem jaki jesteś, wiem co ci się szwęda po tej twojej durnej głowie, ale nie możesz stracić takiej szansy.

– Nie wiesz o czym gadasz. To nie jest żadna szansa. W moim życiu nie ma miejsca na jakiś zwariowanych, naiwnych idiotów. Mam po łokcie roboty.

– Zaraz cię palnę jeszcze raz. W twoim życiu jest tyle miejsca ile tylko sam sobie zrobisz na rzeczy, które chcesz, aby były obecne. Nie udawaj, że jesteś taki cholernie szczęśliwy. Harry chce ciebie, może daj mu szansę i sobie na to, aby się przekonać choćby czy i ty go chcesz. – Oczy Ev zapłonęły pasją i serce Blake'a zaciążyło mu jeszcze bardziej.

On nie chciał właśnie tego. Pasji i entuzjazmu. Nie miał zamiaru się rozczarować jak zawsze. Po za tym z „chceniem Harry'ego” najwyraźniej nie było aż takiego problemu jakby się mogło wydawać z oczywistych powodów. To z „mieć Harry'ego” było prawdziwym dylematem.

Zdeterminowana Ev nie miała zamiaru się poddać. Zresztą nigdy się nie poddawała. Szokiem by było, gdyby nagle odpuściła mu ze wzruszeniem ramion.

– Proszę cię opowiedz mi co się wydarzyło wczoraj. – Rzuciła mu przeszywające spojrzenie. – Nie zrobiłeś chyba nic głupiego? Powiedz, że nie…

Blake parsknął z ironią wstając ponownie od stołu.

– Nic głupiego, jeśli za idiotyzm nie uznasz nie opieranie się, kiedy Harry władował mi swój język do gardła, w czasie kiedy siedział mi na kolanach – prawie wymamrotał swoje wyznanie, ale przyjaciółka i tak go słyszała, bo zachłysnęła się gwałtownie kawą i zaczęła kaszleć.

– S–ekh–ser–ekh–serio?

Stukając ją po plecach mocniej niż tego wymagała sytuacja, Blake potaknął, nawet jeśli nie mogła go widzieć za plecami. W końcu spojrzała na niego przez ramię, łzy spływały jej po zaróżowionych policzkach.

– To nic nie znaczy. Naprawdę. Nawet jeśli mi się podobało i było fizycznie podniecające – przyznał szczerze. Zrobiłaby mu pranie mózgu, gdyby musiała to z niego wydusić. Wyznawała teorię, że rozmawianie o problemach pomagało je rozwiązać. Może faktycznie? Było mu lżej zwyczajnie mogąc to przyznać na głos.

– Dlaczego? – Ev uniosła brwi wysoko z niedowierzaniem, jakby mówił do niej w języku swahili.

– Bo najwyraźniej Harry ma więcej chętnych niż ma co z nimi zrobić! Jego ex–narzeczona towarzyszyła naszej niby–pierwszej randce.

– I co?

– Jak to co? Nie mam żadnych szans, to po pierwsze. Po drugie po co mi to? Po trzecie co miałoby nas łączyć? Może dla Harry'ego jestem po prostu wyzwaniem? Ma jakieś tajemnice. – Coś niby cień przemknęło po twarzy Ev, ale nie miał sił się nad tym głowić. – Kiedy zdjęcia się skończą, każdy z nas wróci do normalnej, szarej rzeczywistości…

Kobieta wskoczyła na krzesełko i znów palnęła Blake'a w ucho.

– Auu! – Odskoczył zły i zaskoczony. – Za co tym razem? – Wolał jej nie przypominać, że nie byli już przedszkolakami.

– Za poddanie się bez walki! – Zeskoczyła z krzesełka, zadarła podbródek jak udzielna księżna i ruszyła na górę się ubrać.



***


54 komentarze:

  1. Ty wiesz, że mnie serducho strasznie ciągnie do tego opowiadania i kocham Blake i Harry'ego całym tym bijącym organem. Historia piękna. Blake jest groźny, cudowny, męski i taki biedny. Robią mu zdjęcia z facetem, który musi być tak blisko. AWWWWWWw :DDDDD Harry nie mógł przejść obojętnie koło takiego faceta. Kto by przeszedł. Włoski na rękach stają dęba, jak Blake jest obok. Mrauu. :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Oh! Zapowiada się naprawdę świetne opowiadanie! Podobają mi się obaj bohaterowie, a zwłaszcza Blake - uwielbiam takich twardzieli mrau! Z niecierpliwością czekam na kolejny rozdział. Pozdrawiam i weny życzę! ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Niech Awwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwww będzie wystarczającym potwierdzeniem tego jak bardzo mi się to podoba. :)))))

    Elle

    OdpowiedzUsuń
  4. Coś pięknego :D Zabawnie i niesamowicie seksownie. Czy to będzie coś dłuższego? Długiego na conajmniej jeszcze kilka rozdziałów? Bo już mam w głowie potrzebę zapoznania się z życiem Blake'a i Harry'ego w najdrobniejszych szczegółach :D
    ~Rainbow Unicorn

    OdpowiedzUsuń
  5. Cudne, świetne, rewelacyjnie. Blake już uwielbiam. Biedaczek nie wie co go gryzie......a gryzie go na pewno ;) I Harry nie załamuj się. To że hetero nie znaczy,że nie masz szans :D Powoli, powoli i dostaniesz prezent od życia :D Szkoda tylko że tak rzadko będziesz dodawała rozdziały, no ale rozumiem ....życie :) Dzięki temu stęsknię się wystarczająco za bohaterami ;)
    Renata

    OdpowiedzUsuń
  6. Świetne, spektakularne, niesamowite .... mogłabym jeszcze tak wymieniać i wymieniać. Boże tak szybko to przeczytałam, że nawet się nie zorientowałam a już był koniec. Kurcze szkoda, że nie dasz rady wstawić rozdziału drugiego wcześniej ale Cię rozumiem bo sama mam dużo pracy i jeszcze szkoła do tego. Mam nadzieję, że znajdziesz czas i może uda Ci się wcześniej jednak wstawić (ale to takie moje małe marzenie):)Mogę Cię określić tysiącami słów ale takie najbardziej pasujące to jesteś po prostu NAJLEPSZA :* Czekam na dalszą część "Wzięty przez zaskoczenie" lub może :Święta jak z obrazka" lub "Budka z pocałunkami" :D
    Podziwiam, pozdrawiam i całuję :*
    Iza

    OdpowiedzUsuń
  7. oooh Luana ma racje! Czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy! Oni są dla siebie stworzeni! IDEALNIE!

    OdpowiedzUsuń
  8. Hej! Bardzo dziękuję za entuzjastyczne i pozytywne reakcje do mojego nowego dzieła! Jestem w siódmym niebie :) Dzięki wam po stokroć.

    To będzie dość długie opowiadanie - można powiedzieć wręcz powieść, bo zamierzam napisać sporo o życiu Harryego i Blaka. Inne postacie z historii i z Zagubionego pamiętnika, też znajdą dla siebie trochę miejsca na kartkach tej książki. Mam nadzieję, że jeszcze bardziej wam się spodoba. Dwu tyg. ostępy dadzą mi czas na dopisanie reszty, wyszlifowanie całości i nadgonienie Zagubionego - bo myślę, że czekanie na niego negowałoby całe zamierzenie opublikowania obu opowiadań jako w pewien sposób połączonych.

    Kocham was moi mili. Komentujcie, piszcie do mnie, pytajcie, opowiadajcie o mnie znajomym, zachęcajcie do czytania innych! A ja postaram się zrobić co w mojej mocy, aby zabrać was na ciekawe wojaże i w lepsze światy!
    Buziaki :*

    OdpowiedzUsuń
  9. Boski, boskie, boskie! To słowo pierwsze nasunęło mi się na myśl, gdy przeczytałam to cudo. Blake to takie męskie ciacho! Mrrrau... A Harry to śliczny mężczyzna z długimi włoskami! Mrrrau x2 Wyczuwam świetną historię. Bądź pewna, że zyskałaś nową czytelniczkę! Zostanę i pragnę przeczytać wszystkie Twoje dzieła. Jesteś na prawdę niesamowita i niepowtarzalna w swoim zawodzie. Pracuj dalej i mam nadzieję, że dzięki temu już niedługo ukaże się druga część.
    Pozdrawiam Cię cieplutko :*

    OdpowiedzUsuń
  10. Och, to było cudne! Niesamowite. Już kocham tą historię! Oni są wprost dla siebie stworzeni. Niecierpliwie czekam na ciąg dalszy tego wspaniałego opowiadania :)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  11. Vicky, niech zabiera swoje rączki od Blake'a. To ciałko i nie tylko ono, będzie należało do Harry'ego. Co z tego, że Blake jeszcze o tym nie wie. Przecież nie może być inaczej. ^^
    Pierwsze koty za płoty co do foty. Ale co to była za fota. Potrzebuję wachlarza dla ochłody. Kobieto pobudzasz wyobraźnię jak mało kto. Chcę taką okładkę. ich razem, splecionych ze sobą na zdjęciu. AWWWWWWWWWWW.
    Scena z depilacją także wspaniała. Harry reaguje na Blake, a Blake się wścieka. Co Harry ma zrobić? Jestem gejem i reaguje na przystojnego faceta. Tak samo Blake reagowałby na piękną kobietę u jego stóp. :D
    To teraz pozostaje nam czekać na rozdział trzeci i dalszą dawkę emocji. :D

    Życzę dużo weny. :DD

    OdpowiedzUsuń
  12. Boże już gdy pojawiła się Vicky wiedziałam, że będzie się dziać, lecz gdy do tego dołączył Lee to po prostu mam już 100% pewność, że zakochałam się w tej powieści i ją uwielbiam. Jest boska tak jak TY :* Szkoda tylko, że w tak długim odstępie czasu umieszczasz rozdziały ale naprawdę cię rozumiem, że brakuje ci czasu na pisanie. Czekam niecierpliwie na 3 rozdział.
    Podziwiam, pozdrawiam i całuję:*
    Iza

    OdpowiedzUsuń
  13. Ostatni mam coraz mniej czasu na czytanie czegokolwiek ale twoich opowiadań nie mogę nie przeczytać :)
    Blake i Harry są cudowni :) Zwłaszcza Blake. Jest taki słodki z tą swoją krępacją w stosunku do Harryego :D
    Bidny nie ma ani chwili spokoju z jednej strony Harry a z drugiej ta wstrętna Victoria. Mam nadzieję że za długo nie zabawi w życiu chłopców ale jakby się jej zdarzyło to fajnie by było gdyby nie odstawiła numerów typu Marty z "Mój chłopak nie jest gejem".
    Niech Harry bierze się jak najszybciej za niego :) Patrząc na to że Blake nie uciekł od razu po scenie w łazience istnieje moim zdaniem wysokie prawdopodobieństwo że zbyt obierał się nie będzie wdziękom Harryego :)
    A Evette to diabeł wcielony :) Mieć taką przyjaciółkę to skarb :D
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  14. pierwsze dwa rozdziały bardzo mi się podobają! ciekawa fabuła, a cała akcja dzieje się w studiu fotograficznym. Evetta to.. zajebista kobieta! XD bardzo ją polubiłam. Blake to takie typowe, seksowne ciacho, w dodatku hetero. noo.. ale chyba nie do końca, co? Harry na niego działa, ale Blake musi zdać sobie z tego sprawę i się z tym oswoić. w każdym razie do końca wszystkich spotkań w studiu musi między nimi coś zajść! a Harry.. biedactwo.. myśli, że nie ma szans u Blake'a. jakże się myli.. XD. ten Lee czy jak mu tam było.. niech on się odwali od Harry'ego! a ta asystentka Ev (zapomniałam imienia XD) od Blake'a. chociaż w zasadzie.. z nimi w opowiadaniu pewnie będzie ciekawiej, a wynik ostateczny i tak będzie plusowy dla naszej kochanej dwójki :).

    czekam z niecierpliwością na kolejne rozdziały i życzę dużo weny i czasu na pisanie! :*

    OdpowiedzUsuń
  15. Super. Bardzo mi się podobał rozdział 3, ponieważ troszeczkę więcej dowiedzieliśmy się o Blakeu:) Kurcze normalnie nie mogę się doczekać rozdziału 4 :)Jeju czy Blake w końcu przestanie tak uciekać przed Harrym??? Mam nadzieję, że już nie długo zaczną w końcu coś więcej ze sobą rozmawiać i spędzać czas :)
    Trochę obawiam się twojego nowego opowiadania "Mówisz i masz", ponieważ nie jestem fanką by 3 osoby były razem w związku. Zraziłam się kilkoma książkami i jakoś tak nie mogę się na nowo do tego przekonać. Oczywiście przeczytam twoje opowiadanie i może to ty będziesz tą której takie opowiadanie polubię. Życzę Ci, żebyś odpoczeła przez jakiś czas a nie tylko praca :)
    Podziwiam, pozdrawiam i całuję :*
    Iza

    OdpowiedzUsuń
  16. "Jego mózg praktycznie się zlasował, gdy wyobraźnia podsunęła mu obrazy całej trójki."
    No jak się może lasować? Toż to widok, który zapiera dech w piersiach. Ups, zapomniałam, że nie dla niego. Albo raczej dla niego, tylko jeszcze o tym nie wie. :DDDD Wiem, taki biedny jest, nagle geje go "atakują", a ja się z niego naśmiewam. No, ale co mam zrobić jak on jest taki zagubiony, słodki i chciałoby mu się myziu-myziu robić, a najlepiej, jakby Harry się tym zajął?
    Co to ma znaczyć, że będzie się trzymał od Harry'ego z daleka? Och, Blake, Blake. Zranisz czyjeś serce. Już to robisz.
    Co do Penny, to kiedyś się doigra i będzie tylko płacz, a w pobliżu nikt się nie pojawi, aby jej pomóc. Mam nadzieję, że Jared i reszta znajdą sposób na tych dwóch budowlańców.
    Kochana, ja już nie mogę doczekać się Mówisz i masz. Wiem, że pokocham tą trójeczkę całym sercem. :D
    Pisz i życzę Ci weny, byś nas karmiła takimi cudami. :*

    OdpowiedzUsuń
  17. Świetny był ten rozdział. Końcówka była najlepsza i Luana ma rację. Blake jeszcze nie wie, że te obrazy są dla niego :D
    Myślę, że plany Blakea aby trzymać się z dala od Harryego spalą na panewce chociażby z tego względu, że pozują razem co skutkuje tym że Blake jest coraz bardziej przyciągany jak magnes do Harryego. Chciałabym już ich pierwszy pocałunek to będzie bardzo ale to bardzo spektakularny moment (tak myślę).
    Takie dziewczyny jak Penny strasznie mnie denerwują. Najpierw prowokują, mądrzą się a kiedy przychodzi co do czego to jest płacz i zgrzytanie zębów i wielkie użalanie się nad sobą "dlaczego ja?"
    "Mówisz i masz" będzie BOSKIE. Już mam prawie że tekst przed oczami. Uwielbiam opowiadania M/M/M. Szkoda że tak mało ich jest. Mam nadzieję że nie będzie to twoje ostatnie takie opowiadanie :D
    Weny, weny i jeszcze raz weny aby powstało więcej takich skarbów które cieszą nie tylko oczy ale i serce :D
    Pozdrawiam bardzo cieplutko :) :*

    OdpowiedzUsuń
  18. Nadal nie rozumiem dlaczego nikt jeszcze nie skomentował 4 rozdziału. Autorkę motywują komentarze, więc jak czytacie to chociaż dwa słowa można zostawić.

    Kochana, ja już wróciłam do domu i mogłam przeczytać rozdział. ^^ Blake ciągle ze sobą walczy. Jest oporny, wściekły i nie potrafi się przemóc. To tylko praca. Rozumiem, że wie, jak Harry na niego reaguje. Boi się tego, ale coś mi się wydaje nie dlatego, że jest wielkim panem hetero. On się boi czegoś co jest w nim i może wyjść na zewnątrz. Dlatego walczy ze wszystkimi i sam ze sobą. Trudno będzie przebić się przez ten mur, który wokół siebie wybudował. Natomiast biedny Hary cierpi i szaleje na jego punkcie. Trudno pozostać obojętnym kiedy taki ktoś jak Blake jest blisko i ociera się o ciebie. I trudno nie być wściekłym, jak widzi się postawę Blake'a. Mam nadzieję, że panowie się jakoś dogadają, bo jak na razie trudno określić jak będzie. Niech przypomną sobie pierwsze zdjęcie. To jak wyglądali już na gotowym projekcie. A nie. Blake się przerazi. Przecież tam tak wiele widać. Wyobrażam sobie tę pasję, przyciąganie wojownika i maga z okładki. Awwwwwwww.

    Morgan i Ryan. Ich historii też nie mogę się doczekać. Zresztą każdej jaka wychodzi spod twojej ręki. Piszesz coraz lepiej i coraz bardziej przyciągasz. ^^
    Weny Kochana i chęci. Nie raz wena i czas jest, ale jak chęci nie ma to nic się nie zrobi. :D

    OdpowiedzUsuń
  19. Witaj i wybacz, że nie skomentowałam 4 rozdziału wcześniej, ale natłok różnych spraw spadł na moje barki tak nagle, że nie wiedziałam zupełnie w co ręce włożyć. Teraz jednak mam chwilę, którą z przyjemnością poświęciłam na przeczytanie i dodaje komentarz.
    Tak jak wspomniała Luana, Blake ciągle ze sobą jeszcze walczy. Nie dostrzega, że móc pragnąć mężczyznę jest czymś normalnym, naturalnym. On postrzega to jako coś złego. Boi się tego co może się stać kiedy dopuści do siebie myśl o tym. Ze swojej głowy, więc wyrzuca wszelkie myśli związane z sesją, a w szczególności jego uroczym parterem. Harry...Podziwiam jego cierpliwość. Tak desperacko pragnie Blake, że to zapewne go aż boli. Nie dziwię się, że jest wściekły. Pragnąć kogoś kto jest w jego stosunku tak chłodny, musi być okropnie frustrujące. Mam jednak ogromną nadzieję, że mężczyźni znajdą drogę do osiągnięcia porozumienia. Na tym etapie nie mam pojęcia dokąd zmierza ich wspólna relacja. Fascynacja Harry'ego i zachowawczość Blake może prowadzić do wielu nieporozumień i spięć, ale wierzę, że przezwyciężą wszelkie przeciwności losu i zrodzi się między nimi gorące uczucie.
    Mam również nadzieję, że Blake jednak nie zrezygnuje z sesji. Nie może zawieść swojej odwiecznej przyjaciółki. Blake powinien się zmobilizować i niezachwianie wirzę, że tak właśnie będzie. Sądzę, że on po prostu potrzebuje trochę czasu na przetrawienie sytuacji.
    Gorąco pozdrawiam :D
    Desire

    OdpowiedzUsuń
  20. Wielka fanka11 maja 2013 21:02

    Hej. Przepraszam, że nie napisałam żadnego komentarza do 4 rozdziału ale dopiero dzisiaj weszłam na twoją super stronkę i przeczytałam go. Tak jak Desire miałam natłok różnych spraw. Praca, praktyki w przedszkolu a na dodatek bardzo dużo prac do pisania na uczelni bo według nich my nie mamy prawa mieć prywatnego życia tylko się uczyć :) Ale już wszystko się poprawiło więc od razu weszłam tu. Oczywiście jak sama wiesz rozdział 4 jest niesamowity. Bardzo mi się podobał. Harry jest słodki ale potrafi być stanowczy i to mi się w nim bardzo podoba. Blake za to jest mega cudowny i mam nadzieję, że w niedługim czasie zdecyduję się w końcu ujawnić swoje skryte uczucia do Harrego które się w nim kiełkują. Już nie mogę się doczekać 5 rozdziału. Teraz mam 3 tygodnie wolne od uczelni więc będę tu zaglądać codziennie jak to było dotychczas. Mam nadzieję, że masz czas na odpoczynek jak np. usiąść na łóżeczku i czytać książki dla relaksu lub pójść do kina. Oczywiście życzę Ci weny i duuuużżżżżżżżżoooooo wolnego czasu.
    Podziwiam, pozdrawiam i całuję :*
    Iza

    OdpowiedzUsuń
  21. Kobieto, emocje, emocje i jeszcze raz emocje i to przeróżne były w tym rozdziale. Uwielbiam jak tworzysz takie napięcie, erotyczne czy właśnie jak walczą, bo mam na rękach gęsią skórkę za każdym razem. ^^
    Ben i Lou to dwaj skurwiele, którym należy się porządny łomot i kara. Jeszcze oskarżają Blake'a i Harry'ego o pobicie. Jakie to z nich wielkie ofiary, tacy niewinni, a zostali napadnięci i pobici. Takich to złapać i powiesić za jaja na najbliższym drzewie, jako przestroga dla takich jak oni.
    Ja już ucieszona sytuacją na schodach, myślę sobie "pocałują się czy nie", serce przyśpiesza, a tu nagle otrzymuję kubeł zimnej wody. :DD Policja! Jaka policja?! Czemu oni się pojawiają zawsze tam gdzie ich nie trzeba. :( Ale bardzo mnie tym zaskoczyłaś. Prędzej spodziewałam się powrotu Lou i Bena z jakimiś kumplami, ale nie tego.
    Cudny rozdział, zaskakujący i taki cały AWWWWWWWWWWWWWWWWWWW. :*
    Pisz, bo czekam na ciąg dalszy. ^^


    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mrrrau, jakaż to dzika natura w tobie się odzywa. Normalnie niebezpieczna kobietka z ciebie. :D Myślę, że Blake i Harry byli by z ciebie dumni.
      Dziękuję za cudny komentarz. Z przyjemnością będę pisać choćby dla ciebie samej!
      Bużka moja kochana :*

      Usuń
  22. AkFa za takie zakończenie to powinni karać. Potwierdzę słowa Luany "Cudny rozdział, zaskakujący i taki cały AWWWWWWWWWWWWWWWWWWW. :*" Megazajebiście piszesz i robisz to z rozdziału na rozdział coraz lepiej.

    M.

    OdpowiedzUsuń
  23. Racja, racja, M., powinni karać :D Albo może torturami wymusić na Autorce dalszy ciąg w najbliższym czasie? (zaciera rączki).
    A tak serio, to to było...ach.. świetne! Kapitalne! Boskie! I takie strasznie krótkie :P Jeeez, uwielbiam Harry'ego! Niby spokojny i delikatny, ale jak chce to potrafi i jest taki..ach..stanowczy i odważny.
    Oby laptop działał, wena dopisała i żebyśmy już niedługo mogli przeczytać co będzie dalej z chłopakami :D
    Już tak bardzo chcę...
    Alys

    OdpowiedzUsuń
  24. Hej,
    przyznam że przeczytałam wszystkie rozdziały na raz. Właściwie to je wchłonęłam! Bardzo fajne opowiadanie, ciekawe postacie i co bardzo mi się podoba, zachowana jest pewna logika i prawdopodobieństwo.
    Co do oczekiwań w stosunku do 6 rozdziału to mam tylko takie, by to nadal bylo realne- ta cała sytuacja z policją. Interesuję się prawem itp. więc muszę zaznaczyć, że miło by było, gdyby - poza jakąś możliwą nieprzyjemną ogólnie sytuacją- żaden z naszych kochanych bohaterów nie został osądzony/ czy mocno przez tą sytuację dotknięty. Piszę o tym, ponieważ jasne jak słońce jest, iż ci zwolnieni-budowlańcy nie mieli prawa być na tej posesji, za to Blake tak.
    Liczę nieśmiało więc, że Losy B&H potoczą się teraz z górki i dobrze!
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń